Gdy dorośli śpią, dzieci szukają pomocy w Telefonie Zaufania. "Bardzo się boję, że tata dowie się o tej rozmowie"

Zazwyczaj dzwonią w nocy, bo gdy mają już odrobione lekcje, przychodzą do nich trudne myśli. Na przykład o kolejnym dniu, którego się boją. Zamykają się w pokoju i wskakują pod kołdrę, żeby rodzice ich nie słyszeli. W czasie pandemii Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży dzwonił niemal bez przerwy.
Zobacz wideo

Telefon dzwoni cały czas. Jeśli na minutę milknie, to znaczy, że coś się zepsuło – rozłączył się kabel albo padła sieć telefoniczna. Gdy konsultantka odbiera, zwykle słyszy w słuchawkach niepewny dziecięcy głos: Czy mogę porozmawiać? Niekiedy głos drży: Nie wiem, czy uda mi się coś powiedzieć, bo bardzo się boję, że tata dowie się o tej rozmowie. Czasem dziecko jest wściekłe, że tak długo musiało czekać na linii. Krzyczy: Czy ktoś tam w ogóle pracuje!

Jednak najgłośniejsza jest cisza w słuchawkach, którą dopiero po dłuższej chwili rozrywa dramatyczna opowieść. Po jej wysłuchaniu konsultantka już wie, że musi zadzwonić pod numer alarmowy 112 i wezwać pomoc do dziecka. By uratować mu życie.

O tych rozmówcach konsultanci mówią, że są "w głębokim kryzysie", co oznacza: w trakcie próby samobójczej. W 2019 roku dodzwoniło się takich dzieci 519, w pandemicznym 2020 roku - już 747 (przyrost o ponad 40 proc.), a od stycznia do czerwca tego roku – aż 348. A przecież to tylko odebrane połączenia. Od 13 do 15 proc. wszystkich, które dzieci wykonują pod numer 116 111, czyli do Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży, prowadzonego przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. Więcej połączeń konsultanci nie są w stanie odebrać.

Gdy dorośli już śpią

Zazwyczaj dzwonią w godzinach od 18 do 2 w nocy. Bo gdy mają już odrobione lekcje, przychodzą do nich trudne myśli. Na przykład o kolejnym dniu, którego się boją. Zamykają się w pokoju i wskakują pod kołdrę, żeby rodzice ich nie słyszeli. Czasem wychodzą z telefonem na spacer, a niekiedy dzwonią dopiero, gdy się upewnią, że wszyscy domownicy już śpią.

Najczęściej pomocy szukają młodzi ludzie w wieku 13-15 lat, drudzy pod względem liczebności są 16-18-latkowie, a trzeci - dzieci między 10 a 13 rokiem życia.

Z Telefonu Zaufania chętniej korzystają chłopcy, bo dziewczyny wolą wysyłać maile do Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, w których dokładnie opisują, z czym sobie nie radzą. - Dziewczynom jest łatwiej poczekać na pisemną odpowiedź, a chłopcy chcą ją mieć od razu, dlatego dzwonią. One wolą dłuższą refleksję o tym, czego dotyczy problem, a dla nich liczy się konkret. Mówią nam, że gdyby mieli pisać, to trochę nie wiedzieliby, od czego zacząć, więc wolą, żeby ktoś ich od razu dopytał – tłumaczy Paula Włodarczyk, psycholożka i pedagożka, koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111.

Obniżony nastrój, depresja, myśli i próby samobójcze, samookaleczenia – to najczęściej poruszane tematy przez młodych, którzy dzwonią do Telefonu Zaufania. No i samotność – ta pojawia się właściwie w każdej rozmowie.

Drugim pod względem częstotliwości pojawiania się w tych rozmowach jest temat relacji z rodziną, czyli kłótnie z rodzicami, ich rozstania i uzależnienia. W czasie pandemii te problemy wyprzedziły kłopoty w relacjach z rówieśnikami, a więc np. nieszczęśliwe zakochania, konflikty w związkach i rozstania.

Kolejna grupa tematów to przemoc psychiczna i fizyczna. - Przed pandemią więcej było tej rówieśniczej, teraz wyprzedziła ją domowa. Dzieci bardzo często nam mówią, że rodzice na nie krzyczą, wyzywają je i biją. To ma związek między innymi z alkoholem, którego ostatnio w rodzinach jest więcej, bo uchodzi za sposób radzenia sobie z trudnościami, które przyniosła pandemia: utrata pracy, niepewność jutra, długotrwały stres. Dzieciom w ostatnim roku trudniej było uniknąć przemocy, bo nie mogły opuścić domów, gdzie do niej dochodziło – wyjaśnia Paula Włodarczyk.

Dzieci podglądane i nagrywane podczas kąpieli

Podczas pandemii zespół Pauli Włodarczyk coraz częściej zawiadamia prokuraturę o przypadkach wykorzystywania seksualnego dzieci. - Niestety ten problem się nasilił w ostatnim roku. Robią to ojcowie, matki, rodzeństwo, wujkowie, dziadkowie i przyjaciele rodziny. Zazwyczaj mężczyźni. Dzieci są dotykane, słyszą niestosowne komentarze dotyczące ich cielesności, prezentowana jest im pornografia, niekiedy są nagrywane lub podglądane w trakcie kąpieli. Dziewczyny są poklepywane po pośladkach przez ojców – wymienia Włodarczyk.

Pandemia uwięziła w domach małoletnie ofiary nadużyć seksualnych razem ze sprawcami. Podczas lockdownów dzieci tkwiły w pułapce, były krzywdzone i bały się o tym komukolwiek - poza konsultantami Telefonu Zaufania - powiedzieć. Żyły w strachu, że jeśli to zrobią, będą musiały trafić do placówek opiekuńczo-wychowawczych lub ich sytuacja pogorszy się, kiedy opiekunowie dowiedzą się o zgłoszeniu. To ich powstrzymywało przed szukaniem pomocy.

- Dopóki chodziły do szkoły, cały dzień starały się spędzać poza domem. Mówiły nam, że wychodziły rano na lekcje, potem szły do znajomych albo spacerowały po mieście, a do domu wracały, gdy już wszyscy spali. Tylko po to, żeby się położyć i następnego dnia znowu z domu wyjść. Pandemia to był dla nich straszny okres. Zostały pozostawione same sobie – mówi koordynatorka Telefonu Zaufania.

Przyznaje zarazem, że zawsze ją poruszają historie dzieci, które mimo że wiele zła doświadczyły i zostały tyle razy skrzywdzone, to próbują sobie poradzić. - To niezwykłe, jak muszą być silne. Nawet jeśli mają myśli samobójcze, to i tak odnajdują w sobie siłę i odwagę, żeby do nas zadzwonić, opowiedzieć, czego doświadczyły, i szukać pomocy. Podziwiam te dzieci, że tak walczą o siebie – wyznaje psycholożka.

Obniża się wiek dzieci, które próbują popełnić samobójstwo

Każdego miesiąca konsultanci Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży odbierają średnio 5 tys. połączeń. To zaledwie 13-15 proc. wszystkich, które młodzi wykonują pod numer 116 111, chcąc opowiedzieć o swoich problemach. Całej reszty nie jest w stanie odebrać zespół liczący 80 osób. A więc 85 proc. młodych, którzy potrzebują pomocy, nie może się po nią dodzwonić.

Konsultanci starają się, żeby rozmowa z dzieckiem nie trwała dłużej niż standardowa wizyta w gabinecie psychologa, czyli około godziny. - Ale jeśli dzwoni do nas dziecko w silnym kryzysie, np. w trakcie próby samobójczej, to nie mamy limitu czasowego, musimy zapewnić mu bezpieczeństwo. Bardzo często czekamy z nim na linii, aż przyjedzie do niego pomoc. Trwa to niekiedy nawet 3 godziny, bo sytuacja tego wymaga, a zapewnienie dziecku pomocy i bezpieczeństwa jest dla nas priorytetem - tłumaczy Paula Włodarczyk.

Dodaje, że takich telefonów jest ostatnio bardzo wiele. Niepokoi też to, że obniża się wiek dzieci, które próbują popełnić samobójstwo.

W czasie pandemii zwiększyła się też średnia długość rozmów, bo dzieciom zamkniętym w domach było trudniej. Czuły się coraz gorzej, a ich terapie zostały zawieszone. - Jak już do nas dzwoniły, to były w takim stanie, że potrzebowały, by poświęcać im więcej czasu. Zdarzało się też, że dziecko przez trzy kwadranse opowiadało o codziennych sprawach i kontaktach z rówieśnikami, po czym nagle wspominało, że zostało wykorzystane seksualnie. Wtedy ta rozmowa nie mogła się zakończyć, musieliśmy się zająć tym tematem - mówi psycholożka.

Uczniowie wyłączali kamerki na lekcjach, żeby jeszcze bardziej wyizolować się od świata, schować swoje twarze przed niespodziewanymi printscreenami robionymi przez kolegów i uciec nawet przed zdalnymi relacjami z rówieśnikami. Wiele z nich odsłaniało się tylko przed obcymi konsultantami z Telefonu Zaufania.

"Wesoła depresja"

W rozmowach, które prowadzą konsultanci z telefonu 116 111, dorośli mogą się przejrzeć jak w lustrze. Zdaniem Pauli Włodarczyk, zobaczą w nich przede wszystkim swój narastający w pandemii niepokój o to, co będzie jutro. Destabilizacja związana z utratą albo zagrożeniem stanowisk pracy sprawia, że rodzice stają się rozdrażnieni, sfrustrowani, agresywni.

Początek pandemii wielu dorosłych traktowało jako szansę na odbudowanie relacji z dziećmi i nadrobienia straconego czasu w ich wychowywaniu, ale te nadzieje szybko się rozwiały, gdy dorośli utknęli w domach jak w klatkach i przestali panować nad swoimi emocjami. Jak zwraca uwagę Paula Włodarczyk, frustracja zaczęła narastać w rodzicach również dlatego, że muszą pracować w domu i jednocześnie opiekować się dziećmi. Granica między życiem zawodowym i rodzinnym tak bardzo się więc zatarła, że nie mają jak odpoczywać. - To wszystko sprawia, że młodzi unikają rozmów z rodzicami o swoich problemach, bo oni są zmęczeni, zdenerwowani, przeciążeni. Dzieci nam mówią, że nie chcą dokładać dorosłym zmartwień. Zakładają maskę. W trosce o rodziców starają się nie pokazywać, co się u nich dzieje – tłumaczy Włodarczyk.

Dodaje, że wielu z nich cierpi na "wesołą depresję". Zakładają maski z uśmiechem, żeby nie dać po sobie poznać, że są nieszczęśliwi, bezsilni, wyczerpani. Idą do szkoły, są bardzo towarzyskie i wesołe, po czym wracają do domu i pozostają w tym "szczęściu na pokaz" konsekwentne. W nocy nie mogą spać, przesypiają cały kolejny dzień, żeby znaleźć czas na chorowanie. Albo się okaleczają, bo sobie nie radzą z napięciem.

- Niedawno poruszyła mnie rozmowa z nastolatkiem, który od ponad roku zmaga się z depresją. Zapytany przeze mnie, skąd wie, że cierpi akurat na tę chorobę, odpowiedział, że był u psychologa i tam usłyszał diagnozę. Wszystkie objawy na to wskazywały, np. dużo czasu spędzał w samotności, nie widział sensu życia i miał myśli samobójcze. Zapytałam, czy rodzice coś zauważyli. Odparł, że ma z nimi bardzo dobry kontakt, często go pytają, co się u niego dzieje, ale on widzi, jak mają ciężko, bo mogą stracić pracę w pandemii, więc nie obciąża ich swoimi problemami. Gdy go dopytują, jak się czuje, zbiera wszystkie siły, by im pokazać, że dobrze. Z troski o rodziców odmawia pomocy sobie. A jest z nim coraz gorzej. Jeszcze chwila, a już będzie za późno na pomoc. Rodzice nie widzą, jak bardzo jest z nim źle – mówi Paula Włodarczyk.

"Dorosłe tematy" w dziecięcym świecie

W rozmowach, jakie prowadzą konsultanci Telefonu Zaufania z młodymi, widać również, jak tematy ze sporów światopoglądowych dorosłych przenikają do dziecięcego świata. - Dzwonią do nas nieheteronormatywne nastolatki i mówią o swoim strachu przed rodzicami, którzy oglądając "Wiadomości", krzyczą, że trzeba byłoby wszystkich gejów spalić na stosie, że to zboczeńcy i plaga. Gdy nastolatek to słyszy, czuje się osamotniony, bo ma poczucie, że rodzice mówią o nim. A dorośli nawet nie zdają sobie sprawy, kim jest ich dziecko. Później tłumaczą, że gdyby to wiedzieli, to by tak nie mówili – mówi Paula Włodarczyk.

Zwraca uwagę, że po usłyszeniu takich dyskryminujących słów także heteroseksualni nastolatkowie często wycofują się z kontaktu z rodzicami. Bo np. mają znajomych nieheteronormatywnych i nie mogą o tym porozmawiać w domu. Bardzo często dochodzą do przekonania, że z rodzicami w ogóle nie da się podyskutować na żaden temat. Ponieważ są zamknięci i potępiają ludzi z powodu ich odmienności, różnorodności, więc kto wie, co powiedzą np. o malowaniu włosów czy robieniu tatuaży.

- Polityka ostatnich lat odbija się w tych rozmowach, które prowadzimy w Telefonie Zaufania, bo dorośli w Polsce utknęli w skrajnościach i się o nie kłócą, a dzieci reagują na to strachem. Część z nich ma poczucie, że żyje w kraju, w którym nie jest bezpieczna. Zwłaszcza nastolatki LGBT+, które czują się wykluczane, marginalizowane - twierdzi psycholożka.

Jak dodaje, z rodzicami o mocno konserwatywnym światopoglądzie nastolatkowie boją się też rozmawiać o seksualności i cielesności. - Nie umieją im powiedzieć o choćby takiej prozaicznej rzeczy jak to, że mają chłopaka czy dziewczynę, ponieważ słyszą, że partnera można mieć dopiero, jak się szkołę skończy. Albo że to grzech całować się z chłopakiem, a edukacja seksualna woła o pomstę do nieba. Nie ma wtedy przestrzeni do rozmów o dojrzewaniu. Taka blokada prowadzi czasem do ogromnego lęku przed seksualnością czy w ogóle do życia w związku – przekonuje Paula Włodarczyk.

"Trudno kochać zbuntowanego nastolatka czy plującego malucha"

Co więc rodzice powinni zrobić, żeby dzieci w pierwszej kolejności przychodziły do nich, a nie dzwoniły do Telefonu Zaufania? Według pracującej w nim psycholożki, przede wszystkim przestać je pytać zdawkowo: "Co u ciebie?" lub "Jak w szkole?", byle tylko "odhaczyć" rozmowę.

- Zamiast tego lepiej być ich autentycznie ciekawym, żeby móc je poznać. Bo tylko gdy to się stanie, możemy wychwycić zmiany w ich zachowaniu i zauważyć coś niepokojącego. Jeśli mamy dziecko wesołe i towarzyskie, a zaczyna coraz rzadziej wychodzić z domu i coraz dłużej śpi, to może być niepokojący sygnał. Jeżeli jesteśmy w stanie to zauważyć, możemy zaproponować pomoc i zapewnić, że się martwimy. Ważne, żeby dzieciom przypominać, że jesteśmy z nimi i chętnie ich wysłuchamy – podpowiada koordynatorka Telefonu Zaufania.

Jednak często słyszy od rodziców, że oni by tak chcieli, ale gdy idą do pokoju dziecka, by zaoferować pomoc, dostają odpowiedź: Daj mi święty spokój! Nie chcą się narzucać i wychodzą. - Trudno kochać zbuntowanego nastolatka czy plującego malucha. Ale narzucajmy się im z tą miłością. Warto wysłać im wiadomość: Słuchaj, martwię się o ciebie. Jestem za ścianą, gdybyś mnie potrzebował. A jak do mnie nie przyjdziesz, to wpadnę później, żeby sprawdzić, co u ciebie, bo mi na tobie zależy – mówi Paula Włodarczyk.

Przekonuje, że prowadzi to do budowania dobrej relacji z synem czy córką. Przestrzega zarazem przed przekraczaniem cienkiej granicy, jaka dzieli dobrą rozmowę z dzieckiem od traktowania go jak swojego powiernika. Jej zdaniem, dorośli często mają pokusy, żeby się swoim pociechom żalić i szukać u nich wsparcia. - A to jest dla nich bardzo obciążające i może je zamykać na kontakt z rodzicami. Później w telefonie słyszymy: „Moja mama ma tyle problemów, że gdybym jej powiedziała jeszcze o swoich, to ona już by się załamała". Nie możemy traktować dziecka jak rówieśnika czy przyjaciela i opowiadać mu o wszystkim. Młodzi ludzie mówią nam, że rodzice opowiadają o swoich związkach, rozstaniach, a nawet o intymnych sytuacjach. A to już duże nadużycie. To może być dla dziecka zbyt obciążające – kończy psycholożka.

DOSTĘP PREMIUM