Pół roku z "lex Szyszko" i ubyło prawie tyle drzew, ile przez resztę dekady. "Byliśmy zaskoczeni skalą"

Naukowcy z Łodzi policzyli, że tylko przez połowę 2017 roku, czyli w czasie obowiązywania tzw. "lex Szyszko", wycięto niemal tyle drzew, ile przez całą resztę dekady. Jeden z autorów badań, prof. Jakub Kronenberg, przyznał na antenie TOK FM, że tak duża liczba była zaskoczeniem. - Okazało się, że zmiana została skwapliwie wykorzystana przez wielu właścicieli ziemi - mówił.
Zobacz wideo

Za czasów urzędowania nieżyjącego już ministra środowiska Jana Szyszki wprowadzono zmianę w ustawie o ochronie przyrody, która znacznie ułatwiała wycinkę drzew na prywatnych posesjach. Nowelizacja, potocznie określana jako "Lex Szyszko", obowiązywała od stycznia do czerwca 2017 roku. I, jak policzyli naukowcy z Uniwersytetu Łódzkiego, przez te pół roku wycięto tyle drzew, ile przez wszystkie pozostałe lata ostatniej dekady. Aby to obliczyć, przeanalizowali dane z 8,5 proc. powierzchni miasta.  

- Podjęliśmy się tego zadania, dlatego że do tej pory, mimo że mówiono o tym bardzo dużo, nikt nie sprawdził, ile tak naprawdę drzew ubyło w czasie tej liberalizacji. Jej skutki od razu przedstawiono jako katastrofalne, ale nikt nie wiedział, czy tak naprawdę było - tłumaczył w TOK FM prof. Jakub Kronenberg z Katedry Gospodarki Regionalnej i Środowiska na Uniwersytecie Łódzkim. - Z drugiej strony wszyscy widzieliśmy to gołym okiem, ale w sytuacji, w jakiej jesteśmy, wobec braku inwentaryzacji drzew w poszczególnych miastach, tak naprawdę nie wiemy, co tracimy - dodawał. 

Takiej okazji, by zacząć słuchać, jeszcze nie było! Wszystkie podcasty TOK FM za 1 zł

Jak zaznaczał profesor, skala strat w miejskich ekosystemach pozostawała dotąd nieznana. Dlatego naukowcy policzyli nie tylko, ile drzew wycięto w pierwszej połowie 2017 roku, ale też ile wycięto ich przez całą dekadę, czyli od 2010 do 2019 roku. Prowadząca audycję Agnieszka Lichnerowicz podawała, że 40 proc. wszystkich drzew wyciętych przez całą dekadę wycięto właśnie w czasie obowiązywania tzw. "lex Szyszko", czyli przez ledwie pół roku. 

- Byliśmy trochę zaskoczeni tym, że skala była aż tak duża - przyznał prof. Kronenberg. - Co więcej, policzyliśmy też, że 80 proc. tych drzew, które usunięto w 2017 roku, usunięto z terenów prywatnych. To prywatni właściciele najbardziej "skorzystali" na tym, że zliberalizowano prawo - dodawał. 

Nie tylko "lex Szyszko"

Profesor zauważał również, że problemem była nie tylko sama liberalizacja jednej ustawy, ale "szersze niedoskonałości instytucjonalne" w zarządzaniu zielenią i problemy z "przypisywaniem właściwego znaczenia przyrodzie". - W sytuacji, kiedy tego brakuje, doszło jeszcze dodatkowe obciążenie w postaci "lex Szyszko", liberalizacji, która przeciągnęła cały system zarządzania środowiskiem przyrodniczym na drugą stronę skali - mówił. - Okazało się, że ta zmiana została skwapliwie wykorzystana przez wielu właścicieli ziemi - dodał. 

Agnieszka Lichnerowicz zwracała też uwagę na kolejny problem, czyli to, że polskie społeczeństwo nie docenia , jak wartościowe są "usługi" przyrody, a wartość drzewa jest liczona głównie pod kątem tego, ile warte jest drewno. - Rzeczywiście korzyści, których dostarczają nam drzewa, jest bardzo dużo - zgadzał się ekspert - Jeżeli nie ma takiego systemu prawnego i planistycznego, w ramach którego drzewom poświęca się zasłużoną im uwagę, to indywidualne decyzje mogą być podyktowane przez interes prywatny, a ten niestety może często okazywać się sprzeczny z zachowaniem drzew - stwierdził. 

Dlaczego prywatni właściciele tak chętnie wycinali drzewa? - Może wydaje im się, że łatwiej będzie sprzedać działkę, jeżeli nie będzie na niej drzew, albo nie trzeba będzie sprzątać liści? - domyślał się profesor. Jak dodawał, dlatego w miastach należy myśleć o "systemach zielonej infrastruktury", a nie pojedynczych drzewach. - Mówimy o całym systemie zielonej infrastruktury, który, podobnie jak każdy inny system infrastruktury, wymaga powiązań. Te drzewa rozsiane po mieście są elementami łącznikowymi - podsumowywał. I zwracał uwagę, że choć w polskich miastach jest wiele terenów zielonych, to niewiele z nich jest chronionych formalnie jako parki albo lasy. 

DOSTĘP PREMIUM