"Pan życia i śmierci". Zakonnik Dariusz Godawa mieszka w willi, dzieci śpią w barakach

Dzieci śpią w barakach na piętrowych łóżkach, a prowadzący sierociniec zakonnik Dariusz Godawa dorobił się okazałej willi. "Gazeta Wyborca" w drugiej części śledztwa pokazuje, jak nieprzejrzyste były wydatki i dochody zakonnika. Zyski mógł czerpać nawet z hodowli psów, które rzekomo miały strzec sierocińca.
Zobacz wideo

"Gazeta Wyborcza" opublikowała dziś drugą część śledztwa dot. zakonnika Dariusza Godawy, który w stolicy Kamerunu prowadzi sierociniec. Pierwsza część zawierała szokujące opisy warunków, w jakich żyją w nim dzieci. Miały jeść posiłki na podłodze, gdy opiekunowie biesiadowali przy stołach. Powszechną praktyką ojca Godowy było dawanie dzieciom resztek ze swoich dań. W drugiej części pokazują m.in., w jakich warunkach żył polski misjonarz w Kamerunie. Jak czytamy, dorobił się okazałej, dwukondygnacyjnej rezydencji na obrzeżach Jaunde, stolicy Kamerunu.

Rozmówca "GW"  poinformował, że budowa domu kosztowała 74 mln franków zachodnioafrykańskich, czyli ponad pół miliona złotych, podczas gdy budowa szkoły potrafi kosztować ledwie 4 mln franków. "Za stalową bramą jest wyłożone kostką podwórko, willa, a w tle baraki dla dzieciaków" - mówił kolejny rozmówca. Inny stwierdza, że widok willi "kłuje w oczy, bo w sierocińcu dzieci jedzą raz dziennie i śpią na piętrowych łóżkach, po pięć osób w pokoju".

Kariera o. Godawy

"Wyborcza" prześwietliła też życiorys Dariusza Godawy. Zacytowano m.in.  jego wywiad, w którym wspominał, że od początku chciał być misjonarzem, zmieniać świat "gdzieś daleko, gdzie ludzie Pana Boga nie znają i żyją w biedzie”. "Okazja nadarzyła się szybko. Pod koniec PRL prowincjał dominikanów Tadeusz Marek przyjechał do braci studentów w Krakowie. - Bracia, biskup z Bertoua w Kamerunie zaprasza. Idę do siebie. Kto jest chętny, zapraszam do pokoju - powiedział" - czytamy.

Godawa był jedną z trzech osób, która się zgłosiła. Do Kamerunu wyleciał po raz pierwszy w 1993 roku. Jednak po kilku latach napięcie pomiędzy dominikanami na misji wzrosło na tyle, że po kolei wyjeżdżają z Kamerunu. Zakonnik został sam. "GW" opisuje proceder "adopcji na odległość", którą organizował Polak, a rozliczenie pochodzących z nich pieniędzy pozostaje wątpliwe. Później otworzył sierociniec, na który również zaczął zbierać pieniądze. "Polacy otwierają serca i portfele. Sztukę zabiegania o pieniądze Godawa wkrótce opanuje do perfekcji" - czytamy. 

Jednak warunki w sierocińcu od perfekcji odbiegały. I to znacząco. "W jego pierwszym sierocińcu w Bertoua zginęło dwóch chłopców. W nocy zawalił się na nich betonowy strop toalety. Zamknięto ich tam za karę, bo nie nakarmili psów zakonnika" - przypomina "GW". Jak czytamy dalej, w 2009 roku Godawa wrócił do Polski, ale jego pomocnicy Marianne i Achille zostali w Kamerunie. Zabrali dzieci z Bertoua do Jaunde, gdzie wynajęli dom, a Godawa w Polsce organizował zbiórkę pieniędzy. 

Do Kamerunu zakonnik wrócił w 2011 roku. "Za pieniądze zebrane w Polsce kupuje 2 tys. m kw. ziemi w Jaunde. Właścicielami zostają małżonkowie Marianne i Achille Ndinga. Godawa stawia parterowy budynek z pokojami dla dzieci. Pieniądze na drugi wykłada rok później jeden z polskich biznesmenów. Godawa znów jest na fali" - pisze "GW". Jednak jeszcze rok temu pisał na Facebooku, że "dzisiaj na konto bankowe nie wpłynęła ani złotówka. Tak jeszcze nigdy nie było. 

Dziennikarze "GW" ustalili jednak, że Godawa miał kilka źródeł dochodu, z których nie wszystkie były transparentne. Wśród nich była m.in. hodowla psów, noclegownia dla turystów i biuro podróży. Rozmówcy gazety wspominają, że za nocleg i wyżywienie u zakonnika musieli słono zapłacić. Poza tym prawdopodobnie był on również udziałowcem lokalu Sono Music Club w Jaunde, niektórzy rozmówcy przypuszczali również, że handlował darami, które dostawał z Polski. 

"Nieprzejrzyste są nie tylko dochody, ale też wydatki. Stowarzyszenie jako organizacja pożytku publicznego musi rozliczać się jedynie z pieniędzy z 1 proc. podatku. W ostatniej dekadzie było to średnio 29 tys. zł rocznie. Ale sprawozdania składane polskim władzom są lakoniczne" - pisze "GW". Jak czytamy, całe dochody to średnio 230 tys. zł rocznie, a na warunki kameruńskie nie są to małe pieniądze. Trudno jednak ustalić, co się z nimi dzieje. "Według sprawozdań finansowych w ciągu dekady stowarzyszenie Godawy przeznaczyło na działalność statutową jedynie 65 proc. zebranych pieniędzy. To niecałe 1,5 mln zł z ponad 2,3 mln zł" - czytamy. 

DOSTĘP PREMIUM