Piwnica tortur odkryta pod Warszawą. "Dlaczego nikt nie słyszał płaczu dręczonych zwierząt?"

Przedstawiciele fundacji dbającej o prawa zwierząt zostali wezwani do jednego z domów, by zająć się kotem, którego właścicielka trafiła do szpitala. To, co zobaczyli na miejscu, przypominało sceny z najgorszego horroru. Krew na ścianach, szubienice przyczepione do sufitów i worki pełne kości.

Wszystko wydarzyło się w Tarczynie nieopodal Warszawy. W weekend Fundacja Zwierzokracja otrzymała od mieszkańców zgłoszenie, by zająć się kotem starszej pani, która kilka dni wcześniej w stanie krytycznym trafiła do szpitala. Na miejscu okazało się, że sprawa jest o wiele bardziej tragiczna. 

Na posesji przedstawiciele fundacji znaleźli trzy wygłodniałe psy będące w bardzo złym stanie. Całe podwórko przypominało zresztą - jak opisują społecznicy - "jedno wielkie śmietnisko", na którym znajdowało się mnóstwo niebezpiecznych przedmiotów i odchodów zwierząt. 

"Wolontariusze fundacji wezwali na miejsce patrol policji, który stwierdził wstępnie, że nie ma podstaw do przeprowadzenia interwencji. Mimo, iż w jednym z okien widać psa w krytycznym stanie, patrol odjechał" - czytamy na profilu OTOZ Animals, która to organizacja dokładnie opisała całe zdarzenie (uwaga, zdjęcia są drastyczne). To właśnie OTOZ przed południem został poproszony przez Zwierzokrację o wsparcie w interwencji.

"Żadne słowa nie były w stanie tego opisać"

"Pojechaliśmy na miejsce, lecz to co zastaliśmy... Żadne słowa nie były w stanie opisać tego w jakich warunkach były przetrzymywane zwierzęta... Od razu po przekroczeniu progu mieszkania znaleźliśmy zwłoki młodego psa w typie owczarka niemieckiego. Pies był zagłodzony... Smród padliny, odchodów na miejscu był nie do wytrzymania. Ściany zamiast farby pokrywała krew. Była dosłownie wszędzie!" - opisują społecznicy. 

Podkreślają, że w każdym pomieszczeniu smród padliny był nie do wytrzymania. Najgorsze jednak czekało na nich w piwnicy. Tam znajdowały się zwłoki kolejnego zagłodzonego psa, który leżał pod wiszącymi z sufitu sznurami wyglądającymi jak szubienice. Krew, jak opisują dalej, była wszędzie, na ścianach, na podłodze. Były też worki pełne zwierzęcych kości niewiadomego pochodzenia. 

"Doznaliśmy szoku. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na filmowym planie najgorszego i dobrze przemyślanego horroru..." - opisują przedstawiciele OTOZ Animals. "Wyglądało to tak, jakby właścicielka urządziła sobie w piwnicy istną salę tortur lub salę do przeprowadzenia uboju rytualnego sądząc po ilości krwi. Nie chcemy nawet myśleć ile zwierząt zginęło w tej piwnicy" - dodają.

Zastanawiają się, jak to możliwe, że nikt niczego nie słyszał i nie widział. "Czy to niewyobrażalne cierpienie było aż tak dobrze ukryte, że nikt nie słyszał wycia i płaczu dręczonych tu latami zwierząt?!? Nie daje nam to spokoju i zrobimy wszystko, aby znaleźć i ukarać sprawców tych bestialskich czynów" - podkreślają aktywiści.

Na miejsce została wezwana Straż Pożarna. Pojawili się też wezwani technicy kryminalni. Służby, jak przekonują "animalsi", również były zszokowane skalą okrucieństwa i nie mogły uwierzyć, że w tak "spokojnej dzielnicy, sielankowej wręcz uliczce, mogło dochodzić do tak brutalnych mordów niewinnych zwierząt".

Aktywiści proszą o wsparcie na leczenie zwierząt

Finalnie OTOZ Animals z posesji 67-letniej kobiety odebrało cztery psy. Jak podkreślają aktywiści, zwierzęta są w bardzo złym stanie fizycznym i psychicznym - wychudzone, odwodnione. Jeden z czworonogów jest niewidomy, drugi ma bardzo rozległe wyłysienia pokrywające przynajmniej 70 procent jego ciała. Aktywiści podkreślają, że leczenie zwierząt będzie długotrwałe i bardzo kosztowne. Proszą o każdy grosz.

DOSTĘP PREMIUM