"Coś na kształt psychozy". Mobbing i molestowanie w szpitalu [REPORTAŻ]

"Kiedy atakował różne osoby na odprawach czy obchodach, to większość z nas, i mówię to z absolutnym wstydem, patrzyła sobie na czubki butów i myślała: dobra, udaję, że tego nie widzę, bo potrzebuję pojutrze mieć dzień wolny".
Zobacz wideo

Wymarzone miejsce pracy

W 2019 roku jeden z lekarzy z II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii w szpitalu przy Banacha ogłosił akcję "Moje wymarzone miejsce pracy". Lekarze pisali, jak sobie takie miejsce wyobrażają i co by zmienili tam, gdzie są. Kartki z opisami wieszali na szpitalnych korytarzach. - Aż wstyd mi mówić, ale dopiero po wielu latach zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak. Słabo to wygląda, ale tak było - mówi doświadczony lekarz.

Przez kilkanaście kolejnych miesięcy 26 lekarek i lekarzy starało się zainteresować różne instytucje sytuacją w klinice. Skarżyli się na wicedyrektora placówki, który miał przez lata mobbingować podwładnych. Mówią, że większość zespołu dała się wpędzić w "coś na kształt psychozy". Wciąż czekają na reakcję.

Kartki z opisami wymarzonego miejsca pracy do dziś wiszą na szpitalnych ścianach, ich fragmenty cytujemy poniżej. Wicedyrektor pozostaje na stanowisku.

Posłuchaj reportażu Michała Janczury:

Do pracy moich marzeń ludzie przychodzą uśmiechnięci, odseparowani emocjonalnie od życia prywatnego.

Szpital

Centralny Szpital Kliniczny przy Banacha to do niedawna największy szpital w Polsce. Ponad 1000 łóżek, prawie 20 klinik. Formalnie należy do Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Dziś stanowi część Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego.

W II Klinice Anestezjologii i Intensywnej Terapii w szpitalu przy Banacha pracuje kilkudziesięciu lekarzy - samych specjalistów jest około 30. Placówka - jak każdy szpital przy uczelni - to specyficzne miejsce. Kształcenie młodych lekarzy opiera się na relacji mistrz - uczeń. Jest szef specjalizacji, szef kliniki, ktoś inny kieruje oddziałem. Od tych ludzi zależy, czego nauczy się młody lekarz, jakie przypadki będzie operował, czy wyjedzie na staż.

Wielu młodych medyków pracę w klinice zaczynało pod skrzydłami doktora. - Na początku było bardzo miło - mówi Natalia (imiona wszystkich rozmówców zostały zmienione), która dziś kończy specjalizację. Wspomina, jak doktor dbał o nią, komplementował. Roztaczał wizję kariery i dawał "małe prezenty" w postaci ciekawych operacji. Pozwalał zerwać się z pracy wcześniej, kiedy potrzebowała coś załatwić. Dziś nazywa to hodowaniem uzależnienia.

Doktor wybierał osoby rozpoczynające pracę i inwestował w nie. - Chodziło o to, by potem móc więcej od nich uzyskać - mówi Agnieszka, która dziś jest już specjalistką. Była jedną z osób, od których doktor wymagał uległości i bezwarunkowego posłuszeństwa.

Przełożeni starają się zapewnić stabilność zatrudnienia, a nie poczucie, że w każdej chwili, każdy z nas może zostać zwolniony z pracy.

Doktor

- To dobry lekarz, który nigdy nie powinien zarządzać ludźmi - słyszę od wszystkich lekarek i lekarzy z kliniki anestezjologii, którzy zdecydowali się opowiedzieć o tym, co ich spotkało. - Większość zespołu dała się wpędzić w coś na kształt psychozy. Kolega rozpracowuje ludzi w sensie osobowościowym - mówi nam Agnieszka. Jej koleżanka dodaje, że w klinice panował lęk.

Doktor przeszedł wszystkie szczeble kariery w szpitalu na Banacha. Zaczynał tu jako młody anestezjolog, potem zrobił specjalizację i pracował na intensywnej terapii. - Jeśli chodzi o jego wiedzę, to nikt nie ma tu zarzutów. To jest doświadczony anestezjolog. Cały czas był jednak gdzieś blisko zarządzania. Najpierw zarządzał różnymi rzeczami w klinice, potem był pełniącym obowiązki kierownika, a wreszcie został wicedyrektorem szpitala - mówi nam Krzysztof, lekarz z wieloletnim stażem, który dziś sam kształci przyszłych specjalistów. Ten ostatni awans doktor dostał pod koniec 2019 roku. Kilka miesięcy po tym, jak lekarze z kierowanej przez niego kliniki zaczęli informować różne instytucje o tym, co się tam działo.

- Raz doprowadził mnie do płaczu przy całym personelu. Nękaniem, przypominaniem, upominaniem - mówi Małgorzata, która na dwa lata zmieniła miejsce pracy. Gdy wróciła, zrozumiała, że szef chce mieć kontrolę nad wszystkimi i nad wszystkim. O wszystkim musi wiedzieć. Nie może być wątpliwości, że to on rządzi. - Jesteśmy specjalistami, ale w każdej najprostszej rzeczy musieliśmy pytać o zgodę. Czekaliśmy, aż łaskawie odbierze telefon. Jak słyszałam odgłos jego chodaków, to miałam reakcję wegetatywną - mówi.

Danuta, która dziś już nie pracuje w klinice, wspomina, jak doktor krzyczał do lekarzy: "Wszyscy jesteście debilami", ale zazwyczaj odbywało się to o wiele subtelniej. Podważał kompetencje przy studentach, sugerował, że człowiek się do niczego nie nadaje.

Marzenia o miejscu, w którym zarządzanie moim czasem pracy odbywa się bez zastraszania i przemocy zniknęły.

Rozmowy

Doktor miał zwyczaj zapraszania podwładnych, głównie młodszych lekarzy do gabinetu - na rozmowę. Drzwi zamykał na klucz. Te rozmowy obrosły w klinice legendą.

Gdy Natalia o nich mówi, drżą jej ręce. Twierdzi, że zwykle siedziała w pokoju doktora tak długo, aż się popłakała. - Wiedziałam, że jeśli idę z nim do pokoju, to usłyszę coś, co wywoła moje łzy. Gadał dotąd, aż zaczynał mi się łamać głos. Wtedy mogłam wyjść - mówi. Rano w szatni, trzymając się za ręce, obiecywały sobie z koleżankami, że dzisiaj się u doktora nie popłaczą. Rzadko im się to udawało.

W pewnym momencie jej organizm zaczął się buntować. - Pojawiły się objawy psychosomatyczne: bóle brzucha, nocne wymioty. Lęki, gdy widziałam, że on do mnie dzwoni. Czasami jechałam do szpitala, do kolegów po leki przeciwwymiotne, bo nie byłam w stanie ustać na nogach - opowiada Natalia. By się ratować, poszła na terapię.

Marzą mi się wolne dni w tygodniu po sobotnich dyżurach

Urlop

Urlop był nagrodą. Lekarze starali się rezerwować je dużo wcześniej. By to zrobić, musieli się dostać do gabinetu doktora - odstać swoje, czekać, aż będzie miał chwilę. Gdy im się wreszcie udało, składali karteczkę z wpisanymi terminami i czekali. Doktor przyznawał numerki, ustalając kolejność rezerwacji w danym okresie. Plik z urlopami przechowywał na swoim komputerze.

Lekarze twierdzą, że do ostatniej chwili nie mieli potwierdzenia, czy ich urlop jest zatwierdzony. - Czasem był wpisany, ale znikał z systemu - mówi Małgorzata, która musiała kiedyś zrezygnować z wyjazdu z przyjaciółką, bo jej rezerwacja zniknęła. - Ktoś był grzeczny, to numerek nie znikał. Ktoś był niegrzeczny, to numer znikał albo był na przykład 9 w kolejce i wiadomo było, że nic z tego nie będzie - mówi Natalia. Jej koleżanka dodaje, że problemy mieli np. ci, którzy nie godzili się zostawać po dyżurze, nie pracowali po godzinach.

Obezwładniającym mnie uczuciem jest rozczarowanie

Żarty

- Tak jak nas jako osób, nie szanował też naszej fizyczności - mówi Natalia. - Gdy siedziałam przy komputerze, potrafił przyjść i na mnie usiąść. Siadał na kolanach. On to uważał za doskonały żart - relacjonuje. Doktor, postawny mężczyzna, siadał lekarkom na kolanach publicznie. Wszyscy to widzieli. - Były próby powiedzenia, żeby zszedł... Raz schodził szybciej, raz siedział dłużej.

Pewnego dnia doktor, widząc dziurawe spodnie jednej z lekarek, oberwał jej nogawkę. - Została w majtkach na korytarzu. Uważał, że to zabawne.

- Pamiętam jedną uwagę skierowaną bezpośrednio do mnie w sytuacji publicznej, choć było to wiele lat temu. Wchodząc do pracy usłyszałam od doktora: śniłaś mi się dzisiaj, śniło mi się, że się z tobą pieprzyłem - mówi Marta, dziś doświadczona anestezjolog. Z wyraźnym przejęciem w głosie przyznaje, że ją wtedy zamurowało. Wstawiła się za nią koleżanka. Powiedziała, że gdyby to był inny kraj, to on po takim tekście straciłby pracę. - Głośno się śmiał, wypowiadając te słowa - wspomina lekarka. Od tego czasu starała się w miarę możliwości unikać doktora.

Wszyscy wysłuchiwali też opowieści i komentarzy szefa - jakie lubi kobiety, jaką miał i co z nią robił. - Słyszałam komentarze na temat preferencji doktora. Np. tego, jaki lubi rozmiar pośladków. Mam też wrażenie, że dziewczyny, które miały takie kształty, bardziej ponętne, były częściej ofiarami takiego zachowania - relacjonuje Małgorzata. Widzieli to również pracujący w klinice młodzi lekarze. Krzysztof: - Przygniatanie od ściany, siadanie na kolanach dotyczyło głównie kobiet i było okraszone komentarzami na temat ich tuszy, tego, czy tyłek im urósł.

- Jeżeli ktoś praktycznie na tobie siedzi i słyszysz takie rzeczy, to masz ochotę się zabić. I wtedy przypominasz sobie, że potrzebujesz mieć wolne w przyszłym tygodniu. Potem bierzesz prysznic i zmywasz to wszystko z siebie, bo wiesz, że sprzedałeś duszę diabłu - kończy Natalia.

Lekarki, z którymi rozmawiam, zwyczaje doktora nazywają różnie: dla jednej to rubaszne żarty, dla innej przekroczenie granic fizyczności, dla kolejnej niesmaczne zachowanie. -  Tylko jedna po dłuższym namyśle odpowiada: - Molestowanie seksualne.

Nikt poza nami nie zna 'magii Banacha'.

Oddział

W październiku 2019 roku 9 z 23 sal operacyjnych w szpitalu wstrzymało pracę. Brakowało anestezjologów i pielęgniarek anestezjologicznych. Jednak na spotkaniach z dyrekcją doktor miał utrzymywać, że wszystko jest w porządku.

- Byliśmy rozciągnięci po całym szpitalu, wykonywaliśmy pracę za kilku anestezjologów - mówi jedna lekarka. Druga dodaje, że grafik operacji spinał się tylko na papierze. - Mam dwa nazwiska. Jednym nazwiskiem byłam wpisywana na jedną salę operacyjną, a drugim na drugą, w tym samym czasie - opowiada. Gdy zapytała przy wszystkich, co ma zrobić, usłyszała, że nie jest chyba na tyle głupia, by myśleć, że będzie znieczulać w dwóch miejscach naraz.

- Jakaś opatrzność nad nami czuwała, że tam nie doszło do jakiejś tragedii - mówi. Osoby posłusznie wykonujące pracę po godzinach, zostające po dyżurze, były w tej klinice na wagę złota.

Marzy mi się nie widzieć w ludziach strachu.

Milczenie

- Jesteśmy sobą zażenowani, że na to pozwoliliśmy - mówi starsza lekarka. Nie ma pojęcia, jak do tego doszło. - Kiedy atakował różne osoby na odprawach czy obchodach, to większość z nas, i mówię to z absolutnym wstydem, patrzyła sobie na czubki butów i myślała: dobra, udaję, że tego nie widzę, bo potrzebuję pojutrze mieć dzień wolny - przyznaje Natalia.

- To jest człowiek, który się mści - mówi Agnieszka. - Nikt nie mógł mu zwrócić uwagi, bo byłby np. notorycznie wpisywany na dyżury weekendowe lub świąteczne - mówi kobieta i dodaje, że kar za nieposłuszeństwo było więcej.

Krzysztof pytany o brak reakcji na zachowanie doktora chwilę się zastanawia. - Albo daliśmy sobie wmówić, że ma taką ogromną władzę nad nami, albo tak rzeczywiście było - mówi po namyśle. Doktor zarządzał, miał wpływ na urlopy, na politykę kadrową. Przekonali się o tym, gdy paru kolegów zostało nagle zwolnionych. Nie każdy był bezpośrednio ofiarą mobbingu, ale każdy odczuwał taką atmosferę.

Reakcja

W pierwszej połowie 2019 roku lekarze zaczynają ze sobą rozmawiać, decydują się działać. Sprawa trafia do Izby Lekarskiej, do rzecznika odpowiedzialności zawodowej, a sami lekarze spotykają się z szefową uczelnianej komórki antymobbingowej. Piszą pismo, zbierają podpisy, jest ich 26. Większość to specjaliści, są też osoby, które już nie pracują w szpitalu. Wyjechały za granicę lub przeniosły się do innych placówek. Piszą listy do dyrekcji szpitala, przekazują pisma do kierowników klinik. Gdzie się da wołają o pomoc.

Doktor jest w tym czasie dyrektorem Centralnego Szpitala Klinicznego do spraw medycznych. Uczelnia dba o jego rozwój naukowy, otwiera mu przewód habilitacyjny. Wojewoda zgłasza go jako kandydata na stanowisko konsultanta wojewódzkiego. Ale dzieje się coś nieoczekiwanego - Izba Lekarska negatywnie opiniuje jego kandydaturę.

Sprawa

Anna Łukasik, która od października kieruje Uniwersyteckim Centrum Klinicznym, o sprawie dowiedziała się ode mnie. Wieść o tym, że zajmuję się tematem, szybko rozeszła się po szpitalu. Dotarły już do mnie osoby, które twierdzą, że sytuacja na anestezjologii wcale nie jest wyjątkowa. Chirurg z tego samego szpitala postanowiła głośno mówić o swoich doświadczeniach.

- Przyzwolenie na takie zachowania jest w polskiej medycynie od lat. To nie jest tak, że pewnych rzeczy nie widzisz. Każdy je widzi, ale nikomu nie chce się nic zmieniać. Ludzie się boją, że zostaną zwolnieni, że stracą możliwości rozwojowe, których nie będą mieli w innych miejscach. Boją się, że nikt im nie uwierzy. Że coś, co się dzieje nagminnie, ktoś obróci w żart - mówi. Na pytanie, czy wobec niej przekroczono granice, czy padła ofiarą molestowania, odpowiada, że wielokrotnie. Była klepana po pupie, a starsi koledzy mówili, co myślą o jej wyglądzie i co by z nią robili. Twierdzi, że dopuszczają się tego osoby z tytułami naukowymi, z ogromny dorobkiem. Zapewnia, że wiele z tych sytuacji działo się publicznie. Nikt nie reagował. 

Skontaktowaliśmy się z doktorem. W rozmowie telefonicznej przyznał, że nie wie, czy znajdzie dla nas czas. Potem nie odpisywał na SMS-y. Od dyrektor UCK dowiedzieliśmy się, że doktor zaprzecza wszystkim stawianym mu zarzutom. 

Posłuchaj reportażu Michała Janczury:

DOSTĘP PREMIUM