50 lat temu władza wyprowadziła przeciwko protestującym wojsko. "To uniwersalna lekcja, jak alienują się dyktatorzy"

Pierwsza salwa miała być w powietrze, druga w bruk przed demonstrantami, a dopiero trzecia w nogi. Jednak w grudniu 1970 roku doszło do masakry, w której wojsko i milicja otworzyły ogień do protestujących. - To uniwersalna lekcja, jak alienują się dyktatorzy, jak przestają rozumieć własne społeczeństwo - mówił w TOK FM historyk prof. Paweł Machcewicz.
Zobacz wideo

Mija 50 lat od wydarzeń grudnia 1970 roku i od 17 grudnia, kiedy władza wykorzystała przeciwko protestującym wojsko. W krwawo stłumionych protestach zginęło co najmniej 40 osób. Władysław Gomułka bronił się później, twierdząc, że "nie odpowiada prawdzie, jakoby decyzja o użyciu broni została podjęta jednoosobowo przeze mnie, została podjęta kolektywnie, poza tym ustalono, że strzelać należy w nogi". - To był na pewno jeden z najbardziej dramatycznych momentów historii PRL-u - mówił na antenie TOK FM prof. Paweł Machcewicz, historyk z Instytutu Studiów Politycznych PAN. 

Podkreślił, że reakcja władz była brutalna, a Władysław Gomułka sam, jako pierwszy sekretarz partii, wydawał polecenia, jak strzelać. - Pierwsza salwa miała być w powietrze, druga w bruk przed demonstrantami, a trzecia w nogi. Ale to wszystko zamieniło się w masakrę - opowiadał historyk. - To był moment, po którym władze straciły kontrolę nad przebiegiem sytuacji, po tej masakrze doszło do demonstracji ulicznych, kolejnych ofiar - dodawał. 

Reakcje władz na to, co się stało, oceniał jako "absolutnie chaotyczną", zauważał, że przez kilka dni nie było żadnej refleksji, a jedyną reakcją Gomułki była eskalacja przemocy. Prowadząca Karolina Lewicka zwracała uwagę, jak długą drogę przeszedł Gomułka od 1956 roku, kiedy mówił, że ludzie mają prawo protestować na ulicach, do 1970 roku. Profesor zgodził się, że w 1956 roku Polacy uwielbiali Gomułkę, miał on szerokie poparcie społeczne, widziano w nim kogoś, kto sprzeciwił się stalinizacji Polski. - To były w dużej mierze złudzenia, ale powiedziałbym, że żaden polityk komunistyczny w Polsce nie miał tak szerokiego poparcia, jak Gomułka - przyznał historyk. 

- Ale on to poparcie roztrwonił - stwierdził. Wyjaśniał, że po latach Gomułka rozmijał się z nastrojami społecznymi, nie rozumiał młodych ludzi, a przy tym wszystkim wciąż narastały represje. - Grudzień to był upiorny spektakl starszego człowieka, który w tych, którzy strajkują i wychodzą na ulice, widzi tylko wichrzycieli i motłoch. Miał bardzo złe zdanie o Polakach, uważał, że dominują wśród nich nastroje anarchistyczne, antypaństwowe. Jedyną odpowiedzią jest silna reakcja w obronie nie tylko komunizmu, ale też państwa - mówił. 

Przypominał także, że usunięcia Gomułki domagał się sam Breżniew, a Gomułka z narodowego bohatera zamienił się w krwawego tyrana, którego nawet Moskwa uznała za kogoś, kto zagraża stabilności państwa. - Ludzie rządzący wówczas Polską nie wyobrażali sobie negocjowania ze strajkującymi - stwierdził profesor. - Pierwszy przypadek rozmowy z protestującymi to styczeń 1971 roku, czyli nowy sekretarz PZPR Edward Gierek - zwracał uwagę. - Rozmawiał z robotnikami zupełnie innym językiem niż to, co ich spotykało ze strony Gomułki - zauważał. Dodał, że wtedy właśnie zyskał kredyt zaufania, którym cieszył się przez kolejne lata. 

Historyk zastanawiał się, dlaczego w grudniu 1970 r. doszło do tak szerokiego rozlewu krwi. - Z jednej strony mam do czynienia z całkowitą odmową negocjacji z protestującymi, ale z drugiej strony z daleko posuniętym chaosem po stronie władzy, utratą kontroli przez Gomułkę - ocenił. - To bardzo ciekawe z punktu widzenia reagowania władzy na protesty społeczne, to jest taka uniwersalna lekcja dotycząca nie tylko komunistycznego autorytaryzmu, ale pewnych sytuacji kryzysowych, alienowana się władzy od kontaktu ze społeczeństwem, uznawania protestujących za wrogów - ocenił. 

Opowiadał też o liście Władysława Gomułki z początku 1971 r, w którym również nie widać było refleksji. Pisał, że jego zdaniem polskie społeczeństwo jest anarchiczne, nie rozumiało go, nie chciało razem z nim działać na rzecz silnej Polski, nie szanowało państwa. - To uniwersalna lekcja, jak alienują się dyktatorzy, jak przestają rozumieć własne społeczeństwo - stwierdził profesor. 

DOSTĘP PREMIUM