"Planeta nie wytrzyma obciążenia w związku z hodowlą zwierząt. Czas zastanowić się, co zrobić"

Na wielu osobach argumenty etyczne nie robią żadnego wrażenia, nie rozumiem tego, ale przyjmuję do wiadomości. Można oczywiście rechotać z opinii Sylwi Spurek, zajadając swojego kebaba czy schabowego, ale nie zmieni to faktu, że musimy się jako społeczeństwo zastanowić, co robić, bo planeta nie wytrzyma takiego obciążenia hodowlą przemysłową zwierząt
Zobacz wideo

W tym tygodniu uwagę zwróciła na siebie europosłanka Zielonych, Sylwia Spurek, która pozytywnie odniosła się do pomysłu całkowitego zakazu reklamowania mięsa - co proponował m.in. niemiecki oddziału Greenpeace. Spurek się z nim zgodziła i potem sama zaproponowała "piątkę dla branży rolniczej",czyli  m.in. zakaz reklamy mięsa, mleka czy jaj. Komentarze? Że to ograniczanie wolności, że jak tak można, że to komuna albo wegański faszyzm.

Nie wiem, czy zakaz reklamy byłby dobrym pomysłem, na pewno nie z dnia na dzień. Ale nie mam też poczucia, że to zupełna aberracja. Jakoś nie reklamuje się papierosów, mocnego alkoholu, są więc wartości wyższe niż interesy branży. Czytałam komentarze rozsądnych osób, że winny jest ogólny ton europosłanki i jej zasadniczość, a niektórzy powiedzą, że to radykalizm i to jest zniechęcające.

Ja też lubię komunikację pozytywną. Świetną robotę od lat w promocji kuchni roślinnej wykonuje jedna z najbardziej wpływowych blogerek kulinarnych, Marta Dymek, autorka Jadłonomii. Pani Dymek - na ile słyszałam wypowiedzi - mówi tylko o pozytywach kuchni roślinnej, nie o negatywach mięsnej. Tyle że Sylwia Spurek nie jest blogerką kulinarną, jej rolą nie jest pokazywanie, jaki fajny obiad przygotowała. Jako polityczka ma wpływ na przepisy prawa i na ten temat się wypowiada.

Rozumiem też, że można nie mieć ochoty na delikatny ton, bo kiedy już przyjrzymy się, z jakim problem mamy do czynienia, to trudno nie bić na alarm. W reklamach mięsa i mleka paradują szczęśliwe krówki i świnki, na zielonej trawie i w słońcu. To jest zakłamanie do potęgi. Przemysłowa hodowla zwierząt wiąże się z ich ogromnym cierpieniem, a to naprawdę nie są nieświadome swojego istnienia zwierzęta. Krowy mają swoje wzajemnie sympatie i antypatie, świnie lubią się bawić, a jak niedawno sprawdzili naukowcy, potrafią nawet nauczyć się prostej gry wideo i obsługi joystika ryjkiem. To zwierzęta społeczne, podobne inteligencją do psów, a może nawet je przewyższają. Nie mówiąc już o ich oczywistych zdolnościach do odczuwania bólu czy strachu.

Na wielu osobach argumenty etyczne nie robią żadnego wrażenia, nie rozumiem tego, ale przyjmuję do wiadomości. Można oczywiście rechotać z opinii Sylwi Spurek, zajadając swojego kebaba czy schabowego, ale nie zmieni to faktu, że musimy się jako społeczeństwo zastanowić, co robić, bo planeta nie wytrzyma takiego obciążenia hodowlą przemysłową zwierząt. 80 proc. gruntów rolnych jest przeznaczonych na hodowlę zwierząt - albo bezpośrednio, albo na uprawę roślin na paszę. A mięso dostarcza globalnie tylko 18 proc. kalorii. Nie mówiąc o ogromnym zużyciu wody.

Nikt nikogo do niczego w kwestii diety zmuszał nie będzie, ale nie mówmy, że to problem - proszę wybaczyć - ekoświrów. Wiecie, kto zachęca do przejścia na mięso wytwarzane w laboratoriach (są już takie prototypowe możliwości)? Otóż zachęca niejaki Bill Gates. Przed obciążeniem planety hodowlą ostrzega też FAO, ONZ-owska organizacja ds. wyżywienia. Zresztą coraz więcej osób to rozumie, bo produkty roślinne są coraz bardziej popularne, w branże wchodzą też tradycyjni producenci mięsa. Niektórzy konsumenci rezygnują z mięsa całkiem, niektórzy ograniczają. Modny robi się flexitarianizm. To naprawdę nie jest opozycja: soczysty burger kontra zwiędły liść sałaty. Żarty na bok, to jest globalne wyzwanie.

DOSTĘP PREMIUM