Dlaczego oprawcy zwierząt tak rzadko stają przed sądem? "Organy ścigania działają opieszale"

Ludzie widzą, że ktoś znęca się nad zwierzęciem i chcą to zgłosić. Dzwonią na numer 112, ale słyszą, że "policja nie jest od tego". Takie sytuacje, jak mówi nam adwokatka Karolina Kuszlewicz, są bardzo częste, a organy ścigania w sprawach dotyczących krzywdy zwierząt działają opieszale. Tylko niewielki odsetek z nich trafia do sądu. Śledztwa są umarzane albo w ogóle odmawia się ich wszczęcia, co widać także w danych, które otrzymaliśmy od prokuratur.
Zobacz wideo

 - Ludzie z województwa dolnośląskiego, pod koniec stycznia, znaleźli psa przykutego do jakiejś pseudostodoły w opuszczonym gospodarstwie. Była noc, temperatura spadała, a oni przez dobę próbowali zaangażować policję. W końcu po dłuższych przemyśleniach funkcjonariusze stwierdzili, że w nocy temperatura spadnie "tylko" do -10 stopni, więc nie ma podstaw do interwencji - opisuje jedno z wielu zgłoszeń, jakie otrzymuje od obywateli, Karolina Kuszlewicz - adwokatka i rzeczniczka ds. ochrony praw zwierząt przy Polskim Towarzystwie Etycznym.

Takie sytuacje nie są jednostkowe. Prawniczka podkreśla, że z jej doświadczenia wynika, iż organy ścigania - czyli policja i prokuratura - wciąż wykazują się opieszałością, a wręcz biernością, która "blokuje skuteczną ochronę praw zwierząt". - Oczywiście widzę też zmiany na lepsze i raz na jakiś czas trafiam na służby, które mogłyby być wzorem dla wszystkich. Ale póki co to raczej wyjątki - nadmienia.

Na początku kwietnia pisaliśmy artykuł o działaniach organizacji prozwierzęcych i problemach z prawem, z którymi borykają się ich członkowie. Grzegorz Bielawski z Pogotowia dla Zwierząt zwrócił wtedy uwagę na nagminne umarzanie śledztw dotyczących spraw z ustawy o ochronie zwierząt albo wręcz odmowy wszczęcia takiego postępowania. - Mamy sztab ludzi, którzy siedzą w biurze i składają zawiadomienia. Kiedy odbieramy korespondencję i widzimy, że w jakiejś sprawie został przesłany akt oskarżenia, cieszymy się jak trzyletnie dzieci, które dostały jakąś wymarzoną zabawkę. Tak nie powinno być - mówił.

Znęcanie się nad zwierzętami. Niewielki odsetek spraw trafia do sądu

Postanowiliśmy sprawdzić, jak to wygląda w liczbach. Ponad miesiąc temu wysłaliśmy pytania do wszystkich prokuratur okręgowych w Polsce o podanie statystyki dotyczącej spraw o znęcanie się nad zwierzętami: ile takich zawiadomień w ogóle wpłynęło do jednostek podległych danej prokuraturze, ile z nich zakończyło się odmową wszczęcia śledztwa, ile umorzeniem, a ile wystosowaniem aktu oskarżenia do sądu. Chodziło o dane tylko za rok 2020.

Na 46 wysłanych wiadomości, otrzymaliśmy odpowiedzi z 40 prokuratur. Nie są to więc dane kompletne, ale postanowiliśmy je opublikować, bo z częścią jednostek - mimo kilku próśb - nie udało się nawiązać skutecznego kontaktu.

Z odpowiedzi nadesłanych nam przez śledczych wynika, że w minionym roku wpłynęło do prokuratur 3421 zawiadomień w sprawach o znęcanie się nad zwierzętami. W 976 odmówiono wszczęcia śledztwa, a w przypadku 1485 - śledztwo to zostało umorzone.

Łącznie to 2461 spraw, które nawet nie trafiły przed sąd. Akt oskarżenia do sądu został wystosowany tylko w przypadku 728 spraw - w przybliżeniu to 21 procent wszystkich zgłoszeń. Zaznaczmy, że liczby dotyczące zawiadomień, umorzeń i aktów oskarżenia nie sumują się, ponieważ część spraw albo wciąż jest w toku, albo zakończyła się w jakiś inny sposób, którego nie uwzględnialiśmy w statystyce.

Najmniejszy procent aktów oskarżenia w stosunku do wszystkich zawiadomień mamy w prokuraturach okręgu radomskiego, gdzie w 2020 roku wpłynęło 27 zgłoszeń, a tylko jedno z nich finalnie zakończyło się wystosowaniem aktu oskarżenia. Zaznaczmy też, że akt oskarżenia nie równa się skazaniu - to czy ktoś zostanie uznany za winnego znęcania się nad zwierzętami i będzie musiał ponieść tego konsekwencje, rozstrzyga dopiero sąd.

Z kolei najwięcej aktów oskarżenia względem zgłaszanych zawiadomień odnotowano w prokuraturach okręgu gliwickiego. Tam na 150 wszystkich zawiadomień w przypadku 50 wystosowano akt oskarżenia.

"To tylko drobny wycinek"

Adwokatka Karolina Kuszlewicz nie pozostawia wątpliwości: "Te dane to tylko drobny wycinek". - To są tylko te sprawy, które już prokuratura w jakiś sposób zarejestrowała i odnotowała w swojej dokumentacji. Natomiast z mojego doświadczenia wynika, że bardzo wiele takich zgłoszeń nigdzie nie jest odnotowywane. Zatrzymują się na etapie, w którym ktoś dzwoni na numer 112, szuka pomocy i słyszy: "Ale od tego nie jest policja" - mówi prawniczka.

Jaka jest wobec tego rzeczywista skala przemocy wobec zwierząt w naszym kraju? Kuszlewicz przyznaje krótko: "Nie wiemy".

Nadmienia, że każdego dnia dostaje informacje dotyczące krzywdzenia zwierząt, ale też nieustannie spotyka się z bezradnością ludzi, którzy chcą coś w tej sprawie zrobić. Podkreśla, że jest wiele osób, które interweniują i dzwonią do służb, ale w odpowiedzi ciągle słyszą: "nie przyjmuję zgłoszenia, my się nie zajmujemy ustawą o ochronie zwierząt". - Co to jest w ogóle za formuła? Nieprzyjęcie zgłoszenia, kiedy mowa jest o podejrzeniu przestępstwa lub wykroczenia? - pyta retorycznie nasza rozmówczyni, nie kryjąc irytacji.

Zgłaszając jakąś sprawę dotyczącą krzywdy zwierząt, wiele zależy od mentalności i wrażliwości osoby przyjmującej zawiadomienie, a z drugiej strony - od uporu tego, kto zgłasza. - Tak nie powinno być. Jeżeli prawo daje narzędzia ochronne, to one powinny działać - stwierdza jasno adw. Kuszlewicz.

Ustawa o ochronie zwierząt pochodzi z 1997 roku (z nowelizacjami) i - jak podkreśla prawniczka - czas na jej nową odsłonę. Z drugiej strony zaznacza, że jeśli chodzi o interwencyjne narzędzia reagowania na przemoc wobec zwierząt, ustawa ta "jest przyzwoita". - Na pewno pozwala ścigać sprawców przemocy wobec zwierząt i udzielać zwierzętom niezwłocznej ochrony. Problemem są ludzie ją stosujący, a w zasadzie jej niestosujący - mówi.

Jedną z podstawowych bolączek - jak mówi adwokatka - jest to, że organy ścigania i sądy źle interpretują zapisy dotyczące znęcania się nad zwierzętami. Błędnie rozumieją pojęcie winy umyślnej w tym przypadku. Znęcanie się nad zwierzętami co prawda musi mieć charakter tzw. zamiaru bezpośredniego, ale jak jasno określił to Sąd Najwyższy - chodzi o samą czynność sprawczą popełnianą w tym zamiarze, a nie ustalenie złej, perfidnej woli, by skrzywdzić zwierzę. To wypaczałoby sens ustawy, która chroni zwierzęta nie tylko przed bezpośrednimi aktami przemocy, ale także przed zaniedbaniami.

Wytłumaczmy to na przykładzie. Pan "X" uwiązał psa na łańcuchu i zostawił go w 30-stopniowym upale, bez wody i bez możliwości schronienia. Zwierzak się odwodnił, wymagał pomocy medycznej. Ktoś zgłosił sprawę, którą zajęła się policja. Jednak pan "X" - właściciel psa - powiedział, że nie chciał zwierzęciu zrobić krzywdy, że je kocha i to, co się wydarzyło, było jakimś przypadkiem. W takich sytuacjach właśnie bardzo często organy ścigania umarzają sprawę, bo "pan powiedział, że nie chciał i że kocha swojego psa".

Zdaniem adw. Kuszlewicz takie rozumowanie zapisów dotyczących znęcania się nad zwierzętami jest błędne, co potwierdza orzecznictwo Sądu Najwyższego. - Sąd Najwyższy powiedział jasno, że nie jest istotne to, że ktoś miał złą wolę, czy nie - mówi. Ważne są fakty dotyczące warunków życia tego zwierzęcia, czyli to, że pan "X" miał psa, któremu nie zapewnił jego podstawowych potrzeb w postaci ochrony przed upałem i dostępu do wody.

Policja dla zwierząt

Jak można byłoby poprawić sytuację? Według adwokatki powinno istnieć coś takiego jak "procedura jednej czynności", czyli bardzo jasna wytyczna dla zwykłego człowieka, który nie wie nic o prawie, ale wie, że jakiemuś zwierzęciu dzieje się krzywda, chciałby to zgłosić i spotkać się z należytą reakcją. Jeden numer, pod którym odbiera przeszkolony przedstawiciel służby i wie, gdzie przekierować sprawę. - Na razie żadnej takiej procedury nie ma i mnóstwo osób zwyczajnie poddaje się w trakcie. Człowiek jest odsyłany z miejsca na miejsce - stwierdza nasza rozmówczyni.

Niezmiennie - jej zdaniem - kompetencje dotyczące interweniowania i później bycia stroną w postępowaniu powinny utrzymać organizacje pozarządowe broniące praw zwierząt. Ale równolegle, jak przekonuje adwokatka, powinna istnieć służba będąca typowym organem ścigania dedykowanym zwierzętom.

- To może być jakaś jednostka policji złożona z funkcjonariuszy, którzy na poziomie każdej komendy powiatowej będą przeszkoleni z ustawy o ochronie zwierząt. Może to być też inna służba, np. policja dla zwierząt - odrębna od policji, ale też pod Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji, żeby to było skoordynowane - wyjaśnia. - Bo czym innym jest kompetencja do interwencyjnego odbierania i bycia potem stroną w postępowaniu karnym, a czymś innym prowadzenie postepowań karnych przez organy ścigania. W tym zakresie mamy bardzo duże braki, bo dzisiejsza policja nie wywiązuje się należycie z tego zadania - podsumowuje prawniczka.

DOSTĘP PREMIUM