Zwolnili go z pracy za obcobrzmiące nazwisko. "Postąpiono według schematu: Arab plus samolot równa się bomba"

Pan Kamel jest synem Polki i Tunezyjczyka. Chciał być kontrolerem lotów. Został zatrudniony na stanowisku praktykanta, miał się dalej szkolić, ale... uznano, że może być zagrożeniem terrorystycznym. Sprawa skończyła się w sądzie.
Zobacz wideo

Kamel Tomasz Dherif urodził się w naszym kraju, w polsko-tunezyjskiej rodzinie. Część dzieciństwa spędził w Polsce, potem wyjechał do Tunezji. Wrócił do Polski na studia. Swoje zawodowe życie od początku planował związać z lotnictwem i do tego dążył. Dostał się na kurs kontrolera ruchu lotniczego, a nie jest to łatwe zadanie. Takie szkolenia prowadzi tylko jedna instytucja w całym kraju, czyli Polska Agencja Żeglugi Powietrznej. Proces rekrutacji pozytywnie przechodziło zaledwie kilkadziesiąt osób spośród nawet tysiąca kandydatów.

Po zakwalifikowaniu się na kurs w 2014 roku pan Kamel dostał umowę o pracę na czas określony na trzy lata na stanowisku praktykanta ruchu lotniczego. Z bardzo dobrymi wynikami zaliczał po kolei szkolenie teoretyczne, a potem kurs na symulatorze. Pisemna opinia służbowa zawierała chociażby stwierdzenie, że jest dobrym materiałem na kontrolera. Przed nim było już tylko szkolenie praktyczne, w Ośrodku Kontroli Ruchu Lotniczego w Gdańsku. Miał je rozpocząć 21 grudnia 2015 roku.

Tydzień przed tym terminem dostał jednak tajemnicze wezwanie do kadr. - Pojechałem tam jeszcze przed końcem urlopu i spotkałem się z niedziałającym identyfikatorem przy bramie wejściowej. Nie mogłem wejść. Wyszedł do mnie wtedy pracownik szkolenia i przekazał mi, że moja wejściówka nie działa, bo trwa aktualizacja systemu dostępu. To było dosyć śmieszne, bo wszyscy inni wchodzili, a ja nie - mówi pan Kamel.

"Arab plus samolot równa się bomba"

Pod eskortą ochroniarza doprowadzono go do działu kadr, gdzie otrzymał wypowiedzenie. - Bez słowa wyjaśnienia. Usłyszałem jedynie, że to decyzja z góry, że nie mieli na to wpływu - opowiada. - Pomyślałem, że może chodzi o ministerstwo, ale co by ministerstwo infrastruktury miało do mojej skromnej osoby? - mówi. Początkowo nie dopuszczał do siebie myśli, że może chodzić o dyskryminację. Wierzył, że wszystko da się szybko wyjaśnić. Tak się jednak nie stało. 

Pan Kamel postanowił walczyć o swoje prawa w sądzie. - Wszystko wpisało się w ówczesną nagonkę na migrantów. Postąpiono według schematu: Arab plus samolot równa się bomba - mówi radca prawny, Patrick Radzimierski, który pro bono pomaga panu Kamelowi. W sprawę włączyło się też od początku Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego. - Gdy poznałam pana Kamela i jego historię, nie miałam żadnych wątpliwości, że trzeba mu pomóc. To był w Polsce czas nagonki na uchodźców, zapowiedzi, że nikt ich do Polski nie wpuści; czas niepochlebnych wypowiedzi o tych osobach. Taka była atmosfera. Uznałam, że to jest mocna sprawa, jej okoliczności wydawałby się oczywiste - mówi mec. Karolina Kędziora z PTPA. 

Pan Kamel złożył pozew w sądzie dotyczący dyskryminacji przy zatrudnieniu. Domagał się zasądzenia 50 tys. zł odszkodowania tytułem naruszenia przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej (PAŻP) zasady równego traktowania w zatrudnieniu, ale przede wszystkim chodziło o przywrócenie go do pracy. - Niefortunne było to, że umowa była na czas określony, a w takiej sytuacji Kodeks pracy ogranicza możliwość dochodzenia roszczeń. Przewiduje wprost, że w przypadku takiej umowy pracownikowi przysługuje wyłącznie odszkodowanie i nie może się on domagać przywrócenia do pracy. My zbudowaliśmy poważną argumentację prawniczą, wskazującą, że z uwagi na normy wyższego rzędu, w tym konstytucyjne, a przede wszystkim ze względu na szczególny charakter tego stosunku pracy - takie roszczenie musi panu Kamelowi przysługiwać - mówi pełnomocnik, Patrick Radzimierski.

Połowiczne zwycięstwo w sądzie

W trakcie procesu potwierdziło się, że powód zwolnienia z pracy był taki, jakiego mężczyzna się domyślał. Była szefowa PAŻP zeznała, że do agencji trafił mail z żądaniem zwolnienia pana Kamela. Powód? Obawy przed zagrożeniem terrorystycznym i kwestie bezpieczeństwa. - Można powiedzieć, że "dostał rykoszetem" za sprawę innego praktykanta PAŻP, który dokonał konwersji na islam i zamieścił w mediach społecznościowych zdjęcia w arafatce, w wyniku czego został przez PAŻP uznany za zagrożenie bezpieczeństwa i rozwiązano z nim umowę o pracę. W przypadku pana Kamela nic takiego jednak nigdy nie miało miejsca - mówi pełnomocnik mężczyzny.

Sąd pierwszej instancji jednoznacznie uznał, że doszło do dyskryminacji. Zdaniem sądu PAŻP nie posiadał żadnych obiektywnych podstaw do zwolnienia pracownika - bezprawnie wzięto pod uwagę jedynie pochodzenie (tunezyjskie) i podwójne obywatelstwo pana Kamela. - Z tego powodu sąd pracy uwzględnił w całości roszczenie o zasądzenie odszkodowania za dyskryminację. PAŻP nie wniósł apelacji od wyroku w tym zakresie, wyrok zatem w tej części jest prawomocny - mówią adwokaci.

Sąd nie zgodził się natomiast na przywrócenie pana Kamela na stanowisko w PAŻP, co całkowicie zamyka mu drogę do pracy w wymarzonym zawodzie kontrolera lotów. Dlatego będzie apelacja. - Od początku mówiłem pani mecenas, że albo wszystko, albo nic. Nie mam zamiaru odpuścić - mówi nasz rozmówca.

Jak mówi, za to, co się stało, nie obwinia Polski. - Decyzje podejmowali konkretni ludzie i do nich mam żal. Ale wychodzę z założenia, że takie osoby mogą się zdarzyć i w Polsce, i w każdym innym kraju - tłumaczy pan Kamel. - Liczymy na to, że sąd drugiej instancji podzieli nasz pogląd prawny i pana Kamela ostatecznie przywróci do pracy - mówi mec. Patrick Radzimierski.

DOSTĘP PREMIUM