Ofiarą inwigilacji może być każdy, nie tylko groźny przestępca. "Kiedy jechałem na to nagranie, też miałem 'ogon'"

Służby mogą inwigilować każdego, nie tylko groźnych przestępców, ale też aktywistów czy uczestników protestów. Przekonali się o tym działacze Greenpeace'u, gdy na szczycie klimatycznym nieumundurowani funkcjonariusze chodzili za nimi krok w krok, jadąc samochodem musieli gubić "ogony", a w końcu znaleźli w swoim aucie lokalizator. Jednak naprawdę profesjonalna inwigilacja jest niewidoczna.
Zobacz wideo

W Polsce wystarczy zaangażować się w walkę ze zmianami klimatycznymi, żeby służby zaczęły nas inwigilować. Przekonała się o tym Ewelina Kycia, koordynatorka wolontariatu Greenpeace, i Wojciech Bomba, aktywista Greenpeace’u oraz wolontariusz Strajku Kobiet. Oboje o swoich doświadczeniach opowiedzieli w podcaście "Panoptykon 4.0", a jego prowadzący, Wojciech Klicki, wyjaśniał, że w Polsce jest 9 instytucji, które mogą prowadzić tzw. czynności operacyjno-rozpoznawcze. Swoje uprawnienia skrzętnie wykorzystują, bo sama policja rocznie zakłada 8 tysięcy podsłuchów. Nie wiadomo, ile z nich u groźnych przestępców, a ile u aktywistów czy dziennikarzy. Wiadomo jednak, że tylko w 16 proc. spraw dzięki podsłuchom uzyskano dowody do procesu karnego. 

Każda osoba miała swój "ogon"

Ewelina Kycia z inwigilacją spotkała się podczas szczytu klimatycznego w Katowicach w 2018 roku, kiedy na Śląsk zjechali się najważniejsi światowi politycy, a przemawiała Greta Thunberg. Aktywistka wspominała moment, gdy weszła do "Climate Hubu" organizowanego wówczas przez Greenpeace. - Już przy drzwiach stał mężczyzna: czarna czapka, słuchawka w uchu. I wiesz, że to nie jest nikt z Greenpeace'u, bo znasz ludzi z Greenpeace'u. Wiesz, że to nie jest nikt z tego miejsca, w którym to wydarzenie się dzieje - opowiadała. - Ale myślisz, że jakiś facet sobie stoi. Natomiast raptem tych facetów, którzy sobie stoją, zaczęło być bardzo dużo, zaczęli być wszędzie. Każda osób z Greenpeace'u, która była na szycie klimatycznym, miała taki ogon. To trwało dwa tygodnie bez przerwy - wspominała. 

Opowiadała o sytuacji, w której jedna z aktywistek chciała wieczorem, po skończonej pracy, zrobić pranie. Dlatego wzięła walizkę z ubraniami i wyszła do pralni. - Pytałam, czy chce, żebym z nią poszła, to było takie normalne, siostrzeńskie pytanie. Jesteśmy dziewczynami w obcym mieście, jest wieczór - mówiła Kycia. - Ona mówi, że tutaj nigdy nie jest sama, odwraca się i pokazuje, że obok jest dwóch mężczyzn, w czarnych czapkach ze słuchawką w uchu - wspominała. 

- To nie jest policjant, który macha ci przez okno, jak jesteś na kwarantannie, gratuluje ci, że tak świetnie sobie radzisz, siedząc w domu. To jest dwóch gości, którzy nie wiesz, kim są - stwierdziła. - Na początku to było trochę śmieszne, ale z każdym kolejnym dniem przestawało być śmieszne i było coraz bardziej uciśniające. To nie jest normalne, że dwóch gości cały czas za mną chodzi. Dlaczego za mną chodzą, czy ja robię coś źle? Jestem wolontariuszką, aktywistką, robię coś z ludźmi. Jestem tutaj legalnie - zaznaczała. 

Jednak na szczycie klimatycznym się nie skończyło. Gdy Ewelina Kycia została zaproszona na wizytę w jednym z liceów w Gliwicach, okazało się, że do szkoły weszło za nią dwóch nieumundurowanych policjantów, którzy podali się za rodziców uczniów. Dyrektor rozpoznał jednak obcych, dlatego wyprosił ich ze szkoły. Ale po spotkaniu, gdy jeden z nauczycieli odwoził Ewelinę do domu, okazało się, że śledzi ich nieoznakowany samochód, który towarzyszył im przez całą drogę. 

- Kiedy tam byłam, kiedy uczestniczyłam w tych sytuacjach, miałam poczucie, że nic złego się nie dzieje. Wiem, dlaczego tu jestem, co robię, że nie mam nic za uszami, nie jestem bandytką - mówiła. - Natomiast widziałam osoby, dla których to nie jest proste. Szczególnie, kiedy to jest tak zmasowane i intensywne. Za moją koleżanką chodziło siedmiu policjantów. Co jedna kobieta zrobiła, że siedmiu gości wciąż za nią chodzi? - pytała. Obawiała się też, że takie działanie służb może przynieść w niektórych sytuacjach skutek, czyli zniechęcić aktywistów do dalszych akcji. 

Lokalizator w samochodzie aktywistów

Wojciech Bomba, aktywista Greenpeace’u oraz wolontariusz Strajku Kobiet, przyznał, że od jakiegoś czasu policja obserwuje ich biuro przez całą dobę. Czasami jest to oznakowany radiowóz, a czasami nie. Opowiadał, że aktywiści podchodzą do nich, częstują kawą albo herbatą. - Kiedy wyjeżdżamy z biura, natychmiast mamy "ogon", czyli śledzą nas funkcjonariusze po cywilnemu - mówił. - Po ostatnim z protestów biura pilnowały trzy nieoznakowane radiowozy, a do kontroli zatrzymał nas oznakowany radiowóz drogówki - dodał. Jak przyznał, nawet jadąc na nagranie podcastu, musiał zgubić taki "ogon". 

- Kiedy odbywał się szczyt klimatyczny w Katowicach, wyjechałem samochodem fundacyjnym z biura w Warszawie. Dosyć szybko zorientowałem się, że jestem śledzony. Wracając, nie byłem śledzony. Potem okazało się, że pod samą Warszawą z powrotem miałem samochody, które mnie śledziły - wspominał. - Było to o tyle dziwne, że nie wiedzieliśmy, w jaki sposób one mogą namierzyć samochód. Kiedy sprawdziliśmy, okazało się, że policja podczepiła pod samochód urządzenie śledzące, tzw. tracker - mówił. 

Aktywiści wezwali policję w obecności prawniczki, a policjanci musieli wezwać ekipę antyterrorystyczną, która usunęła urządzenie spod samochodu. Bomba opowiadał, że również pod jego domem często stoi policja, raz nawet, pod fałszywym pretekstem kolizji drogowej, zapukała do drzwi, gdy w domu była tylko jego żona. -  Materiały, które mogą pozyskać służby specjalne, policja, mogą zostać  spreparowane w taki sposób, że nawet rzeczy, które wydają się dla nas zupełnie niegroźne, odwrócą sens historii, która się wydarzyła - mówił. Jak przyznał, po tych tych wszystkich zdarzeniach nie ufa już nowym ludziom tak, jak wcześniej, bo nie wie, kim tak naprawdę są. 

Naprawdę profesjonalna obserwacja jest niewidoczna

Dzisiaj, aby kogoś inwigilować, nie trzeba wiercić w ścianach i zakładać podsłuchów, jak kiedyś. Piotr Niemczyk, specjalista ds. bezpieczeństwa, wyjaśniał, że służby mogą pobierać nasze maile, lokalizować telefony, podsłuchiwać komunikatory, nawet te szyfrowane - Doświadczony analityk jest w stanie po kilku dniach pobierania danych (...) poznać strukturę grupy. Wszystko jedno, czy to jest grupa towarzyska, czy grupa przestępcza, czy grupa polityków - mówił.

- Podsłuchy to nie są tylko podsłuchy rozmów. Smartfony są wyposażone w takie funkcje, że można je aktywować bez wiedzy i zgody użytkownika, czyli on jest podsłuchem nie tylko wtedy, kiedy rozmawiam przez telefon, ale także wtedy, kiedy sobie leży gdzieś na stole - dodawał. - Ale naprawdę profesjonalna obserwacja jest niewidoczna - podsumował. 

DOSTĘP PREMIUM