Coraz więcej przedsiębiorców buntuje się przeciwko obostrzeniom. "Jesteśmy w desperacji" - mówi właścicielka restauracji

Praktycznie codziennie dowiadujemy się o kolejnych restauracjach otwieranych wbrew obostrzeniom. W południe w Krakowie otworzono dla klientów jeden z lokali, którego właściciele do tej pory w ramach wsparcia do rządu dostali zaledwie 5 tys. złotych. W poniedziałek w Legionowie ma zacząć działać w normalnym trybie kilkanaście punktów gastronomicznych.
Zobacz wideo

W południe zaczęła przyjmować klientów restauracja "Wesołe Gary" w krakowskiej Nowej Hucie. Działalność ma się odbywać w ramach testowania posiłków przez klientów lokalu.

Właściciele restauracji mówią wprost, że nie mają nic do stracenia, bo są na skraju bankructwa. - Albo lokal otwieramy, albo bankrutujemy. I cała nasza załoga, my zostajemy bez pracy i środków do życia - mówi Karolina Bartosik w rozmowie z reporterką TOK FM. I dodaje: Jesteśmy w desperacji.

Miesięcznie utrzymanie "Wesołych Garów" kosztuje 50 tys. złotych. Właściciele nie mają już oszczędności. Od początku trwania epidemii koronawirusa i związanych z tym obostrzeń dostali tylko 5 tys. złotych rządowej pomocy.

- Mamy miesięcznie kilkanaście tysięcy złotych czynszu. Rachunki za prąd, to są kwoty 7-8 tys. złotych miesięcznie. To nie jest tak, że my w tym momencie nie mamy pieniędzy, żeby sobie samochód kupić. Nie mamy pieniędzy na życie, tak samo nasza załoga - podkreśla.

Karolina Bartosik zapowiada, że mandatów od policji czy sanepidu nie zamierza przyjmować.

A za złamanie obostrzeń można zostać ukaranym mandatem w wysokości nawet 30 tys. złotych. Takie kary sanepid nałożył m.in. na właściciela szczecińskiego lodowiska, które "zamieniło się" w kwiaciarnię oraz osoba odpowiedzialną za organizację w jednym z nocnych klubów w Gdańsku imprezy o nazwie "Specjalny Trening Świąteczny", w której udział wzięło 213 osób.

W Legionowie też otwierają

W najbliższy poniedziałek w Legionowie ma zacząć działać kilkanaście lokali gastronomicznych. A początek akcji społecznego nieposłuszeństwa dał, wpisem w mediach społecznościowych, Maciej Adamski, właściciel restauracji Qlturalni Qlinarni.

Jak przekonuje w rozmowie z reporterem TOK FM, rząd zostawił przedsiębiorców samych sobie. - Mało tego, jeszcze nie daje żadnych informacji. Gdybyśmy mieli informacje, że otwieramy się za pół roku, to wiedziałbym, co zrobić. Mam wiele fachów w ręku, mógłbym coś wymyślić - mówi.

- Każdego dnia wstaję i się zastanawiam: już zamknąć, czy jeszcze jakoś to wszystko trzymać. Każdego dnia się zastanawiam, czy zwolnić ludzi, czy nie zwolnić - dodaje.

Jedzenie na wynos to za mało

Przedsiębiorcy powtarzają, że o przetrwanie restauracji czy baru jedynie przy sprzedaży dań na wynos, jest  niezwykle trudne. Jak tłumaczył w TOK FM wczoraj (12 stycznia) menadżer restauracji "U Trzech Braci" w Cieszynie, dostarczanie jedzenia do domów klientów stanowi tylko ułamek obrotów sprzed pandemii.

- Nie mamy już środków na dalszą działalność w takiej formule, jaką proponuje rząd. Przy pierwszym lockdownie, żeby zabezpieczyć bieżącą działalność firmy, wydaliśmy nasze pieniądze – tłumaczył Tomasz  Kwiek.

"U Trzech Braci" zdecydowała się na otwarcie w miniony weekend.

Drugi lockdown gastronomii

Ograniczenie działalności restauracji do wydawania jedzenie wyłączne na wynos obowiązuje od 24 października. Restauratorzy dowiedzieli się o tym zaledwie kilkanaście godzin przed wprowadzeniem obostrzeń.

Wcześniej restrykcyjne ograniczenia działalności lokali gastronomicznych obowiązywały w naszym kraju od 13 marca do 17 maja 2020 roku.

Z najnowszego sondażu dla "Gazety Wyborczej" wynika, że większość Polaków - 56 proc. - nie chce przedłużenia narodowej kwarantanny.

DOSTĘP PREMIUM