Zamiast dodatków covidowych są długi i perspektywa walki przed sądem

Mieli dostać premię za pracę z pacjentami z COVID-19, ale na razie sami za to płacą. Większość lekarzy i pielęgniarek z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Warszawie nie dostała nawet złotówki tak zwanego dodatku covidowego, a podatek od niego musieli już zapłacić. Zapowiadają masowe pozwy do sądu.
Zobacz wideo

Lekarze i pielęgniarki z największego szpitala w Polsce już wysłali do dyrekcji przedsądowe wezwania do zapłaty. - Następne kroki skierujemy do sądu - mówią i dodają, że nikt z nimi nawet nie chce rozmawiać.

Chodzi o miesięczny dodatek w wysokości 100 proc. zarobków. Zgodnie z wytycznymi ministerstwa zdrowia mieli go otrzymać wszyscy, którzy pracowali z zakażonymi COVID-19. I tu pojawia się problem, bo dokładnie nie wiadomo, jak rozumieć istniejące wytyczne. Jedni uważają, że chodzi tylko o lekarzy oddziałów covidowych. Inni twierdzą, że skoro pracowali w rygorze sanitarnym takim jak na oddziałach covidowych, to też im się te dodatki należą. Jeszcze inni mówią, że praca na innych (niecovidowych) oddziałach, gdzie regularnie wykrywano przypadki zakażenia, też zasługuje na dodatek.

Fakty są takie, że część personelu szpitala przy Banacha w Warszawie pieniędzy nie dostała i nie wiadomo, kiedy dostanie. Środki za listopad znalazły się w zasadzie tylko dla  izby przyjęć. Pozostali pieniędzy nie widzieli, co gorsze nie mają też informacji, kiedy mogą je otrzymać i czy w ogóle tak się stanie.

Nie otrzymali ich ani medycy, którzy pracowali incydentalnie z zakażonymi, ani również ci, którzy całymi miesiącami pracowali na oddziałach intensywnej terapii dla zakażonych COVID-19. - To są setki osób, które nie wiedzą, dlaczego tak się je traktuje - mówi nam jeden z chirurgów i dodaje, że pieniądze powinny być wypłacane od listopada.

Jest za to podatek covidowy

Lekarze i pielęgniarki zatrudniani są na podstawie tzw. kontraktów - są przedsiębiorcami, których szpital podnajmuje. Tak funkcjonuje większość personelu na wielu oddziałach, nie tylko w tej placówce. - W naszej klinice zdecydowana większość pielęgniarek jest na kontrakcie. Na sześćdziesiąt kilka zatrudnionych tylko kilkanaście ma etat - mówi Marcin Radoch, chirurg rezydent ze szpitala przy Banacha. Konsekwencje tego są takie, że rozliczenie odbywa się na podstawie faktur. Od faktury wystawionej przez lekarza czy pielęgniarza trzeba odprowadzić podatek. - Wystawiliśmy faktury za trzy miesiące. Dla nas, osób na kontrakcie, oczywiste jest, że musimy zapłacić podatek. Śmiejemy się, że na razie to my płacimy podatek covidowy - mówi Maciej Latos, pielęgniarz, specjalista pielęgniarstwa anestezjologicznego i intensywnej terapii. Zaznacza jednak, że śmiech kończy się tam, gdzie trzeba sięgnąć do swojej kieszeni i zapłacić bez pewności, że uda się te pieniądze odzyskać. Mówimy o kilku tysiącach złotych w przypadku najmniej zarabiających.

Część lekarzy podkreśla, że w najgorszej sytuacji są pielęgniarki, które nie zarabiają dużo. Szpital ciągle ich potrzebuje, by łatać dyżury, a w czasie pandemii wszystko się nawarstwiło. Na dyżury przyjeżdżają już nawet osoby z odległych miejsc spoza Warszawy. - Jadą sto, dwieście kilometrów. Mamy nawet koleżankę z Krakowa. Część tych osób przyjeżdża, bo przy tym dodatku to się wydawało opłacalne - mówi Maciej Latos i dodaje, że teraz te osoby są pokrzywdzone podwójnie. 

Jeden z anestezjologów przyznaje w rozmowie z nami, że lepiej by się stało, gdyby nikt tych pieniędzy nie obiecywał. Pielęgniarki zasuwały dniami i nocami na oddziałach covidowych i muszą do sprawy dopłacać. Podobnie wygląda sytuacja większości lekarzy w placówce. Pielęgniarz Marcin Rosiński zauważa, że najgorsze z ich perspektywy są reakcje pacjentów. - Mówią, że nie zazdroszczą nam tych pieniędzy ani tych dodatków, bo widzą, jaka to jest praca i jak zmieniła się w trakcie pandemii - stwierdza Rosiński i dodaje, że pacjenci oczywiście nie mają pojęcia, że personel żadnych dodatków nie dostał.

O dodatku decyduje algorytm NFZ?

Maciej Latos - podobnie jak wielu lekarzy czy pielęgniarzy - w trakcie pandemii pracował w dwóch miejscach. - W jednym szpitalu dodatek otrzymałem w zasadzie od ręki. W drugim już nie i nie wiem, czy go dostanę - mówi pielęgniarz i zastanawia się, jak są interpretowane wytyczne ministerstwa i skąd takie rozbieżności. W obydwu szpitalach robił to samo. Procedura powinna wyglądać tak: szpital przedstawia do NFZ listę uprawnionych do dodatku, a Fundusz płaci. W większości przypadków tak się dzieje, ale nie wszędzie. Szpital na Banacha jest tu jednym z przykładów, gdzie pojawiają się problemy.

Z informacji, którą otrzymaliśmy z NFZ wynika, że szpital otrzymał blisko milion złotych za pracę personelu na SOR-ze. Lista zawierająca 966 osób uprawnionych do dodatku została przesłana do funduszu 24 lutego. 3 marca NFZ odesłał dokumentację "do uzupełnienia".

Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, fundusz korzysta ze swego rodzaju algorytmu. Porównuje liczbę chorych z COVID-19 z liczbą personelu uprawnionego do dodatku. Od tego stosunku zależy, czy szpital dostaje przelew, czy nie. Placówka z Banacha zgłosiła zbyt dużo osób i dlatego procedura się przeciąga. Nie wiadomo więc, ile osób dodatek dostanie i kiedy. NFZ zaznacza, że szpital dziecięcy, który znajduje się w strukturach UCK, jest rozliczony za listopad i grudzień.

Poprosiliśmy też o szczegółowe informacje dyrekcję szpitala. Czekamy na odpowiedź. 

Wypłacono już prawie dwa miliardy

O tym, jak duża jest operacja wypłaty dodatków, świadczą liczby, które przekazała nam rzeczniczka NFZ Sylwia Wądrzyk: "Narodowy Fundusz Zdrowia wypłacił do tej pory szpitalom blisko dwa miliardy złotych przeznaczone na dodatkowe wynagrodzenie dla personelu medycznego za pracę w związku ze zwalczaniem epidemii COVID-19. Otrzymało je 109 271 pracowników medycznych z 638 placówek medycznych w całej Polsce".

DOSTĘP PREMIUM