Nie udało się znaleźć podpalacza znad Biebrzy, ale nikogo to nie dziwi. "Przez 26 lat ani razu nie wykryto sprawcy"

Wiosną cała Polska patrzyła, jak płonął Biebrzański Park Narodowy. W publicznej zbiórce dla strażaków zebrano miliony złotych, a za wskazanie sprawcy oferowano nagrody. Prokuratura przesłuchała kilkadziesiąt osób, jednak podpalacza nie odnaleziono. Nie zatrzymano ani jednej osoby. A w parku narodowym cały czas brakuje pieniędzy, żeby przed pożarami chronić przyrodę tak, jak należy.
Zobacz wideo

Z początku nikt nie przypuszczał, że kwietniowy pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym będzie największy w jego 27-letniej historii. Gdy objął ponad pięć hektarów, do akcji skierowano śmigłowce i samoloty gaśnicze, ponad trzystu strażaków z całego kraju i żołnierzy WOT. Jednak już na początku lipca trudno było dostrzec ślady po pożarze. Nad Biebrzę wrócili turyści, ówczesny minister środowiska Michał Woś wręczał w Goniądzu odznaczenia strażakom i leśnikom, którzy walczyli z pożarem. 

Od samego początku mówiło się, że ogień zaprószył człowiek, co potwierdziła też opinia biegłego. Dyrektor Parku zaoferował 10 tysięcy złotych za wskazanie podpalacza, wójt gminy Sztabin dołożył kolejne 10 tysięcy, a anonimowy filantrop z Gdyni aż 100 tysięcy złotych. Wszystko na nic, bo niedawno prokuratura umorzyła śledztwo. Sprawcy nie znaleziono. I choć łąki się zazieleniły, to wszystkie problemy Biebrzańskiego Parku Narodowego nie zniknęły.

Biebrzański Park NarodowyBiebrzański Park Narodowy Jakub Medek

Samorządowcy nie są zdziwieni. "Mieszkańcy sami chcieli się zgłaszać"

Okoliczni samorządowcy od początku wątpili w to, że sprawcę uda się znaleźć, dlatego dzisiaj nie są zdziwieni. - Jak powstały nagrody, to niektórzy mieszkańcy się śmiali, że skoro taka fajna nagroda, to może by samemu się przyznać - opowiada wójt gminy Sztabin Jarosław Karp. Nieodnalezienie sprawcy nie dziwi go również dlatego, że sam próbował interweniować, gdy strażacy z gminy wyjeżdżali do pożarów po kilka razy dziennie. - Dwa lata temu wysłaliśmy cztery pisma na policję, ale do dzisiaj nie dostałem odpowiedzi, że jakieś działania zostały podjęte - ubolewa.

- Wszystkie organy muszą się zacząć działać, żeby łąki nie były wypalane. Dzisiaj jest tak, że zagaszą i nie ma tematu - stwierdza nasz rozmówca.

Co zatem zdaniem wójta należałoby zrobić? - Przede wszystkim działania zapobiegawcze, drony i monitoring. Ale największym problemem był brak drogi dojazdowej. W innych częściach park jest lepiej rozbudowany, więc tam strażacy dotrą - podkreśla. Zdaniem Jarosława Karpia przez ostatnie lata niemal nic nie zrobiono, żeby zapobiegać pożarom. A pożary to również koszty dla niego, bo na kwietniową akcję gminnych strażaków wyłożył z samorządowej kasy około 60 tysięcy złotych.

Pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym. 22 kwietnia 2020Pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym. 22 kwietnia 2020 Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

- To jak szukanie igły w stogu siana - obrazowo podsumowuje jeden z biebrzańskich przewodników. Stwierdza, że dzisiaj mieszkańcy traw już nie wypalają, a na pewno nie tak nagminnie, jak jeszcze kilkanaście lat temu.

Dlatego podejrzewa, że ogień wzniecił ktoś, kto nad Biebrzą nie mieszka. Nawet nieumyślnie, choćby przez niedopałek papierosa. - Nie jestem przekonany, czy da się temu zapobiegać. Na pewno natura to potrafi. Jeśli wrócą czasy, gdy było dużo śniegu, to wiosną będą rozlewiska, torfowisko nasiąknie. Wtedy pożar tak łatwo nie pójdzie - tłumaczy.

"My pożarom nie zapobiegniemy. Możemy się tylko starać" 

Wśród okolicznych mieszkańców krążyły też pogłoski, że ogień zaprószono celowo. Sugerowano, że mogli to zrobić zbieracze poroża, którzy wypalają łąki, aby ułatwić sobie zadanie. - Gdybyśmy mieli swoje podejrzenia, to byśmy nakierowali na nie prokuraturę - zapewnia wicedyrektor BPN Mariusz Siłakowski. Przyznaje jednak, że poszukiwacze poroża to jedna z bardziej prawdopodobnych wersji. Druga to po prostu wypalanie traw, żeby "przygotować" łąkę na sezon.

- Pracuję w Biebrzańskim Parku Narodowym od 26 lat. Odkąd jestem tutaj, ani razu nie wykryto sprawcy pożaru - wzdycha wicedyrektor. I wymienia, że w 2020 roku pożarów było 21, w 2019 roku paliło się 22 razy, w 2018 roku tylko osiem razy.

Liczba pożarów jest, jak tłumaczy Siłakowski, w dużym stopniu zależna od występowania, bądź nie, naturalnych dla doliny Biebrzy zalewów rzecznych. - My pożarom nie zapobiegniemy, to jest ogromy i bardzo trudno dostępny obszar. Można starać się wcześniej je wykrywać, patrolować teren, żeby ludzie nie doprowadzali do pożarów. Możemy zrobić tyle, żeby były jak najmniej groźne, starać się ograniczać ich rozprzestrzenianie - podkreśla.

Nie tylko brak pieniędzy jest problemem

Tyle tylko, że żeby pożary wcześniej wykrywać, trzeba mieć do tego sprzęt. Żeby był sprzęt, muszą być pieniądze. A tych brakuje od lat. - Odkąd pracuję w BPN nikt się tym problemem nie interesował. Dopiero w ubiegłym roku po raz pierwszy mieliśmy przegląd sytuacji przeciwpożarowej w parkach narodowych - mówi Siłakowski. - Ale to nie tak, że my nie widzieliśmy, że taki problem jest. Tylko trudno było znaleźć środki finansowe, bo potrzebne są duże pieniądze - zaznacza wicedyrektor.

Jakie konkretnie? Sam koszt remontów niezbędnych do prowadzenia akcji gaśniczych dróg dojazdowych dyrekcja BPN szacuje na około 20 milionów złotych. Siłakowski zwraca jednak uwagę, że pracownicy parku narodowego mają często związane ręce. Bo niemal połowa gruntów na jego terenie jest prywatna, a duża część dróg to drogi lokalne, którymi zarządzają gminy.

Poza tym, jeśli nawet pieniądze są, nie oznacza to, że można je dowolnie wydać. - Przez wiele lat nie można było na przykład zakupić quadów, bo przepisy nie przewidywały możliwości zakupu takiego sprzętu - podaje przykład Siłakowski.

Audyt zrobiono, a dyrektora Grygoruka zwolniono

O tym, że problemem nad Biebrzą są drogi, mówił też poprzedni dyrektor Andrzej Grygoruk. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” opowiadał również o plotkach dotyczących przyczyn pożaru, bo mieszkańcy mieli widzieć "trzech chłopaków na motocyklach", którzy rzucali zapałkami. Poza tym mówił o swojej nadziei, że tym razem sprawcę uda się złapać.

W tym samym czasie w Biebrzańskim Parku Narodowym trwał audyt przeciwpożarowy, po którym dyrektor został odwołany. Rzecznik resortu środowiska stwierdził wówczas, że powodem takiej decyzji był wynik kontroli.

Pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym. 22 kwietnia 2020Pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym. 22 kwietnia 2020 Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Co dokładnie wykryto po audycie przeciwpożarowym? O to zapytaliśmy w ministerstwie, jednak nie dostaliśmy jednoznacznej odpowiedzi.

Resort stwierdził tylko, że minister "dokłada wszelkich starań, aby jednostki nadzorowane (...), były jak najlepiej przygotowane na wypadek katastrof naturalnych, w tym pożarów". Zaś park został zobowiązany do "korekty dokumentów na podstawie których odbywa się zabezpieczenie przeciwpożarowe" i otrzymał pieniądze na sprzęt z Funduszu Leśnego.

Jedna wieża przeciwpożarowa na cały Park

Mariusz Siłakowski wymienia to, czego w BPN brakowało. Podkreśla, że nie było lekkiego sprzętu, który pozwoliłyby strażakom dostać się na miejsce pożaru, dlatego chodzili pieszo, a ogień gasili ręcznymi tłumicami. Ciężki sprzęt powiatowych straży był na tym terenie bezużyteczny. Poza tym nad Biebrzą działa tylko jedna dostrzegalnia, czyli wieża przeciwpożarowa. - To bardzo mało - podkreśla wicedyrektor. Ale dodaje, że park narodowy dostał wsparcie z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, dzięki czemu zbuduje dwie kolejne wieże. Tylko powstaną one najwcześniej za... dwa lata.

Poza tym dzięki publicznej zbiórce, w której zebrano ponad 3 mln złotych, doposażono lokalne OSP, co też poprawi bezpieczeństwo. Park ma również w końcu dostać quady, do tego kolejnego drona i lekki sprzęt gaśniczy. To jednak i tak kropla w morzu potrzeb.

Wicedyrektor mówi, że BPN otrzyma łącznie około 5 mln złotych, ale potrzebuje pięć razy więcej - 25 mln. - Stoimy przed wyzwaniem, skąd wziąć tak duże pieniądze, żeby doprowadzić sytuację do optymalnego stanu - mówi Siłakowski.

Dobrą wiadomością jest to, że po tych kilku miesiącach okazało się, iż straty przyrodnicze nie są tak duże, jak się obawiano. Choć trzeba podkreślić, że ich dokładne wyliczenie zajmie nawet pięć lat. - Pożar miał miejsce w kwietniu, kiedy sezon lęgowy się zaczynał. Dorosłe ptaki i duże zwierzęta zdążył wyemigrować miejsca pożaru, natomiast na pewno ponieśliśmy w drobnej faunie, w owadach, mięczakach, gryzoniach - podsumowuje wicedyrektor.

Biebrzański Park NarodowyBiebrzański Park Narodowy Jakub Medek

Prokuratura robiła, co mogła. Ale sprawcy nie znalazła

Łukasz Janyst z Prokuratury Okręgowej w Białymstoku zapewnia w rozmowie z nami, że w śledztwie zrobiono wszystko, aby ustalić, kto był sprawcą pożaru.

Prokuratorzy dokonali oględzin w wielu punktach Biebrzańskiego Parku Narodowego, zgromadzili dokumentacje pochodzącą zarówno od zawodowych strażaków, jak i ochotników; uzyskali analizę przebiegu pożaru z Centrum Informacji Kryzysowej, którą opracowano na podstawie danych satelitarnych. Weryfikowali także pojawiające się w mediach informacje o przyczynie pożaru, które poddano "stosownej analizie kryminalnej".

Przesłuchano kilkudziesięciu świadków, nie tylko mieszkańców, strażaków, pracowników parku, ale też myśliwych, którzy polowali wtedy w okolicy. Nie zatrzymano jednak ani jednej osoby. Dlaczego? Prokurator tłumaczy, że wiąże się to "w głównej mierze z charakterystyką terenu", na którym wybuchł pożar.

- Jest to obszar o niskiej gęstości zaludnienia i zurbanizowania, a tym samym z niewielką liczbą potencjalnych świadków, kamer monitoringu oraz stacji BTS - podsumowuje Janyst. I dodaje, że działania operacyjne prowadzi jeszcze policja, a jeśli pojawią się nowe okoliczności, to śledztwo może zostać wznowione.

DOSTĘP PREMIUM