Kolonizacja Marsa to wciąż fantazja. Kosmolożka wyjaśnia, czym Elon Musk podpadł astronomom

Choć Elon Musk zapowiada, że człowiek na Marsie wyląduje już niedługo, to jednak kosmolożka dr hab. Agnieszka Pollo oceniała w TOK FM, że kolonizacja jakiejkolwiek innej planety to wciąż pieśń bardzo odległej przyszłości. Podobnie ucieczka w kosmos przed katastrofą klimatyczną, ponieważ Ziemia, nawet po największym kataklizmie, i tak będzie dla człowieka przyjaźniejsza.
Zobacz wideo

Nie od dziś wiadomo, że pragnieniem miliardera Elona Muska jest kolonizacja Marsa. I choć niedawno rozbił się kolejny prototyp rakiety jego firmy SpaceX, to jednak Musk zapowiedział, że człowiek wyląduje na Marsie za niecałe sześć lat. - Wydaje mi się, że pomysł kolonizacji Marsa jest na razie w sferze fantazji. I to takich dosyć dalekich - tonowała kosmiczny hurraoptymizm dr hab. Agnieszka Pollo z Narodowego Centrum Badań Jądrowych UJ. - Kolonizacja Marsa to może nie być to, co nas spotka za kilka lat, ale być może coś ciekawego się przy okazji wydarzy – stwierdziła.

- Na początek chciałabym zobaczyć obiecywane przez Muska loty na orbitę okołoziemską. To już by było coś, gdyby się okazało, że tego rodzaju loty są możliwie komercyjnie i za stosunkowo niewielką cenę. To pewnie jest bardziej realne i bliżej naszego zasięgu - mówiła ekspertka. - Być może wyprawa na Księżyc też jest w naszym zasięgu. Czy kolonizacja Księżyca, to też nie byłabym przekonana, ale być może postawienie tam niewielkiej bazy – opowiadała.

Dlaczego jednak nawet kolonizacja Księżyca jest, zdaniem ekspertki, wciąż poza ludzkim zasięgiem? - Wszędzie poza powierzchnią Ziemi warunki są fatalne. Kosmos to nie jest przyjazne miejsce do życia. Po pierwsze jest zimno, jest albo bardzo jasno, albo bardzo ciemno - wymieniała kosmolożka. Wyjaśniała, że człowiek jest narażony na promieniowanie ultrafioletowe i rentgenowskie, które ziemska atmosfera filtruje. - Bombardują nas cząstki promieniowania kosmicznego, też do końca nie wiadomo, jak to nam wyjdzie na zdrowie – mówiła dalej.

- Musimy być odpowiednio zabezpieczeni, bo na zewnątrz jest próżnia, nie tylko nie ma czym oddychać, ale w ogóle wystawienie ludzkiego ciała na takie warunki skończyłoby się szybko i tragicznie. Człowiek, żeby przeżyć poza atmosferą ziemska, musi mieć takie mikrośrodowisko, które możliwe dobrze imituje mu bycie na Ziemi - podkreślała. Jak mówiła, nawet astronauci po powrocie na Ziemię często muszą przechodzić rehabilitację.

Wszystko to sprawia, że kosmos może nie być dobrym miejscem na ucieczkę od pogrążającej się w katastrofie klimatycznej i wszelkich innych klęskach Ziemi. - Nawet z katastrofą klimatyczną Ziemia jest nadal znacznie bardziej bezpiecznym i komfortowym miejscem dla nas niż Księżyc, Mars czy jakakolwiek inna znana nam planeta - opowiadała ekspertka. Jej zdaniem to pieśń bardzo dalekiej przyszłości, zanim ludzkość będzie w stanie się osiedlić i przeżyć poza Ziemią.

- Jednak kolonizacja jako pozyskiwanie zasobów, zakładanie kopalni, to i owszem – zauważała z drugiej strony. Jak mówiła, kopalniany przemysł kosmiczny to jest coś, o czym mówi się coraz głośniej. - Kosmos jest pełen skał podobnych jak Ziemia, tylko o różnym składzie, złożonych z różnego rodzaju kamyczków, które zawierają też różne cenne, z naszego ziemskiego punktu widzenia, zasoby – wyjaśniała, choć zaznaczała, że niektórych surowców, jak chociażby węgiel, w kosmosie nie znajdziemy.

Podkreślała jednak, że to wciąż zupełnie nieopłacalna, ponieważ koszty takiego przedsięwzięcia są ogromne. Natomiast Tomasz Stawiszyński porównywał kolonizację kosmosu do Dzikiego Zachodu. Zastanawiał się też, jak regulować relacje, które są poza Ziemią, jak rozwiązać kwestie prawne. - Analogia do Dzikiego Zachodu jest bardzo na miejscu - zgodziła się kosmolożka. - W przypadku Dzikiego Zachodu było takie poczucie, że to jest ogromny teren, niezagospodarowany. Jak zrobię sobie kopalnię złota, wytnę wszystkie drzewa czy wybiję stado bizonów, to przecież nikt na tym nie ucierpi – porównywała. I dodała, że koniec końców okazało się, że to wszystko nie pozostało bez konsekwencji.

- To jest bardzo rozległy temat. Istnieje już nawet taka dziedzina prawa jak prawo kosmiczne, ale problem polega na tym, że w obecnej sytuacji prawa do kosmosu mają w pewnym sensie wszyscy - tłumaczyła. - Każdy może wysłać misję kosmiczną, jeżeli potrafi. To oznacza, że właściwie są to rzeczy słabo negocjowalne – oceniała.

Dlatego swoją rakietę mogą wysłać Chińczycy, mogą to być Amerykanie, a może być też Elon Musk. Kosmolożka zaznaczała jednak, że pojedyncze misje nie spowodują problemu, bo to tak, jakby Krzysztof Kolumb dobił jednym statkiem do wybrzeży Ameryki i nikt by za nim nie poszedł. - Większym problemem jest to, co się dzieje w naszym bezpośrednim, ziemskim otoczeniu. Tutaj problemy związane z tym, do kogo należy nasze niebo, widzimy bardzo wyraźnie – zauważała. - Nasza przestrzeń okołoziemska jest już bardzo zatłoczona różnego rodzaju śmieciem wysyłanym trochę bezmyślnie przez różne podmioty – stwierdziła.

Ekspertka opowiadała również o tym, jak Elon Musk zdążył już narazić się astronomom na całym świecie. Chodzi o wysyłane przez niego satelity Starlink. - Jest ich sporo, a ma być jeszcze więcej, i one świecą. Wyobrażam sobie, że z punktu widzenia kogoś, kto nie jest tym zainteresowany zawodowa, to nawet efektownie wygląda – mówiła. - Ale z punktu widzenia obserwacji astronomicznych to jest katastrofa – podsumowała kosmolożka.

DOSTĘP PREMIUM