"Nie baw się z Kasią, ona jest z probówki". Osoby niepłodne cierpią w ukryciu. Nie chcą słyszeć, że mordują zarodki

Piotr Barejka
Jedna z par chowała ampułki z lekami w pudełku po maśle, żeby babcia ich nie zobaczyła. Zużyte opakowania wywozili do śmietnika na drugim końcu miasta. Niektórzy całe życie ukrywają przed bliskimi to, że ich dziecko urodziło się dzięki in vitro. W gabinecie Doroty Gawlikowskiej osoby niepłodne mówią, że w Polsce trzeba przejść przez piekło, aby dziecko mogło się urodzić.
Zobacz wideo

Szacuje się, że w Polsce co piąta para jest niepłodna. To blisko półtora miliona par, czyli trzy miliony osób. Wiele z nich bezskutecznie leczy się latami, wydaje na to majątek. Do tego muszą ukrywać się przed bliskimi, którzy nie potrafią zaakceptować "dziecka z probówki". I słyszą jeszcze to, co ostatnio mówił arcybiskup Jędraszewski. - Pamiętajcie, nowa Polska nie może być Polską bez dzieci Bożych! Polską niepłodnych lub mordujących nowe życie matek! - nawoływał hierarcha. Dlatego wiele par trafia nie tylko do klinik leczenia niepłodności, ale też do gabinetów psychologów. Dorota Gawlikowska pracuje z nimi od blisko dekady.

Piotr Barejka, TOK FM: Czego boją się w Polsce osoby niepłodne?

Dorota Gawlikowska, psycholog: Odrzucenia, napiętnowania, plotek, wytykania palcami. Bardzo wielu rzeczy.

Gdy już trafiają do pani gabinetu, to w jakim stanie?

Najczęściej cierpią z powodu lęku i stanów depresyjnych. Pacjenci, którzy decydują się ukrywać przed światem swoją chorobę, starają się grać osoby, w których życiu nic złego się nie dzieje. Przychodzi moment, kiedy zaczynają czuć, że nie dają rady. Poza tym na początku wydaje się, że to jest kwestia decyzji i dziecko po prostu będzie, ale jak go nie ma przez kilka lat, to całe życie zaczyna być poczekalnią, wszystko jest w zawieszeniu. Pacjenci mówią, że jak już będzie ciąża, to zmienią pracę, pojadą na wakacje, bo teraz trzeba być na miejscu. A poza tym nie ma pieniędzy. Okładają na później wszystko, tego stanu nie można w pewnym momencie znieść.

Do tego często pojawiają się konflikty między partnerami. Oboje są sfrustrowani, zmęczeni, przestraszeni tym, co się może zadziać. Jeśli nie mają wsparcia z zewnątrz, to jest jeszcze ciężej. Czasem są to bardzo skomplikowane decyzje, czy wybrać siódme in vitro, czy zdecydować się na adopcję, czy może na procedurę z komórkami dawcy, czyli adopcję prenatalną. Nawet jeśli nigdy nie udało się zajść w ciążę, para co miesiąc i przy każdej nieudanej procedurze przeżywa żałobę po utraconej wizji przyszłości. To wcale nie jest mniej obciążająca żałoba. Zwłaszcza, że po kilku latach może być kilkadziesiąt takich strat.

Mówi pani o pacjentach, którzy latami się ukrywają. Opowiadają, dlaczego to robią?

Boją się odrzucenia przez rodzinę albo znajomych, głównie katolickich, którzy potępiają leczenie metodą in vitro. Para spodziewa się, że będzie spotykała się z permanentną krytyką, nakłanianiem do przerwania leczenia. Będzie słuchać oskarżeń, jakiego zła się dopuszcza, jak morduje zarodki. To jest nie do zniesienia, jeżeli leczenie trwa latami, do tego są wizyty lekarskie, które trzeba ukryć. Pobranie komórek jajowych odbywa się pod narkozą, ale ten zabieg też musi się odbyć w ukryciu, w atmosferze kłamstw. To tworzy w parze poczucie ogromnego osamotnienia. Nie mogą porozmawiać o tym z ważnymi dla nich osobami. Czasem w nich samych rodzą się wątpliwości, kto ma rację. 

Kolejnym powodem jest potencjalne dobro ich przyszłych dzieci. Obawiają się, że jeżeli ktoś się o tym dowie, to ich dziecko będzie w przyszłości napiętnowane i wytykane palcami. Będzie słyszeć, że jest z probówki, że urodziło się kosztem kilkorga rodzeństwa. Rodzice biorą na siebie ten ciężar milczenia, żeby dziecko nie zostało odrzucone. Często rozmawiam też z pacjentami, którzy przygotowują się do procedury z udziałem dawcy. To jest jeszcze bardziej złożona sytuacja, ponieważ dziecko jest co najmniej w połowie niegenetycznym dzieckiem pary.

Ile można tak udawać?

Tyle, na ile odporności ludziom starczy. Niektórym starcza na całe życie. Żyją z tym sekretem i wierzą, że tak jest lepiej dla wszystkich. Inni mówią od początku.

Jak jest lepiej?

Najlepiej jest mówić od początku. Jak dziecko pyta, skąd się wziąłem, to jest dla niego bardzo prosta bajka, że mama z tatą bardzo się kochali, ale nie mogli cię urodzić, więc poszli do doktora. Doktor wziął od mamy jajeczko, od taty nasionko, połączył je i włożył mamie bo brzuszka. Ta historia może się rozwijać razem z dzieckiem. Później nie ma ono wrażenia, że jego życie dzieli się na etap, w którym nie wiedziało i moment, w którym dowiedziało się o sposobie swojego poczęcia. Ja zawsze myślę, że ogromnym ciężarem jest chowanie trupa w szafie, omijanie i udawanie, że go nie ma.

Z drugiej strony równie wielkim ciężarem może być to, jak najbliższe otoczenie zareaguje, jeżeli się dowie. Z jakimi historiami się pani spotkała?

Jedna z par mieszkała z babcią, która była zdecydowaną przeciwniczką in vitro, dlatego para trzymała wszystkie leki w opakowaniach po maśle, żeby babcia zaglądając do lodówki ich nie odkryła. Zużyte ampułki wywozili do kontenera na drugi koniec miasta, żeby babcia ich w śmieciach nie znalazła. Inna pani opisywała, jak systematycznie dostaje od rodziny wycinki z gazet o uzdrowicielach, o cudownych lekach na niepłodność, różnych ziołach i maściach. Uzbierała tego całe teczki. Inna pacjentka opowiadała, jak brat potrafił wydzwaniać i pytać, kiedy wrócą po te zamrożone dzieci.

Najczęściej jednak bliscy reagują lękiem i bezradnością. Nie wiedzą, co powiedzieć ludziom, którzy od lat bezskutecznie starają się o dziecko, wydali na leczenie już tyle pieniędzy, że mogliby kupić dobry samochód. Często bagatelizują problem, przekonują, że będzie dobrze. Udzielają złotych rad, żeby wyluzować, bo wszystko jest w głowie. Zdarza się, że później pary przychodzą do mnie i mówią, że wszystkiego już próbowali, więc problem na pewno tkwi w psychice. Proszą, żeby to z nich usunąć. Trochę tak, jakby w moim gabinecie odbywał się rodzaj ingerencji chirurgicznej, w której otwieram mózg pacjenta i usuwam zbędny fragment.

Mówiła pani, że niektórzy rodzice milczą ze względu na dobro dzieci.

Zdarzyło mi się słyszeć o tym, jak dziewczynka z in vitro nie mogła się bawić z córką sąsiadki, bo ona mówiła swojemu dziecku, że Kasia jest z probówki. Słyszałam o tym, jak dziadkowie izolowali wnuki z in vitro od innych. Bywa tak, że teoretycznie dzieci są zaakceptowane, babcia je kocha i przytula, ale cały czas dziadkowie mówią rodzicom, że tak naprawdę nigdy tego nie zaakceptują. Często dla młodych ludzi, którzy wyprowadzili się do dużych miast, przyjazd do domu rodzinnego to jest moment, w którym zderzają się z inną rzeczywistością. Jedna z moich pacjentek mówiła, że przez in vitro jest skazana na mieszkanie w Warszawie. Nie wróci do rodzinnej miejscowości, chociaż by chciała, bo tam miała wszystkich, czworo rodzeństwa, rodziców. Ale nie wiedziała, jak będzie tam żyła ze swoim dzieckiem.

Rozmawiałam też niedawno z pacjentką, u której decyzja o in vitro zapadła najwidoczniej bez porozumienia z partnerem. Partner podpisał co prawda dokumenty i oddał nasienie, więc formalnie musiał wyrazić zgodę, jednak chodziło o brak rzeczywistej akceptacji dla tej formy leczenia. To niestety często się zdarza, bo pary są zdesperowane, zmęczone i robią wszystko, byle to dziecko było. W jej przypadku minął rok od narodzin pięknego, zdrowego dziecka. I mówiła, że do tej pory ojciec nie został z synem nawet na pięć minut. Nie wziął go nigdy na ręce. Cała rodzina nie wie, że dziecko jest z in vitro. Pacjentka chce utrzymać to w tajemnicy. Do tego okazuje się, że ojciec, który jako jedyny wie, nie jest gotów opiekować się własnym dzieckiem.

Dlaczego?

Uznawał to dziecko za coś w rodzaju sztucznego tworu, wykreowanego w laboratorium. Nie miał wręcz pewności, że to jest normalne dziecko, tylko uważał je za sztucznego człowieka, czuł wobec niego rodzaj obcości, brak więzi. W jego przypadku nie były to uprzedzenia religijne, nie akceptował przede wszystkim tego, że w proces poczęcia dziecka zaangażowano technologię medyczną. To też się często zdarza, bo wielu ludzi ma poczucie, że ten proces powinien być niezwykle naturalny, powinien zawsze się wiązać z intymnością.

Tylko czego właściwie boją się osoby, które zakazują się bawić swoim dzieciom z dziećmi, które urodziły się dzięki in vitro?

Myślę, że boją się inności. To takie same schematy społeczne, przez które ludzie izolują osoby LGBT. Ale rozmawiając o osobach niepłodnych, mam poczucie pewnego rozdarcia. Bo to jest tak, że z jednej strony trzeba mówić o tym, jak jest im trudno, jak to jest żyć w Polsce, będąc osobą niepłodną. Z drugiej strony często słyszę u tych osób o potrzebie, aby mówić, że są zwykłymi, normalnymi ludźmi. Tłumaczą, że im więcej się o ich problemach mówi, tym bardziej stają się dla ludzi kimś innym, specyficznym. Dlatego ich dzieci stają się także kimś innym, a przecież dziecko poczęte in vitro jest zwykłym dzieckiem. To jest trochę broń obosieczna, bo im więcej o tym mówimy, tym bardziej okazuje się, że ten fakt właśnie jest znaczący, a nie powinien być. Tak jest w innych krajach - nie ma znaczenia, kto i jak został poczęty.

To w jaki sposób należy mówić o niepłodności?

Przede wszystkim zgodny z faktami. Mam wrażenie, że społecznie jesteśmy w okresie przejściowym, jak zwykle dość daleko od cywilizowanego świata. Nadal musimy mówić, że in vitro jest metodą leczenia, na przykład propozycja referendum w sprawie dopuszczalności metody in vitro to jest absurd. To trochę tak, jakby ogłaszano referendum, w którym społeczeństwo miałoby zdecydować, czy wolno dokonać wymiany stawu biodrowego na endoprotezę.

Trzeba niepłodność odczarowywać, urealniać, mówić, jak naprawdę wygląda. Mówić o problemach tych par, o tym, że poczęcie in vitro nie jest innym poczęciem, nie jest wbrew naturze, nie jest ingerencją technologii w życie zarodka. To, że ktoś ujmie w pęsetę plemnik i pod mikroskopem włoży go do komórki jajowej, to jest wyłącznie przyspieszenie procesu, który odbywa się w naturze. Trzeba mówić, że dzieci urodzone po metodzie in vitro są zdrowe, nie rozwijają się gorzej, nie są niesprawne ani fizycznie, ani intelektualnie.

Dlaczego wciąż jesteśmy na tym etapie przejściowym? Co sprawia, że wielu Polaków ma tak negatywne podejście do in vitro?

I mentalność społeczna, i Kościół katolicki. Ciągłe grzmienie z ambon o mordowaniu zarodków, o mrożeniu dzieci. Tymczasem na adopcję zarodka, którego para się zrzekła, w klinikach czeka się często parę lat. Gdzie są więc te mordowane, wylewane do zlewu zarodki? Poza tym ustawa o leczeniu niepłodności precyzuje bardzo jednoznacznie, że jest to w Polsce niedozwolone. Niestety argumentom religijnym przeciwstawić się nie da. To nie są argumenty racjonalne, bo racjonalność jest tutaj, że tak powiem, wtórnie stworzona, żeby uzasadnić religijną normę. Do religijnego zakazu zaczęto dorabiać różne argumenty o mrożeniu i zabijaniu dzieci, a my mamy zdrowe dzieci, które rodzą się z zarodków mrożonych przez dwadzieścia lat. Natomiast sam lęk przed innością to oczywiście szerszy problem, nie tylko religijny.

Zakładam, że do gabinetu trafiają też wierzące pary, które decydowały się na in vitro.

To są dramatyczne sytuacje. Ogromnie współczuję katolikom, którzy muszą się leczyć z powodu niepłodności. Jedni w ogóle nie przystępują do leczenia, zdają się na los i albo dziecko będzie, albo nie. Czasami adoptują. Inni próbują godzić ogień i wodę, czyli uznają, że nie zgadzają się z tym fragmentem nauczania Kościoła. Szukają księdza, który ich pobłogosławi, udzieli rozgrzeszenia. Choć Watykan jasno mówi, że nie akceptuje metody in vitro, żaden ksiądz nie jest w stanie tego uchylić, to słyszałam o mszach odprawianych w intencji powodzenia in vitro. Słyszę też od niektórych, że Kościół i tak w końcu uzna, że trzeba tę metodę zaakceptować, bo bez niej się wyludnimy w Europie. W końcu patrząc na odnotowywany w ostatnich latach spadek płodności mężczyzn, to albo będziemy stosować in vitro, albo czeka nas depopulacja.

Dla niektórych wierzących par decyzja o in vitro oznacza ostracyzm i utratę znajomych. Jedna z moich par straciła wszystkich, zostali kompletnie sami i od nowa musieli budować całą swoją sieć społeczną, znaleźć przyjaciół, znajomych. Nie mogli też przyjmować sakramentów, więc stali w kościele gdzieś z tyłu, z poczuciem, że są pariasami. To, co ci ludzie przechodzą, żeby taką decyzję podjąć, to są często lata wewnętrznych zmagań. Lata rozważań, czytania, śledzenia dokumentów Kościoła, myślenia na ten temat, dyskusji. Zastanawiania się, czy dadzą radę unieść taki ciężar.

Pracuje pani z parami niepłodnymi od dziesięciu lat. Co zmieniło się przez ten czas?

Zmieniło się sporo. Wydaje mi się, że dużych miastach akceptacja wzrosła, jeżeli chodzi o małe społeczności to mamy stagnację, natomiast zaostrzył się znacząco głos Kościoła. Kościół nie wypowiadał się wcześniej tak dramatycznie przeciwko in vitro, jak to robi dzisiaj.

Pogorszyło sytuację par także wycofanie programu refundacji leczenia metodą in vitro, który za rządów PO był realizowany przez Ministerstwo Zdrowia. Jak każde wycofanie pewnego sposobu leczenia, jest to odbierane społecznie jako wycofanie zaufania dla metody. Pacjenci zaczynają myśleć, że to nie jest bezpieczne. Nie trzeba dorabiać żadnej ideologii, żeby zaczęli mieć wątpliwości. Jednocześnie ministerstwo weszło ze swoim programem, który bardzo szybko się skompromitował. Program bazował na tak zwanym przyczynowym leczeniu niepłodności. To jest hasło, które fascynuje mnie i wszystkich lekarzy.

Dlaczego?

Nie bardzo wiadomo, o co w tym chodzi. To znaczy, jak przyczynowo można leczyć niepłodność, kiedy my tak naprawdę nie możemy leczyć ani niepłodności męskiej, bo na świecie nie ma na to metod, ani endometriozy, zespołu policystycznych jajników, niedrożności jajowodów. W skrócie większości schorzeń, które prowadzą do niepłodności, nie jesteśmy w stanie wyleczyć, ale jednocześnie mamy przyczynowo leczyć niepłodność. Jednak to do pacjentów bardzo trafia, więc uznają, że metoda in vitro to obejście problemu, bo tak naprawdę trzeba dojść do przyczyny i ją usnąć.

Ale z pozoru to brzmi logicznie.

Teoretycznie tak, ale w praktyce, w leczeniu niepłodności, to jest kompletnie nielogiczne. Program ministerialny odwoływał się do takiej pozornej logiki i narobił znowu mnóstwo szkód. Pacjenci przechodzą miliony badań, żeby znaleźć przyczynę swojej niepłodności. Kompletnie nie widząc tego, że na końcu tych milionów wydanych na badania jest i tak jedno rozwiązanie, czyli: proszę zastosować metodę in vitro. To jest jedyna metoda leczenia, jaką znamy.

Kolejna z rzeczy bardzo szkodliwych dla pacjentów, które w ostatnich latach się wydarzyły, to jest cała retoryka wokół in vitro. Ta, która mówi, że to jest jak kupowanie dziecka w sklepie. Idziesz, zamawiasz i odbierasz Jasia blond loczki i błękitne oczy. Ale dopiero jak ktoś trafia do kliniki na leczenie, ma czwartą nieudaną procedurę in vitro, to zaczyna widzieć, że to wygląda zupełnie inaczej. Zaczyna mówić, że trzeba przejść przez piekło, żeby to dziecko się mogło urodzić.

DOSTĘP PREMIUM