Pielęgniarki i położne wyszły na ulice, ale to może być dopiero początek. "Sytuacja jest dramatyczna"

- Sytuacja jest moim zdaniem dramatyczna, ponieważ nie da się zwiększyć jednej grupie zawodowej znacznie wynagrodzeń tak, żeby były satysfakcjonujące, nie zmieniając pensji innym grupom - mówiła w TOK FM Aleksandra Kurowska, ekspertka ds. polityki zdrowotnej. Przypominała też, że jednym z "gwoździ do trumny" poprzedniego rządu PiS było właśnie "białe miasteczko" pielęgniarek.
Zobacz wideo

W około 40 szpitalach w całej Polsce rozpoczął się dzisiaj strajk ostrzegawczy pielęgniarek i położnych. Bezpośrednią przyczyną strajku jest tzw. ustawa Niedzielskiego, czyli ustawa o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników medycznych. Jak jednak mówiła w TOK FM Aleksandra Kurowska, ekspertka ds. polityki zdrowotnej z portalu cowzdrowiu.pl, głównym powodem strajku jest po prostu to, że pracownicy medyczni od lat wynagradzani są bardzo słabo. 

- Dzisiaj przedstawiciele rządu mówili o tym, jakie to podwyżki pielęgniarki dostały. Warto przypomnieć, że jest to tzw. zembalowe, czyli jeszcze pokłosie decyzji rządu PO-PSL, który przyznał im dodatki finansowane przez NFZ - zauważała ekspertka. Jak dodała, choć wszyscy uważają wskaźniki przyjęte w proponowanej przez rząd PiS ustawie za zbyt niskie, to jednak nowe przepisy podzieliły środowisko medyczne. Gościni TOK FM zaznaczała, że jest szereg zawodów medycznych, w których zarabia się tragicznie - choćby diagności laboratoryjni czy fizjoterapeuci, którzy dostają miesięcznie po ok. 3 tys. złotych.

 - Te grupy nie miały osobno finansowych podwyżek, więc dla nich planowany przez rząd wzrost wynagrodzeń od lipca będzie wynosił nawet od 1 do 2 tys. zł. W przypadku grup, które miały osobno finansowane podwyżki, w tym pielęgniarek, wzrost zapowiadany przez rząd będzie niewielki - wyjaśniała. - Na to nakładają się różnice w środowisku samych pielęgniarek, gdzie jest bardzo dużo osób, które nie mają ukończonych wyższych studiów. (...). Pielęgniarki, które nie mają studiów, ale od lat pracują w zawodzie, nie zgadzają się, żeby mieć podobne zarobki lub nawet gorsze niż osoby z wyższym wykształceniem niemającego tego doświadczenia - mówiła. 

Dlatego właśnie Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych domaga się m.in. zmiany sposobu naliczania wynagrodzeń pielęgniarek na taki, który będzie uwzględniał ich staż i warunki pracy. Bo teraz więcej zarabiają te z mniejszym doświadczeniem, ale z wyższym wykształceniem, przez co pielęgniarki, które przed laty kończyły szkoły medyczne, czują się poszkodowane.

Najpierw pielęgniarki, potem lekarze, fizjoterapeuci i diagności? 

- Sytuacja jest moim zdaniem dość dramatyczna, ponieważ nie da się zwiększyć jednej grupie zawodowej znacznie wynagrodzeń tak, żeby były satysfakcjonujące, nie zmieniając innym grupom zawodowym - oceniała Kurowska. Jak stwierdziła, to był jeden z "grzechów" tzw. zembalowego, które dało na początku podwyżki samym pielęgniarkom, a nie dało choćby ratownikom. I dlatego dochodziło do sytuacji, gdy w jednej karetce jechała pielęgniarka z ratownikiem, który mimo że był szefem zespołu, zarabiał sporo mniej. 

Ekspertka wyjaśniała, że obecnie pomysł rządu jest taki, aby "przepchnąć" ustawę, która ma zacząć obowiązywać od 1 lipca, w niezmienionym kształcie. - Czyli część pracowników medycznych już skorzysta na tych podwyżkach - zaznaczyła. - Równocześnie premier zapowiedział, że będzie kolejna nowelizacja tych przepisów, która ma wejść od 1 lipca przyszłego roku i tutaj miałby być jakiś pakt społeczny, dochodzenie do tych wyższych wynagrodzeń po to, żeby nastroje teraz uspokoić - dodała. 

Zauważała jednak, że protesty zapowiadają również lekarze, którzy zamierzają wypowiadać tzw. umowy opt-out, do protestujących grup mogą dołączyć diagności i fizjoterapeuci. - Warto przypomnieć, że jednym z gwoździ do trumny rządu PiS było jednak "białe miasteczko". Pielęgniarki wtedy wykazały się bardzo dużą determinacją - stwierdziła. - Widzę, że rząd dzisiaj starał się bagatelizować te zagrożenia, mówiąc o tym, że tyle jest chętnych i problemu z pielęgniarkami nie będzie - mówiła dalej. 

- Ale zdecydowanie problem będzie, bo średnia wieku pielęgniarek to 52 lata, a potrzeby w ogóle na pracę pielęgniarek będą dramatycznie rosły. Im pielęgniarki są starsze, tym mniej mają siły, żeby brać po kilka dyżurów, pracować w różnych miejscach - podkreślała. Na koniec jednak oceniła, że obecnie pielęgniarkom trudno będzie wywalczyć takie podwyżki, które byłby dla nich satysfakcjonujące. 

DOSTĘP PREMIUM