Dominikanin wspomina, że gdy był chłopcem "ks. Dymer położył się obok, głaskał po genitaliach i sapał"

- Nie można zliczyć, do ilu drzwi pukaliśmy, ilu hierarchów, polityków się o tym dowiadywało - na antenie TOK FM mówił ojciec Marcin Mogielski i przytoczył, co usłyszał, gdy po raz pierwszy składał zeznania w tej sprawie: - Sędzia powiedziała do mnie: a po co pan to ruszał.
Zobacz wideo

Ks. Andrzej Dymer z funkcji dyrektora Instytutu Medycznego im. Jana Pawła II w Szczecinie został odwołany w piątek. O tym, że duchowny wykorzystuje seksualnie małoletnich, władze archidiecezji wiedziały już w 1995 roku - wynika ze śledztwa przeprowadzonego przez Zbigniewa Nosowskiego, redaktora naczelnego "Więzi", która informację o odwołaniu podała jako pierwsza.

W kwietniu 2008 r. kościelny trybunał uznał winę ks. Dymera". Treść wyroku przez wiele lat pozostawała poufna, nie znali jej nawet pokrzywdzeni, ujawnił ją dopiero w listopadzie 2020 r. Zbigniew Nosowski.

W piątek można było już też obejrzeć dokument o ks. Dymerze na TVN GO, w poniedziałek zostanie pokazany w "Czarno na białym". 

W TOK FM o tej wstrząsającej sprawie opowiadał ojciec Marcin Mogielski, dominikanin, który ks. Dymera zna od 30 lat i wielokrotnie zwracał uwagę na to, co się dzieje w Szczecinie, w którym na początku lat 90-tych ks. Dymer założył ośrodek dla chłopców z trudnych rodzin. 

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

- Równo 30 lat temu poznałem ks. Dymera w Szczecinie, kiedy ja i mój brat byliśmy ministrantami w parafii świętej Rodziny, on trafił jako młody wikary i nas od razu sobie zjednał. W 1991 pojechaliśmy z księdzem w góry, w Tatry - dominikanin mówił w rozmowie z Tomaszem Stawiszyńskim, w "Magazynie Filozofa". Przypomniał, że wtedy powstawały plany powołania bursy dla chłopców, którzy chcą pracować i uczyć się, a nie mają gdzie mieszkać.

Opowiadał o wyjeździe w góry w 1991 roku. - Było nas bardzo dużo. Już wtedy na samym początku pojawiły się zastrzeżenia, bo ksiądz nie miał swojego pokoju do spania, od starszych kolegów słyszeliśmy, że ksiądz przychodzi do ich wspólnej sypialni, w której mieli zsunięte łóżka i każdej nocy kładzie się koło kogoś innego, głaszcze po twarzy, po piersiach, zakłada nogę, przytula się, takie dziwne zachowania. Chłopcy nie chcieli spać koło księdza, chowali się, żeby nie tylko obok mnie - relacjonował ojciec Mogielski w TOK FM. I dodał, że ks. Dymer którejś nocy przyszedł też do niego i położył się obok. - Głaszcząc po twarzy, piersiach, koło genitaliów, nogę założył, sapał, przytulił się do mojej szyi, ja udawałem, że śpię i może dzięki temu nic się nie stało - dodał. 

Jak mówił, w tamtych czasach znajomi opowiadali to sobie, ale z komentarzem "a tam, księdzu coś się przyśniło". - Nikomu do głowy nie przyszło wtedy, że to jest jakieś brudne, niewłaściwe, bardziej się z tego podśmiewaliśmy i szkoda, że to do nas bardziej nie dotarło - wspominał dominikanin. 

Z biegiem lat nadzieja była coraz mniejsza

Potem jego brat i bratowa oraz grono przyjaciół zostali pierwszymi wychowawcami w tym domu, a on po maturze poszedł do seminarium duchownego w Szczecinie i wycofał się z tego towarzystwa. - Bo żyłem życiem skoszarowanych. Po dwóch latach odkryłem, ze to nie jest to, przeniosłem się do zakonu dominikanów i przeniosłem się najpierw do Poznania i Krakowa i moje oddalenie było coraz dalsze - wyjaśniał w rozmowie z Tomaszem Stawiszyńskim.

Jednak od brata, bratowej i przyjaciół słyszał różne historie. Jak wspominał, najpierw "do głowy nam nie przyszło, że taki święty człowiek takich rzeczy może dopuścić". - Najpierw myśleliśmy, że to niemożliwe, aż w końcu poszli do biskupa Stefanka. Pięcioro wychowawców poszło, żeby zgłosić tę sprawę, okazało się, ze biskupa to mało interesowało, bardziej interesowały nazwiska wychowawców i ich potem zwolniono. Ukarano sygnalistów - mówił ojciec Mogielski. Jak dodał, "biskup kazał czekać" i czekali, a nic się nie wydarzyło. A chłopcy opowiadali straszne rzeczy, między innymi o gwałtach. 

- Z biegiem lat ta nadzieja była coraz mniejsza i już wątpiłem w sprawczość instytucji kościoła, ze cokolwiek chcą i mogą zrobić - stwierdził dominikanin. Według niego ruch abp Dzięgi jest spowodowany lękiem, "bo biskup wie, co się dzieje, że ten program był nagrywany, że zostanie puszczony. I teraz nie da się tego ukryć". - Są ofiary, które od dawna chciały się z nim spotkać i porozmawiać i zdecydował się teraz. W pośpiechu, gdy TVN24 ma wyemitować swój program 'Czarno na białym" - uzasadnił swoją opinię. 

Zwrócił uwagę, że Kościół katolicki w Polsce ma uprzywilejowaną pozycję, jest wręcz nad państwem i konstytucją w Polsce, i to się powinno zmienić. - Nie można zliczyć, do ilu drzwi pukaliśmy, ilu hierarchów, polityków się o tym dowiadywało - tłumaczył i przytoczył, co usłyszał, gdy po raz pierwszy składał zeznania w tej sprawie. - Sędzia powiedziała do mnie: a po co pan to ruszał - wskazywał. Przyznał też, że poznał wiele osób w środku Kościoła, które za zwracanie uwagi na takie sprawy były poddawane szykanom.

- Akurat najbardziej mi w tej sprawie i w sprawie ofiar pomogły media antykościelne "Gazeta Wyborcza" i TVN24. Zobaczmy, co robią media kościelne - klakierstwo i milczenie - dodał. 

Podkreślał jednak, żeby nie mówić, ze winny jest Kościół. - Mówmy hierarchia, mówmy kler - powiedział i stwierdził, że nadzieje widzi w "odkleryzowaniu Kościoła".

- Tak jak Polska to nie jest jedna opcja polityczna, to Kościół to też nie jest tylko instytucja, hierarchia i dziwne pomysły biskupów, jest w tym wszystkim pan Jezus, Ewangelia, tego się mocno trzymam i dlatego nie zniechęcam - mówił dominikanin. 

Ostatecznego wyroku wciąż nie ma

W kwietniu 2008 r. kościelny trybunał uznał winę ks. Dymera". Treść wyroku przez wiele lat pozostawała poufna, nie znali jej nawet pokrzywdzeni, ujawnił ją dopiero w listopadzie 2020 r. Zbigniew Nosowski - opisała to "Więź". 

Jak ustalił kwartalnik, oskarżony złożył apelację od wyroku pierwszej instancji, a ostatecznego werdyktu wciąż nie ma. Z polecenia Watykanu od 2008 roku za przebieg procesu drugiej instancji w sprawie ks. Dymera odpowiada archidiecezja Gdańska. Jednak "Więź" ujawniła, że ówczesny metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź, pomimo polecenia Watykanu, przez ponad 9 lat nie wydał dekretu nakazującego wszcząć proces sądowy w drugiej instancji. Zrobił to dopiero 31 grudnia 2017 r.

O sprawie ks. Dymera mówiła w 2019 roku na antenie TOK FM posłanka Joanna Scheuring-Wielgus. Stwierdziła wówczas, że "mamy takiego swojego Jankowskiego teraz, w naszych czasach". - To jest ksiądz Dymer ze Szczecina, który ma powiązania ze wszystkimi politykami, od prawa po Platformę Obywatelską, a który robi rzeczy niewyobrażalne, jeśli chodzi o przestępstwa seksualne - mówiła. - Jest cały czas kryty przez władzę, przez polityków, przez biznesmenów ze Szczecina. Musimy o tym mówić - zaznaczała.

DOSTĘP PREMIUM