"Niekonstytucyjna przemoc religijna". Apostazji przybywa - ubywa uczniów na religii. Władza chce to zmienić

W ubiegłym roku po Strajku Kobiet nastąpił wzrost liczby aktów apostazji, choć diecezje ukrywają te dane. O tym, że laicyzacja w Polsce postępuje, świadczy jeszcze spadek liczby wiernych chodzących na msze i uczniów uczęszczających na lekcje religii. Tych ostatnich chce powstrzymać minister edukacji Przemysław Czarnek. - To, co teraz robi, spowoduje, że tych odejść (z Kościoła) będzie jeszcze więcej - mówi nam prof. Stanisław Obirek.
Zobacz wideo

Kościół niechętnie dzieli się danymi o aktach apostazji. Rzecznicy poszczególnych kurii najczęściej odsyłają do Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, jednak na jego stronie najświeższe dane dotyczą... 2010 roku. Wtedy w całej Polsce zanotowano tylko 459 takich aktów. "W związku ze stosunkowo niewielką skalą zjawiska, ISKK nie kontynuował prac badawczych aktów apostazji w Polsce" - czytamy na stronie instytutu.

Jedyna kuria, która bez problemu podała nam dane statystyczne dot. apostazji, to Diecezja Warszawsko-Praska. Jak przekazał nam Jakub Troszyński z jej biura prasowego, w roku 2014 na terenie tej diecezji było 14 aktów apostazji, w 2018 - 39, a w 2020 - aż 248. - Rzeczywiście, liczba aktów apostazji w ubiegłym roku jest wyższa niż w latach poprzednich. Wskaźnik dominicantes (odsetek katolików uczęszczających na niedzielną eucharystię w odniesieniu do ogólnej liczby zobowiązanych - przyp. red.) w naszej diecezji od kilku lat utrzymuje się na poziomie nieco ponad 30 proc. Oznacza to, że ponad 60 proc. katolików, zobowiązanych do takiej praktyki religijnej, nie uczestniczy w niedzielnej mszy świętej. Akt apostazji w wielu przypadkach może być zatem sformalizowaniem stanu faktycznego - wyjaśnia Troszyński.

Jak mówi publicystka Agata Diduszko-Zyglewska, chęć wyjścia z Kościoła pogłębiła się po decyzji Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej z października 2020 roku. Chodzi o decyzję, której skutkiem jest wprowadzenie prawie całkowitego zakazu aborcji. - Wiem od osoby, która prowadzi jedną ze stron dotyczących apostazji, że pod koniec 2020 roku 25 tys. osób pobrało z tej strony formularz deklaracji o wystąpieniu z Kościoła - twierdzi Agata Diduszko-Zyglewska. Jak dodaje, to oczywiście nie znaczy, że wszystkie te osoby złożyły swoje deklaracje w parafiach, ale pokazuje trend, który jest widoczny również na internetowym liczniku apostazji.

"Bycie utożsamianym z katolicyzmem jest czymś krępującym"

- W Polsce mamy do czynienia z czymś podobnym do tego, co ma miejsce w Stanach Zjednoczonych. Bycie utożsamianym z katolicyzmem, który jest odklejony od rzeczywistości, jest czymś krępującym, wstydliwym, stąd m.in. rosnąca fala wypisywania się z Kościoła. Wiele osób mówi wprost: Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. I stąd mnożące się akty apostazji - mówi profesor Stanisław Obirek, teolog, były jezuita, antropolog kultury wykładający na Uniwersytecie Warszawskim.

Części osób bardzo zależy na wyjściu z Kościoła, ale ostatecznie odpuszczają, bo mają dość "wodzenia ich za nos" przez księży. - Sześć razy byłam w parafii, chciałam złożyć dokumenty. I słyszałam, a to, że jeden wpis był nie taki, a to formularz źle wypełniony, a to dokumenty nie takie. Ksiądz ciągle się czepiał. To jest upokarzające i stresujące. Moim zdaniem, część księży robi to celowo, aby niektórzy ostatecznie odpuścili. Ja doprowadziłam sprawę do końca - opowiada nam Ewa.

- Rzeczywiście, jest coś takiego jak niechętna lub wręcz wroga postawa księży, którzy utrudniają ludziom akt apostazji. To się dzieje nie tylko w małych miasteczkach czy wsiach, ale w Warszawie również obserwujemy takie zniechęcanie. Bywa, że ksiądz udaje, iż nie ma czasu, albo każe donieść jakieś potwierdzenia. Takie nękanie po prostu. I jeżeli ludzie się dowiadują, że to jest skomplikowane i trudne, to niejednokrotnie dają sobie spokój i nie doprowadzają sprawy do końca. Ale  są i tacy, dla których to rzucanie kłód pod nogi jest wprost dopingujące - mówi prof. Obirek.

Jak dodaje, bywa też tak, że z decyzją o odejściu z Kościoła czeka się np. do śmierci rodziców, by nie sprawiać im przykrości.

"Zanim odejdziesz..."

O tym, że aktów apostazji jest więcej, świadczy też odpowiedź rzecznika archidiecezji lubelskiej. - Dla kogoś, kto wiele lat temu faktycznie odszedł od Kościoła, formalne odejście może być okazją do manifestowania negatywnych emocji lub też przekonań politycznych, z czym mieliśmy do czynienia np. podczas Strajku Kobiet w październiku - mówi ksiądz Adam Jaszcz.

Rzecznik dodaje, że nie zna "w archidiecezji lubelskiej przypadku, aby aktu apostazji dokonała osoba uczestnicząca regularnie we mszy świętej, spowiadająca się, przyjmująca komunię świętą, z powodu skandalu albo nawoływania jakiejś antykościelnej aktywistki". - Odchodzi formalnie jakaś reprezentacja tych, których faktycznie nie ma od dawna. I to z różnych przyczyn - ocenia ks. Jaszcz.

O tym, że odejść z Kościoła jest zdecydowanie więcej, może też świadczyć fakt, iż Katolicki Uniwersytet Lubelski zdecydował się przygotować specjalną publikację "Zanim odejdziesz...". To broszura skierowana do osób rozważających apostazję, która ma trafić do parafii w całej Polsce.

- To materiał do przemyśleń dla osób, które chcą dokonać aktu apostazji – mówi ksiądz profesor Przemysław Kantyka, dziekan Wydziału Teologii KUL. Jak dodaje, jest to również odpowiedź na wpływające na uczelnię pytania księży, w jaki sposób rozmawiać z osobami, które chcą formalnie wystąpić z Kościoła. Autorzy książki ostrzegają m.in. przed osobistymi konsekwencjami wystąpienia z Kościoła. "Jeśli wystąpisz z Kościoła katolickiego, Twój pogrzeb nie będzie pogrzebem katolickim, a więc żaden kapłan tego Kościoła nie będzie na nim obecny" - czytamy w broszurze.

Władza chce zaradzić. "Niekonstytucyjna przemoc religijna"

Kolejnym problemem Kościoła jest coraz mniejsza liczba uczniów uczęszczających na lekcje religii. O dane na ten temat jest również bardzo trudno, bo rzecznicy kurii odsyłają do kuratoriów, a kuratoria... do kurii.

O tym, że dzieci na religii jest coraz mniej - zwłaszcza w szkołach średnich - mówią za to dyrektorzy szkół. Na przykład w Krakowie w jednej ze szkół odsetek rezygnacji z lekcji religii wzrósł w ciągu ostatnich lat ponad sześciokrotnie. Obecnie na te lekcje nie chodzi blisko połowa krakowskich licealistów. Podobnie jest w Warszawie.

Władza chce zmienić niekorzystny dla Kościoła trend. Dlatego od nowego roku szkolnego obowiązywać będą dwie zasadnicze zmiany. Po pierwsze, nie będzie już obowiązku umieszczania lekcji religii na początku lub końcu planu zajęć. Po drugie, dziś religia i etyka to zajęcia nieobowiązkowe, a od września będzie to jeden z przedmiotów (wybrany przez ucznia) obowiązkowych. Można sobie wyobrazić, że dużej części szkół nie uda się zorganizować lekcji etyki (np. z powodu braku nauczycieli) i uczeń będzie zmuszony chodzić na religię. A kłopoty ze znalezieniem nauczycieli dyrektorzy szkół sygnalizują od lat.

- To niekonstytucyjna przemoc religijna i próba wymuszenia na rodzicach chodzenia przez dzieci na te zajęcia. Bo z góry wiadomo, że nie da się zorganizować lekcji etyki w każdej szkole w Polsce. Dziś etyka jest tylko w 11 procentach szkół - mówi Agata Diduszko-Zyglewska.

Zdaniem prof. Stanisława Obirka, odgórne podejmowanie takich decyzji spowoduje jeszcze mocniejsze odchodzenie od Kościoła. - Należę do pokolenia, które doskonale pamięta PRL i narzucane odgórnie programy edukacyjne. To wytwarzało wręcz automatycznie reakcję niechęci i bojkotowania, wypracowywania równoległych programów samokształceniowych. Minister Czarnek popełnia dokładnie ten sam błąd - mówi profesor. - Siłowe, odgórne narzucanie nacjonalistyczno-katolickiej ramy edukacyjnej może prowadzić do rosnącej niechęci wobec tego typu projektów edukacyjnych. I wcześniej czy później odbije się to czkawką rządzącym i Kościołowi - uważa profesor.

DOSTĘP PREMIUM