Rząd "odwołał zimę". Przedsiębiorcy mówią o "czarnym czwartku". Boją się, że żadna tarcza nie pokryje strat

Część przedsiębiorców może stracić niemal wszystko, bo to, co zwykle zarabiają zimą, pokrywa ich koszty przez resztę roku. Ogłoszenie zamknięcia hoteli i stoków narciarskich branża nazywa "czarnym czwartkiem". Niektórzy obawiają się, że wielu biznesów nie uratują nawet najhojniejsze rządowe rekompensaty. - Przychody, które generuje zima, są tak wysokie, że żadna tarcza tego nie zrekompensuje - mówił w TOK FM Dariusz Galica.
Zobacz wideo

Rząd "zamknął zimę", a górale, którzy zapowiadali, że będą walczyć do końca, nie zdołali tego powstrzymać. Choć pisali nie tylko do premiera, ale też do posłów i senatorów ze swojego regionu, że zamknięcie pensjonatów zimą oznacza dla wielu z nich bankructwo, zapewniali, że są w stanie sprostać reżimowi sanitarnemu, co udowodnili w sezonie letnim, apelowali nie o bony i zapomogi, ale o możliwość pracy, co pozwoliłoby im utrzymać działalność. Bez skutku. Ukrócone zostaną też wszystkie sposoby na obchodzenie obostrzeń, jak wynajmowanie "schowków na narty" czy podróże służbowe całymi rodzinami. 

Minister zdrowia tłumaczył, że przed nami "trudniejsze dni i tygodnie", a na "efekt szczepienia populacyjnego" nie ma co liczyć w styczniu albo lutym. Do obowiązujących obostrzeń dołożono więc zamknięcie hoteli, nawet na podróże służbowe, stoków narciarskich i galerii handlowych. Później rzecznik resortu Wojciech Andrusiewicz ostrzegał, że nieodpowiedzialne zachowanie podczas ferii może sprawić, że liczba dziennych zakażeń może dojść do nawet 45 tys. przypadków, czego skutkiem byłaby niewydolność służby zdrowia. 

- Wczorajsze decyzje były dla branży turystycznej niemalże ostatnim gwoździem do trumny. Ten dzień przejdzie do historii jako czarny czwartek - tak decyzję rządu komentowała w TOK FM Agata Wójtowicz, prezeska Tatrzańskiej Izby Gospodarczej. Zwracała uwagę, że są firmy, które od wiosny nie dostały żadnego wsparcia, a wielu pracownikom grozi teraz utrata pracy. - Wiele firm nawet na święta się nie otwiera, podejrzewamy, że duże firmy mają większe problemy niż te małe - oceniła. 

Jednak również dla tych mniejszych, rodzinnych, tegoroczna zima będzie niezwykle trudna. - Żyjemy z tego. Jest to sezonowa praca, jesteśmy na umowach zleceniach, jeśli chodzi oczywiście o sprawy finansowe, to mamy problem - mówił w TOK FM jeden z instruktor narciarstwa z Zakopanego. Z kolei Katarzyna Strama ze stacji narciarskiej na Nosalu podkreślała, że okres świąt i nowego roku to dla stoków zawsze był bardzo wysoki sezon. - Na naszym niewielkim obiekcie, we wszystkich działalnościach, jakie tutaj są prowadzone, pracuje 150 osób. Na pewno są w tej chwili tragedie rodzinne - powiedziała. 

Problemem jest również to, że wiadomo tylko tyle, ile minister powiedział podczas konferencji. Czyli tyle, że stoki i hotele będą zamknięte od 28 grudnia do 17 stycznia. Co będzie potem? Tego już nie wie nikt. - My się czujemy, jakbyśmy żyli w Matrixie. Bez możliwości planowania, nawet w krótkiej perspektywie - komentuje Agata Wójtowicz z Tatrzańskiej Izby Gospodarczej. - Za każdą firmą stoją pracownicy, można się spodziewać, że w ciągu jednej chwili stracą pracę - podkreśla. 

W lepszej sytuacji są przedsiębiorcy z miejscowości, które turyści odwiedzają cały rok, więc zimowe straty będzie okazja nadrobić latem. Przykładowo w Zakopanem zimowe przychody zwykle stanowią ok. 1/3 całorocznych. Są jednak miejscowości, jak Bukowina czy Białka Tatrzańska, gdzie zima to aż 80 proc. rocznych przychodów.

- Dla nich to będzie naprawdę trudny czas - zaznaczał Dariusz Galica z agencji Jointsystem, która zrzesza hotelarzy i właścicieli kwater. - Jestem przekonany, że jeżeli tutaj powstaną tarcze, to niestety, ale przychody, które generuje zima w regionach turystycznych, są tak wysokie, że żadna tarcza nie zrekompensuje tego - stwierdził. 

Dzisiaj przedsiębiorcy czekają na konkretne rozwiązania, takie jak zwolnienia z podatków czy pomoc banków, ponieważ większość hoteli była budowana na kredyt. I niemal wszyscy boją się o przyszłość swoich biznesów. - Rozdajcie nam sznury, będzie prościej. To jest najczarniejszy scenariusz jaki mogliśmy sobie wyobrazić - powiedział wprost burmistrz Karpacza Radosław Jęcek. 

DOSTĘP PREMIUM