Gdy dzieci mają myśli samobójcze, rodzice koncentrują się na sobie: Co zrobiłem źle?

Gdy dorośli słyszą od dziecka, że nie ma siły żyć, ich odruchem jest mówienie: "Ale daj spokój, życie jest piękne, jesteś taka młoda". A chodzi o to, żeby wybadać, co się dzieje. Przecież jak widzimy u kogoś rozwaloną nogę, to nie uciszamy go, mówiąc, jakie życie jest piękne. A robimy to, gdy spotykamy się z cierpieniem emocjonalnym u dziecka. Ono czuje się wtedy odrzucane i osamotnione - mówi psychoterapeutka Małgorzata Łuba.
Zobacz wideo

Według policyjnych statystyk, w 2020 roku w Polsce doszło do 12013 prób samobójczych, a 843 z nich podjęły osoby w wieku od 7 do 18 lat. Śmiercią zakończyło się 5165 zamachów na swoje życie, w tym 107 dokonanych przez nieletnich.

W pandemicznym I kwartale 2021 roku - w porównaniu z podobnym okresem ubiegłego roku - liczba prób samobójczych wśród nieletnich wzrosła o niemal jedną czwartą. Eksperci twierdzą jednak, że na każdą śmierć samobójczą przypada do 20 prób. W I kwartale skutecznie odebrało sobie życie 19 nieletnich. Gdyby przyjąć taki sposób obliczeń, próby samobójczej w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2021 roku dokonało ok. 400 dzieci. Oficjalne statystyki mówią o 271 przypadkach.

Konrad Oprzędek, TOK FM: Czy w ogóle warto mówić o samobójstwach?

Małgorzata Łuba, psycholożka, psychoterapeutka, członkini Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego: Sama mam za sobą doświadczenie samobójstwa bliskiej osoby w rodzinie i odpowiem, że warto. Minęło już prawie 20 lat, a ja w dalszym ciągu, gdy przychodzi rocznica śmierci, mam wrażenie, że to doświadczenie mi towarzyszy. W uporaniu się z nim pomogła gotowość do rozmawiania. W naszej rodzinie była pokusa, żeby zataić przed innymi, jaka to była śmierć. Ale zdecydowaliśmy się o tym mówić, dzięki czemu nie oddaliliśmy się od siebie, bo czasem milczenie na ten temat sprawia, że bliscy w ogóle przestają ze sobą rozmawiać. Ale poruszając to zagadnienie, musimy uważać na to, co mówimy.

Czego unikać?

Szkodliwe jest, jeżeli pokazujemy samobójstwo jako działanie, które jest logiczną odpowiedzią na problemy. Wówczas po drugiej stronie znajdzie się niejedna osoba, która przeżywa podobne trudności i samobójstwo potraktuje jako podpowiedź ich rozwiązania. W suicydologii nazywamy to mechanizmem "zarażania się". Dzieje się tak, kiedy bardzo próbujemy analizować koleje losu danej osoby i niechcący pokazujemy samobójstwo jako rozwiązanie.

Drugim sposobem szkodliwego mówienia o zachowaniach samobójczych jest pokazywanie metod targnięcia się na życie. Możemy wtedy dać komuś inspirację. To może też doprowadzić do pośredniej traumatyzacji. Czyli nawet jak ktoś nie był świadkiem samobójstwa, to jeśli zacznie je sobie szczegółowo wyobrażać, doświadcza bardzo silnego stresu i to też może uruchamiać niebezpieczne zachowania. Szczególnie narażone są na to osoby, które są w kryzysach, a szczególnie dzieci.

Dzieciom nie powinno się mówić o zachowaniach samobójczych w ramach przestrogi. Sprawdzono to w Stanach Zjednoczonych - w ramach działań profilaktycznych organizowano zajęcia dla młodych ludzi na temat zachowań samobójczych i okazało się to szkodliwe. Można i trzeba to robić, gdy dochodzi do próby albo śmierci samobójczej w klasie, bo wtedy młodzi ludzie się uczą, jak się wspierać i że rozmowa też może ratować ludzkie życie. Ale nie wolno o tym mówić, gdy w szkole toczy się spokojne życie.

W pierwszym kwartale nastąpił wzrost prób samobójczych wśród nieletnich. To przez pandemię?

Pandemia niewątpliwie przyniosła szkody, jednak na razie trudno je ocenić. Wiemy, że od kilkunastu miesięcy całe społeczeństwo jest poddawane wpływowi silnych stresorów. Głównym jest izolacja społeczna i ograniczenia w przemieszczaniu się. Pamiętamy komunikaty z wozów policyjnych jeżdżących pomiędzy domami: Zostańcie w domach. To wszystko było ogromnym stresorem. A w społeczeństwie najsłabszymi istotami są dzieci i młodzież. Przeciętny dorosły miał dostatecznie dużo czasu, żeby wypracować sobie umiejętność rozbrajania trudnych emocji, radzenia sobie ze stresem, a młodym tego czasu zabrakło. Oni też intensywniej odczuwali izolację, bo dopiero uczą się budowania relacji z ludźmi.

Jeśli mówimy o pandemii, to trudno nie wspomnieć o wielu dzieciach, które w swoim najbliższym otoczeniu miały piekło przemocy domowej. Przez pandemiczne restrykcje były narażone na bycie ze swoimi oprawcami w czterech ścianach. Nie mogły porozmawiać ze sprzymierzeńcem, którego w normalnych okolicznościach znajdowały w pani od polskiego, wychowawczyni albo nastoletniej powierniczce. Dorośli narażeni na szereg stresorów, np. zachwianie poczucia bezpieczeństwa finansowego i życiowego, odreagowywali na osobach, które były najbliżej.

Podsumowując, jeszcze nie widać pełni szkód pandemii, ale one mogą się ujawniać latami. Ciekawe są badania, jakie były robione w krajach azjatyckich, które wcześniej miały doświadczenia różnych epidemii i restrykcji z nimi związanych. Eksperci obserwowali ich skutki w rozwoju dzieci i nastolatków, rozłożone na 9 kolejnych lat. To straszna informacja.

Mówiła pani w jednym z wywiadów, że kiedyś dyrektorzy szkół traktowali samobójstwa młodych ludzi jak odległy temat. Teraz to się zmienia. Ma pani więcej pracy?

Prowadzę szkolenia od kilkunastu lat, na pracę nie narzekam. Zapraszają mnie dyrektorzy szkół, żebym spotkała się z radami pedagogicznymi i z rodzicami. Najczęściej mówię z nimi o pierwszej pomocy emocjonalnej, czyli na co zwracać uwagę w zachowaniu dzieci, jak rozmawiać i jakich sformułować używać, by okazać troskę. Opowiadam o stanach depresyjnych, które nasiliły się u młodych ludzi w czasie pandemii. O stanach lękowych, napadach autoagresji i myślach samobójczych. Profilaktycznie nie mówimy o tym dzieciom, ale opiekunom jak najbardziej.

Rodzice są zainteresowani tymi zajęciami?

Niestety, smutne jest to, że nawet jak znajdujemy dla nich dogodne terminy, to często przychodzi ich garstka.

Boją rozmawiać o samobójstwach?

Zdecydowanie. Jest stereotyp, który blokuje takie rozmowy – nie wywołuj wilka z lasu, czyli nie pytaj dziecka o myśli samobójcze, nawet jeśli się pojawiają, bo odbierze sobie życie. A trzeba o tym rozmawiać. Można dopytywać młodego człowieka: Czy myślisz o śmierci, a jeśli tak, to co dokładnie, w jakich okolicznościach, kiedy ostatnio? Jak się okaże, że dziecko myśli już konkretnie, jak do jego śmierci mogłoby dojść, to już jest moment, żeby wezwać fachową pomoc.

Nie rozmawiamy o tym z dziećmi również dlatego, że boimy się swojej niemocy, gdy dziecko potwierdzi, iż ma myśli samobójcze. Czasem wolimy o tym nie wiedzieć. Lęk jest złym doradcą, bo odbieramy sobie możliwość działania i pomagania.

Kolejny powód, dla którego nie poruszamy z dziećmi tematu myśli samobójczych, jest taki, że boimy się przerażającej wiedzy o dzieciach, która - w naszym mniemaniu - będzie świadczyła, że jesteśmy złymi rodzicami. Często dorosły wchodzi w poczucie winy, gdy dowiaduje się, że jego dziecko nie chce żyć. Zamiast na młodym człowieku zaczyna koncentrować się na sobie. Pyta: Co zrobiłem źle? Dlaczego to mi się przytrafia? Czy jestem złą matką?

Kiedy rozmawia pani o samobójstwach z dziećmi?

Najczęściej, gdy w klasie dochodzi do takiej śmierci i jest to fakt ujawniony. Chodzi przede wszystkim o to, żeby podjąć temat, a nie zamiatać go pod dywan, bo to może być szkodliwe. W obliczu takiej sytuacji zarówno dzieci, jak i nauczyciele mogą być w kryzysie. Polskie szkoły dopiero się uczą, że jeśli ktoś z ich środowiska umiera, to trzeba wesprzeć dzieci i nauczycieli. Nawet dorosłym trudno jest wtedy skonstruować i zrealizować plan wyjścia z tej sytuacji.

Jeśli dojdzie do samobójstwa, to ważni są ci, którzy żyją. O ich bezpieczeństwo musimy się zatroszczyć. Kulturowo jesteśmy osadzeni w pamięci o zmarłych i kultywowaniu życia pośmiertnego, ale po doświadczeniach samobójstw ważne jest, by nie iść tym tropem. Czyli powinniśmy kierować uwagę na tych, którzy żyją, bo im możemy pomóc. W takich działaniach trzeba rozpraszać wrażenie, że samobójstwo miało pojedynczą przyczynę, by uniknąć myślenia, że było logiczną odpowiedzią na jakiś konkretny dramat życiowy. Trzeba mówić, co zrobić, żeby taka sytuacja się nie powtórzyła, czyli jak dbać o siebie nawzajem.

A na czym trzeba się w klasie koncentrować po nieudanej próbie samobójczej ucznia?

Na wszystkich, także na osobie, która przeżyła tę próbę. Warto wtedy znaleźć ucznia, który z tą osobą jest najbardziej związany. Bo najwięcej może wiedzieć o tej próbie i najbardziej ją przeżywać. Często pytam, co to zdarzenie w nim zmieniło, jakie wywołało emocje, po czym próbuję je łagodzić. Czasem to smutek, niekiedy bezradność, szok, poczucie winy.

Omawiam też z klasą, jak się przygotować na powrót osoby po próbie samobójczej. Ona może się bać, jak ją odbiorą w klasie. Zastanawiamy się z uczniami, jakie pytania mogą zostać im zadane przez tę osobę, a potem znajdujemy najlepsze odpowiedzi. Zachęcamy, żeby dzieci wczuły w tę trudną sytuację, bo one mają doświadczenia dłużej nieobecności np. z powodu choroby i szybko łapią perspektywę tej osoby, która wróci do szkoły i będzie czuła się tam "niezainstalowana". Wpadają np. na pomysł, żeby zaproponować notatki i pomóc w matematyce. Fajnie wchodzą w tę pracę.

Co przeszkadza dziecku znaleźć pomoc w kryzysie samobójczym?

Najgroźniejsze jest fałszywe przekonanie dorosłych, że jeśli dziecko lub nastolatek mówi o swoich myślach samobójczych, to znaczy, że na pewno nic mu nie grozi. Bo gdyby chciało targnąć się na swoje życie, to by to zrobiło, a nie mówiło. To przekonanie jest naprawdę bardzo silnie zakorzenione u niektórych opiekunów. Gdy w domu lub w szkole dziecko im powtarza, że nie chce mu się żyć albo że bez niego będzie lepiej, to bagatelizują problem, myśląc, że każdy młody dzisiaj tak mówi. A wtedy trzeba wciągnąć dziecko w rozmowę.

Jak to zrobić?

Ważne, żebyśmy byli autentycznie zaciekawieni w rozmowie z dzieckiem czy nastolatkiem. Jeśli coś się zmienia w jego zachowaniu, to warto podejść do niego z uwagą, a nie odpowiadać na pytanie "Co z nim?" w swojej głowie. Bo my, dorośli, często wiemy lepiej - że dziecko coś mówi, by nas sprowokować albo zrobić nam na złość. Jeśli nie mamy pokory wobec niego, to nie dowiemy się, że to, co widzimy w jego zachowaniu, to jedynie wierzchołek góry lodowej, a cała reszta jest ukryta. Nie podejmiemy rozmowy i nie zauważymy tego, z czym się dziecko mierzy.

Dziecku potrzeba pomocy emocjonalnej, którą porównuję do pierwszej pomocy medycznej. Osoba, która nie jest profesjonalnym ratownikiem medycznym, nie ma za zadanie złożyć kości, diagnozować i poprowadzić leczenia, tylko powinna się zorientować, czy może wstępnie pomóc i czy już potrzebne są fachowe posiłki. Dokładnie to samo jest do zrobienia w pierwszej pomocy emocjonalnej. Jeśli w jej trakcie wyjdzie jakaś poważna sprawa, to przecież nie musimy w pełni dziecka "wyleczyć" z kryzysu samobójczego, tylko powinniśmy go uważnie wysłuchać, a w razie potrzeby wezwać fachową pomoc. Natomiast jeżeli podchodzimy na takiej zasadzie, że musimy ogarnąć wszystkie problemy dziecka, to dopada nas bezradność i wielu z nas blokuje się w podjęciu działań. Bo nas to przerasta.

Co odpowiedzieć, gdy słyszymy od dziecka, że nie ma siły żyć?

Gdy tak mówi, to znaczy, że dzieje się coś, co odbiera mu energię do życia. Co to jest? Trzeba pociągnąć go za język. Częstym odruchem dorosłych jest mówienie: "Ale daj spokój, życie jest piękne, jesteś taka młoda". Próbują za wszelką cenę zmienić sposób myślenia młodego. A chodzi o to, żeby wybadać, co się dzieje. Przecież jak widzimy u kogoś rozwaloną nogę, to nie uciszamy go, mówiąc, jakie życie jest piękne. A robimy to, gdy spotykamy się z cierpieniem emocjonalnym u dziecka. Ono czuje się wtedy odrzucane i osamotnione.

Nawet jeśli za tymi słowami o niechęci do życia kryje się przejściowy spadek nastroju, to gdy o tym porozmawiamy z dzieckiem, ono zapamięta, że byliśmy z nim, kiedy nas potrzebowało. To może się przydać, jeśli naprawdę będzie w kryzysie samobójczym.

Tylko że nie zawsze dziecko chce rozmawiać. Co wtedy?

Humorystycznie lubię mówić, że psy-chologia to nauka o psach, bo one pomagają wyciągać wnioski o ludzkiej naturze. Jak zachowują się psy, które cierpią? Są takie, które skomlą. I są dzieci, które gdy cierpią, pokazują to całymi sobą. Jeżeli podejdziemy do nich i zaczniemy rozmowę, to wyleją z siebie ból. Ale są też psy, które w obliczu cierpienia próbują zakopać się do jakiejś nory. I są również takie dzieci. Jeżeli do nich podejdziemy, będą potrzebowały więcej czasu, żeby wyjść z ukrycia i zacząć mówić, co się dzieje. Musimy uzbroić się w cierpliwość, oswajać i dawać dowody, że naprawdę się troszczymy. Trzeba powtarzać zaproszenia do rozmowy i mówić, że dostrzegamy, iż coś złego się dzieje.

Trzeci typ psa to ten, który w nieszczęściu szczeka, warczy i pokazuje zęby. Jak próbujemy zbliżyć się za szybko, to jest gotowy ugryźć. U nastolatków też można to zaobserwować. Dorośli się martwią, więc podchodzą, ale słyszą tylko: "Odejdź!", tylko w wulgarnej wersji. Wielu opiekunów się wtedy obraża. Nie koncentruje się na problemach dziecka, lecz na sobie. Nie powinniśmy takich słów dziecka brać do siebie, ale zapraszać do rozmowy i okazywać troskę. To bardzo ważny komunikat w takich sytuacjach: "Nie obraziłem się na ciebie".

A jeśli nasza pierwsza pomoc nie działa, to gdzie szukać tej fachowej?

Tu pojawia się problem, bo w Polsce nie za bardzo mamy pomoc systemową, zwłaszcza niedrogą lub nieodpłatną, z której mogłaby skorzystać każda rodzina, bez względu na zawartość portfela. W krajach skandynawskich rodzina, która przechodzi przez doświadczenie samobójstwa, jest otoczona wsparciem różnych specjalistów przez rok. U nas tego nie ma.

Dlaczego?

Może chodzi o skalę zjawiska. Może ponad 5 tys. prób samobójczych rocznie to za mało, żeby w Polsce budować rozwiązania systemowe. Uważam, że jesteśmy narodem pospolitego ruszenia - mobilizujemy się dopiero, gdy coś się stanie, ale potem jak jest potrzebna długa praca i rehabilitacja, to jakoś tracimy zapał. Lubimy też patetyczne zdanie, że życie jest najważniejsze, tylko że w praktyce to życie i jego jakość często schodzi na dalszy plan.

Dostęp do psychiatrów dziecięcych jest utrudniony, podobnie z dostępem do regularnej psychoterapii. Ale w większości przypadków specjalista wcale nie bywa potrzebny. Ważne, by po usłyszeniu czegoś strasznego od dziecka, podziękować, że to powiedziało. Można potem się przyznać, że nie jesteśmy fachowcami w tej dziedzinie, ale osobą, która może pomóc, jest pedagog czy psycholog szkolny. To pierwsza linia specjalistów, którzy nie wymagają skierowania.

A jak panią zmieniło doświadczenie samobójstwa w rodzinie?

Zaznaczę od tego, że mnie ono nie uszlachetniło. To trauma, gdy znajduje się ciało bliskiej osoby po samobójstwie. Mnie ten obraz nigdy z głowy nie wyjdzie. Niejeden może się po takiej sytuacji stoczyć, gdy będzie sobie powtarzał, że sam sobie poradzi. Szczytem rozwoju człowieka nie jest całkowita samodzielność, tylko współzależność. Szukanie i branie pomocy jest siłą, a nie słabością.

Mogę jednak przyznać, że ślad tamtego doświadczenia odnajduję dzisiaj w swojej motywacji do pracy jako suicydolog, bo wiem, że jak nie zadziała się w porę, gdy ktoś ma myśli samobójcze, to później już może nie być okazji. Gdyby nie to doświadczenie, nie wiem, czy bym się akurat tym tematem w psychologii zajmowała. Na tym coś wyrosło w moim życiu.

Polskiego Towarzystwo Suicydologiczne prowadzi stronę zwjr.pl (Życie Warte Jest Rozmowy), na której można znaleźć specjalistyczną informacje o tym, jak pomagać osobom w kryzysie samobójczym.

DOSTĘP PREMIUM