Synowie Olgi myśleli, że jadą na wakacje, Andriejowi został tylko zegarek. Uciekli, bo na Białorusi nie mogli żyć

Gdy Olga i Siergiej uciekali do Polski, powiedzieli swoim synom, że zabierają ich na wczasy. Zapakowali tyle rzeczy, ile zmieściło się do bagażnika, ruszyli w stronę Grodna. I dalej przez granicę. Musieli uciec, kiedy Siergiej powiedział, że nie będzie bił ludzi na ulicach. Tak jak inni milicjanci.
Zobacz wideo

Obok siebie stoi kilka skórzanych foteli. Przed każdym z nich lustro. Szumią suszarki, brzęczą maszynki, zagłuszając grające w tle radio. Barberzy obsługują klientów tak, jak codziennie. Tyle że klienci nie są tacy, jak na co dzień. Przychodzą tylko ci, którzy uciekli w ostatnim czasie z Białorusi. Barberzy podcinają sporo damskich końcówek. - To ostatnia rzecz, o której myślisz, kiedy uciekasz. Pójść do fryzjera - uśmiecha się Alina Koushyk, która organizuje akcję.

 - Wowa, który tam siedzi, to były milicjant. Pracował w Mozyrzu, a potem wszystko zaczęło się dziać. Zbierał podpisy dla Cichanouskiego, był ochroniarzem Cichanouskiej -  pokazuje młodego chłopaka, który siedzi przed lustrem. - Obok Matwiej, też był milicjantem - pokazuje drugi fotel.  

Ale na strzyżenie mogli zapisać się nie tylko byli milicjanci, którzy zrzucili mundury, mogą przyjść też aktywiści, którym reżimowe służby nie dawały spokoju. Albo ci, którzy po prostu znaleźli się w złym miejscu i czasie, poszli na protest, a potem upomniało się o nich KGB. Albo ci, którym władza niszczyła biznesy, bo przyłączyli się do protestów. Powodów jest wiele, tylko koniec ten sam. Ucieczka. 

Sto dolarów w kieszeni 

Wowa wstaje z fotela, zaraz po nim Matwiej. Przeglądają się w nowych fryzurach, ale rozmawiają niechętnie. Tłumaczą, że muszą już wychodzić, że zaraz jadą do pracy, że przecież nie ma o czym mówić. Wowa rzuca tylko, że najpierw pojechał z żoną do Kijowa, tam wyrobili wizy. I jeszcze w Kijowie okazało się, że jego żona jest w ciąży, ale i tak przyjechali do Polski. Granicę przekroczyli z dwiema walizkami. Więcej mówić nie chce, żeby przypadkiem ktoś go nie rozpoznał. 

Gdy Wowa i Matwiej wychodzą, ich miejsca zajmują kolejni. - Mamy ludzi, którzy musieli uciekać z dnia na dzień - wtrąca Alina. Wspomina Janę, która nigdy nie miała do czynienia z polityką, nie angażowała się wcześniej, ale ostatnio zaczęła chodzić na protesty. Patrzyła, co się dzieje na ulicach, jak zatrzymują niewinnych ludzi. Nie wytrzymała, gdy zobaczyła, jak milicjant rzucił na ziemię jedną z kobiet. Butem przycisnął szyję. Jakby pokazywał, że może złamać jej kark, jeśli tylko będzie chciał.  

- Nie wiem, co we mnie wstąpiło - opowiadała potem Jana. Bo na tamtej demonstracji podeszła do milicjanta, zerwała mu z twarzy kominiarkę. Wiedziała, że czegoś takiego jej nie odpuszczą. Wróciła szybko do domu, zabrała dziecko, noc spędziła u koleżanki. Nie myliła się, na drugi dzień zobaczyła wyłamane drzwi do swojego mieszkania, splądrowane pokoje. Zadzwoniła do byłego milicjanta, znajomego, którego pytała, co w takiej sytuacji robić. - Dziewczyno, uciekaj - usłyszała.

Alina opowiada, że może przyjdzie też Andriej, były śledczy, który do Polski musiał uciekać przez las. Przekroczył granicę nielegalnie, więc o szczegółach woli nie mówić. Nikt do końca nie wie, jak mu się to udało. Wiadomo, że dojechał do Warszawy, nie miał tu ani nikogo znajomego, ani pieniędzy. Był głodny i wychudzony, na nodze miał ranę, do której wdarło się zakażenie. Zostawił za sobą wszystko, opowiadał, że ze starego życia został mu tylko zegarek na ręku. 

- Czasem przyjeżdżają i mają, dosłownie, sto dolarów w kieszeni - mówi Alina. 

Uciekają tysiące, zadzwoniło pięćset 

Trudno policzyć, ile dokładnie osób uciekło, odkąd na Białorusi trwają protesty. Wiadomo, że ponad tysiąc Białorusinów przyjechało do Polski między sierpniem a listopadem tylko w ramach ruchu humanitarnego. Czyli albo dostali wizy humanitarne, albo czekają na decyzję o ochronie międzynarodowej, albo wjechali po zezwoleniu, które wyjątkowo może wydać komendant Straży Granicznej. Białoruskie służby twierdzą, że od września do końca października wyjechało do Polski dziesięć tysięcy osób, ale nazywają ich migrantami zarobkowymi. 

 - Przez dwa miesiące zgłosiło się do nas ponad pięćset osób - wylicza Alina. Do nich, czyli do Centrum Solidarności Białoruskiej, którego Alina jest jedną z założycielek. Pomagają tym, którzy do Polski muszą uciekać. Zbierają pieniądze przez fundacje, granty i dotacje, dają uciekinierom wsparcie prawne, finansowe, psychologiczne, czasami dach na głową, a nawet fryzjera. - Na początku pracowaliśmy, chociaż nie mieliśmy nawet światła w biurze. Cały czas ścian nie zdążyliśmy pomalować - opowiada Alina. 

Zgłaszali się nie tylko kolejni uciekinierzy, ale też osoby, które chciały pomagać. Znalazł się stolarz, który zrobił meble do biura, a do pracy przy nich zatrudnił Białorusinów. Napisał kierowca ciężarówki, który całe miesiące spędza na europejskich autostradach, ale pod Warszawą ma mieszkanie. Bywa tam rzadko, więc oddał je uciekinierom. Dostają je ludzie tacy jak Żenia, matka z trójką dzieci, która pracowała w wojsku. Gdy zaczęły się protesty, dostała rozkaz, żeby wziąć broń palną. Odmówiła.

- Większość osób trafia najpierw do przygranicznych obozów. Albo do Białej Podlaskiej, albo do Horbowa - wyjaśnia Alina. Mówi, że niektórzy jadą wcześniej do Kijowa, żeby dostać wizę humanitarną. Wydać ją mogą również polskie konsulaty, które działają na Białorusi. - Ludzie często mówią, że nie liczyli na nic, kiedy przyjeżdżali do Polski. Są bardzo wdzięczni za każdą pomoc, a nawet zdziwieni, że ktoś im pomaga. Wstydzą się też prosić o cokolwiek. Nie napiszą sami, że czegoś potrzebują - mówi Alina. 

Dzieci nie wiedziały, gdzie jadą 

Fotele w salonie znów się zwalniają, do środka wchodzi Olga, razem z mężem Siergiejem, który jak Matwiej i Wowa jest byłym milicjanem. Pomiędzy fotelami biega ich syn, któremu Tim, jeden z barberów, starannie wycina przedziałek, włosy układa na prawo. Później podcina krótkie blond końcówki Olgi. Na fotelu siada też Siergiej, Tim dopytuje, czy ciąć nożyczkami, czy maszynką. 

- Dzieci nawet nie wiedziały, gdzie jedziemy - zaczyna swoją opowieść Olga. - Myślały, że na wakacje, na jeden albo dwa dni do Grodna. Rzeczy mieliśmy tyle, ile zmieściło się w bagażniku. Nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy żyć, jak będziemy żyć - opowiada, mieszając słowa polskie z rosyjskimi. 

Olga zna już trochę języka, uczy się go od trzech miesięcy, bo tyle są w Polsce. Choć do wyjazdu byli gotowi wcześniej, wiedzieli, że prędzej czy później będą musieli uciec. Olga nawet raz już wyjechała, i to dwadzieścia sześć lat temu, kiedy Łukaszenka objął władzę. Czuła, że nie potrafi mieszkać w kraju, w którym on zaczynał rządzić. Ale niedługo potem dostała wiadomość, że jej młodszy brat zginął w wypadku. Musiała wracać, bo inaczej jej matka zostałaby zupełnie sama.

- Później poznałam męża, urodziłam dzieci i tak zostałam - uśmiecha się. - Ale u nas w rodzinie wszyscy są przeciwko Łukaszence - podkreśla. - Tylko nie wiedzieliśmy, że będzie aż tak źle, że będą tak wszystkich bić. Nawet naszego kuzyna trzymali w areszcie i bili. Przez trzy dni nie udało nam się dowiedzieć, gdzie on jest. Po prostu wyszedł do sklepu i zniknął - wspomina. 

Ola, Białorusinka, która uciekła z mężem i synamiOla, Białorusinka, która uciekła z mężem i synami Piotr Barejka

Po tym jej mąż rzucił pracę. Powiedział, że nie będzie mógł spojrzeć w oczy własnej rodzinie, jeżeli zrobi komuś coś podobnego. Problemy zaczęły się szybko. Napisali więc do polskiego konsula w Grodnie, następnego dnia dostali odpowiedź. Po dziesięciu dniach wizy humanitarne, chwilę potem spakowali rzeczy i wcześnie rano pojechali do Polski. - Nie można siedzieć w milicji, być takim dobrym i czystym. Albo bijesz ludzi, albo odchodzisz - stwierdza Olga. - Jak Łukaszenka nie będzie miał pieniędzy, żeby płacić milicjantom, to jutro by go nie było. Ludzie, którzy mają rozum, już stamtąd odeszli - mówi. 

Choć wtedy niektórzy znajomi zaczęli nazywać ich zdrajcami. Przestali się odzywać. Jedna z sąsiadek zdążyła jeszcze splunąć Siergiejowi pod nogi. - Propaganda tak im kapie, kapie, kapie… Na mózgi. Boją się, ale mój mąż był taki sam dziesięć lat temu - wzdycha Olga. - Tylko później byliśmy na wakacjach w Polsce, Hiszpanii, na Litwie, zobaczyliśmy, że jest inne życie, bezstresowe, lepsze. Czuliśmy, że musimy coś zmienić. Tylko zwykle ludzie nie mają pieniędzy, żeby wyjechać, albo nie mają czasu, żeby coś zobaczyć, bo tylko pracują i pracują - mówi. 

Olga opowiada, że powodów, dlaczego inni cały czas pracują, widzi wiele. Gdy ze służby odchodził jej mąż, to jeden z jego kolegów też spakował rzeczy, ogłosił, że odchodzi i wyszedł z gabinetu. Pojechał do rodziców, ale ci zaczęli go wypytywać, gdzie on teraz pracę znajdzie? Co będzie robił? Czym opłaci rachunki? A  jak za naukę swojego dziecka zapłaci? Wtedy zabrał rzeczy, wrócił do swojego gabinetu. - Jeden ma rodziców, drugi dziecko, a trzeci pięć kredytów, bo nawet piekarnik musiał na raty kupić - mówi Olga. 

Żeby wyjechać do Polski, Olga i Siergiej rzucili wszystko. Zostawili mieszkanie, Siergiej pracę w milicji, Olga posadę w urzędzie i 85-letnią matkę, którą ma nadzieję jeszcze kiedyś zobaczyć. Teraz to niemożliwe. Najpierw trafili do ośrodka dla cudzoziemców, z którego chcieli się wynieść jak najszybciej. - Nie chciałam mieszkać w obozie. Płakałam tam i płakałam, chciałam żyć jak wolny człowiek - opowiada Olga. Dlatego zamieszkali w wynajętym mieszkaniu, choć przez to ledwo starcza im na życie. Siergiej został kurierem, rozwozi paczki, żeby cokolwiek zarobić.

- Nie będzie na Białorusi normalnie nawet za rok. To może trwać dziesięć lat, bo musi przyjść nowe pokolenie - stwierdza Olga. - Tam nie ma słońca. W ludziach nie ma słońca, za dużo jest agresji, nikt nikomu nie ufa. Wszystko jest przeciwko ludziom, a ja nie rozumiem, dlaczego - ciągnie. - Chciałabym, żeby moje dzieci były wolne, żeby żyły tam, gdzie będą chciały. W Białorusi, w Polsce, w Ameryce, w Rosji, gdzie chcą. My mamy z mężem takie marzenie, że jak dzieci się wyprowadzą, to kupimy motor i pojeździmy po Stanach. I założę swoją kwiaciarnię, zawsze chciałam być florystką. 

Nożyczkami czy maszynką? Zapytał Tim milicjanta 

Gdy Olga i Siergiej wychodzą z salonu, Tim zostaje sam z resztą ekipy. Siada na skórzanym fotelu, czekając na następnych klientów. - Tego się nie spodziewałem - stwierdza, poprawia swoje fioletowe włosy. - Myślałem, że to będą ci, którzy musieli uciekać przez milicję i KGB, przez prześladowania i pobicia, a teraz będą nam opowiadać, jak siedzieli w więzieniach. Ale to była milicja! Ci, którzy byli tym systemem. Myślałem, że są najgorszymi ludźmi, których w życiu spotkałem - mówi. 

Tim też uciekał z Białorusi, dwa lata temu. Uciekł przez system, który nie pozwalał mu być tym, kim czuł że jest. Czyli mężczyzną, który jeśli chce, to może mieć fioletowe włosy. - Jak na mnie reagowali dwa lata temu? - prycha. - Kiedy chciałem zgłosić pobicie, zamknęli mnie w gabinecie. Zabrali mi telefon, grali w dobrego i złego. Jeden klął, pytał, po co do nich przyszedłem, bo on przecież i tak napisze, że sam spadłem ze schodów. Siedziałem tam z całą posiniaczoną twarzą - wspomina. 

Obrażali go, mówili, że przecież wystarczyłoby lekko go dotknąć, a on byłby cały w siniakach Jeden z milicjantów stwierdził, że ma tyle poważnych spraw, tu żonę mąż zgwałcił, tam dziecko zabili. I on przychodzi do nich z siniakiem. - Dyskryminacja była całe życie, wszędzie, na ulicy, w sklepach i w pracy. W pracy było bardzo ciężko, bo nie ukrywałem swojej transpłciowości - mówi Tim. Pracował w barze, słuchał więc docinek klientów, szefowie nie reagowali, nawet kiedy o to prosił. 

Tim w swoim salonie barberskimTim w swoim salonie barberskim Piotr Barejka

- Wyjechałem dwa lata temu, a trzy lata temu zostałem pobity. Miałem zniszczoną psychikę, nie wychodziłem z domu przez cztery miesiące, byłem na lekach. Nie ufałem ludziom. Wtedy zacząłem odczuwać, jak ten system działa. Sam z tym się spotkałem - opowiada Tim. - Potem mi się przypomniało, że przecież mam babcię Polkę, mogę dzięki temu wyjechać. Spakowałem dwie torby, powiedziałem rodzicom, że nie mam zamiaru wracać. Zrozumiałem, że sam nie zmienię tam nic, chociaż się starałem - mówi. 

Białoruskiego milicjanta spotkał po dwóch latach tylko raz. I był to Siergiej, który pół godziny temu usiadł na fotelu w jego salonie, poprosił, żeby przystrzyc go maszynką. - Opowiadał mi, jak zrezygnował ze służby, jak nie chcieli go puścić - mówi Tim. - Coś we mnie drgnęło. Byłem po jednej stronie barykady, on po drugiej, ale okazało się, że tak naprawdę też był po naszej. Zobaczyłem drugą stronę, Mówił, że oni nie mają prawa o tym opowiadać, ludzie mają się ich bać, bo są milicją - zamyśla się. 

- Przeraża mnie, jak oni przez ten system cierpią. Najpierw ja cierpiałem, a teraz oni. Nawet jeszcze gorzej mają. Ich dzieci cierpią, tracą przyjaciół i znajomych, to bardzo boli. Ale dobrze, że to zrobili i odeszli. Wszyscy powinni tak zrobić - stwierdza na koniec Tim. 

DOSTĘP PREMIUM