"Tajniacy zapytali, czy zetrę ten napis mordą, czy p..dą". Droga Jany Shostak do krzyku

Jana Shostak udziela wywiadów w mediach, spotyka się z politykami, organizuje akcje pomocowe w internecie dla Białorusinów. Nie ma czasu dla siebie ani bliskich, bo chce zdążyć zrobić dla swoich rodaków jak najwięcej, korzystając z zainteresowania tematem Białorusi. - Po porwaniu Ramana Pratasiewicza ja i osoby z mojego otoczenia zrozumieliśmy, że teraz nasza kolej, by działać, bo w Białorusi nie jest to możliwe - mówi nam polsko-białoruska aktywistka.
Zobacz wideo

Przed kamerami Jana Shostak występuje w biało-czerwono-białej sukience, którą - za darmo, w geście wsparcia - uszyła dla niej jedna z polskich firm. Jana poprosiła o to w sierpniu 2020 roku, gdy miała Kościołowi Szwecji, zainteresowanemu sprawami Białorusi, opowiedzieć o sytuacji po sfałszowanych przez Alaksandra Łukaszenkę wyborach prezydenckich. - Chciałam, żeby ta sukienka była symbolem. Za noszenie podobnej kobieta w Białorusi została aresztowana na 15 dni – mówi.

Shostak ma 28 lat i jest polsko-białoruską aktywistką, która próbuje przekonać Polaków do solidarności z Białorusin(k)ami. Sama jednak nie zawsze ją czuła. Był czas, kiedy wstydziła się swoich korzeni. - Urodziłam się w polskiej rodzinie w Grodnie, ale białoruskość przyszła do mnie dosyć późno, długo się jej wstydziłam. Jako młoda dziewczyna myślałam, że Białorusini nie potrafią być zjednoczeni, zbyt łatwo poddają się strachowi i są zaściankowi. Więc gdy tylko skończyłam szkołę, przeprowadziłam się do Krakowa, gdzie zaczęłam studia na Akademii Sztuk Pięknych. To było w lecie 2010 roku - wspomina.

Kilka miesięcy później Białoruś przypomniała jej o sobie. Gdy usłyszała, że po sfałszowanych wyborach prezydenckich organizowane są manifestacje, które brutalnie tłumi OMON, postanowiła pojechać do Mińska. Po raz pierwszy zetknęła się z grozą reżimu. - Dzień po manifestacji stałam na ulicy, czekając na znajomych. Napisałam na śniegu "Żywie Biełaruś" i od razu podeszli do mnie dwaj tajniacy. Zapytali, czy zetrę ten napis mordą, czy p..dą. To było dla mnie szokujące, bo przecież nic nie zrobiłam. Chcieli mnie zamknąć w areszcie, ale okazało się, że po manifestacjach nie było miejsc w celach. Powiedzieli: "Masz 15 sekund, żeby wypierdalać". Tak zrobiłam. Uświadomiłam sobie, jak bardzo ten reżim jest bezwzględny – mówi.

Już po powrocie do Krakowa słyszy o skazanych na śmierć dwóch Białorusinach, których reżim oskarżył o zorganizowanie zamachu bombowego w mińskim metrze. Według zachodnich obserwatorów, oskarżonym nie udowodniono winy, a ich przyznanie się do niej było wymuszone torturami. Jana była tym wstrząśnięta. Skrzyknęła znajomych i zrobiła z nimi happening na Rynku Głównym w Krakowie – uczestnicy mieli zasłonięte oczy i uszy, a związanymi rękami wyszywali biało-czerwono-białą flagę wolnej Białorusi. - Akcja nie spotkała się jednak z przychylnością części Białorusinów mieszkających w Krakowie. Nie chcieli w niej wziąć udziału, mówiąc, że to zbyt ryzykowne i niebezpieczne. Odmówili też zorganizowania ze mną marszu solidarności. Poddałam się, bo zobaczyłam, że to im niepotrzebne. Znów postanowiłam zapomnieć o swojej białoruskości i zająć się sobą - tłumaczy.

Przebudziła się dopiero po 9 latach, w 2020 roku, kiedy w Białorusi organizowane były kolejne wybory prezydenckie. Gdy jeden z kandydatów Siarhiej Cichanouski został aresztowany, zastąpiła go żona Swiatłana. - Zobaczyłam wtedy odwagę białoruskich kobiet, które zjednoczyły się wokół Swiatłany, by wprowadzić zmiany. Dołączyli mężczyźni i wszyscy wspólnie ruszyli w pokojowych manifestacjach. Uświadomiłam sobie, że Białorusin(k)i już się nie boją i chcą mieć wolność. Uwierzyłam, że tym razem może być inaczej. Pojechałam na wybory do Białorusi, żeby po raz pierwszy w życiu zagłosować. Poczułam, że jestem częścią tej zmiany. To był dla mnie punkt zwrotny, zmieniłam postrzeganie społeczeństwa białoruskiego. Widziałam, z jaką szczerością Cichanouska robi politykę, która zrodziła się z miłości. Z miłości do męża. Nie wiemy jeszcze, co te protesty dały, dowiemy się dopiero, jak rewolucja się skończy. Na pewno marsze pokojowe były potrzebne, bo dały nadzieję i zaczęły budować nową białoruską świadomość – ocenia Jana.

Po sfałszowanych wyborach w 2020 roku nie chciała zostać w Białorusi, znów wróciła do Polski. - Wiedziałam, że tutaj bardziej mogę pomagać Białorusinom. Poza tym moi rodzice, gdy tu jestem, są spokojniejsi. Także dlatego że nie wiedzą, co tutaj robię. Ze względów bezpieczeństwa nie mówię im o tym, w ogóle nie utrzymujemy kontaktu. Jest mi z tym ciężko. Świadomość, że nie mogę wrócić do domu czasem powoduje we mnie frustrację – mówi.

W Białorusi była Polką, a w Polsce jest Białorusinką. Sama o sobie mówi: "obywatelka świata z polsko-białoruskimi korzeniami". - Uważam, że identyfikacje narodowe spowodowały wiele zła w XX wieku, doprowadzały do wojen. Dlatego też walczyłam o uchodźców. Zaproponowałam, by ich tak nie nazywać, bo w wielu ludziach to określenie budzi wrogość. Zamiast niego mówmy: nowacy i nowaczki. Wszyscy nimi jesteśmy, bo nawet jeśli ktoś nie chciał lub nie był zmuszony zmienić kraju, to nie znaczy, że nie zrobił tego jego przodek. Dziś każdy powinien mieć prawo wybierać sobie miejsce do życia, jakie chce – przekonuje Jana Shostak.

Odsyłanie do Rosji Białorusinów, z którymi się nie zgadzamy

- Nie znam osobiście Jany, ale obserwuję jej działania i to mnie trochę ośmiela. Do tej pory starałam się nie wchodzić na tematy białoruskie w rozmowach z Polakami spoza kręgu moich bliskich znajomych. Bo to trochę ryzykowne. Sporo jest takich, którzy jak się z nimi nie zgadzasz, grzecznie (przynajmniej w ich mniemaniu) cię pouczają, a jak nie robisz się wtedy potulny, to wskazują na Rosję, sugerując, że jeśli ci się tutaj nie podoba, tam znajdziesz lepsze miejsce do życia. Nie rozumiem, dlaczego akurat Rosja, ja nawet nigdy w niej nie byłam – mówi Lenka Novik.

Mieszka w Krakowie od 24 lat, czyli niemal całe swoje życie. Gdy miała dwa lata, rodzice postanowili przenieść się do Polski i tutaj już zostali. Lenka czuje się Polką z białoruskimi korzeniami. Jak mówi, niekiedy te korzenie stają się dla niej kłopotliwe w dyskusjach, bo dla niektórych Polaków są argumentem za tym, że ona nigdy nie będzie Polką. - Ostatnio się ośmieliłam i nawet napisałam pod jakimś tekstem na Facebooku, że słowa Terleckiego o Swiatłanie Cichanouskiej to wstyd. Szybko dowiedziałam się, że ja się tu nie przyjmę i lepiej, bym wracała na Wschód – ubolewa.

Chodzi o post, który wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki napisał po spotkaniu Swiatłany Cichanouskiej z Rafałem Trzaskowskim: "Jeżeli Cichanouska chce reklamować antydemokratyczną opozycję w Polsce i występować na mityngu Trzaskowskiego, to niech szuka pomocy w Moskwie, a my popierajmy taką białoruską opozycję, która nie staje po stronie naszych przeciwników". Wpis wywołał oburzenie, ale wiele osób poszło tropem wskazanym przez Terleckiego i zaczęło krytykować liderkę białoruskiej opozycji.

- Myślę, że Terlecki należy do pokolenia polityków, które musi odejść od władzy. Nie tylko w Polsce, ale w wielu miejscach na świecie. Musi przyjść pokolenie zmiany, żeby zmienił się język. Mówienie o kobietach, uchodźcach z krajów zdławionych przez reżimy, o osobach LGBT+. Chodzi o taki język, w którym ktoś, kto nie dominuje w społeczeństwie, nie będzie traktowany z wyższością i odsyłany nie wiadomo dokąd. Język, w którym ktoś taki będzie miał zagwarantowane równość, szacunek i wolność. O tym są dzisiejsze rewolucje. Kulturowa w Polsce i polityczna w Białorusi – ocenia Lenka.

Pomnik w czasie krzyku

23 maja samolot linii Rynair został zmuszony do lądowania w Mińsku przez funkcjonariuszy białoruskiego reżimu. Z pokładu samolotu wyprowadzono Ramana Pratasiewicza, aktywistę politycznego i współtwórcę kanału NEXTA. Dzień później przed ambasadą Białorusi w Warszawie Robert Biedroń zorganizował konferencję prasową, na której towarzyszyli mu białoruscy aktywiści. Była wśród nich kobieta z długim warkoczem i w biało-czerwono-białej sukience, która zamiast minuty ciszy, dała minutę krzyku. - Ten krzyk był o potrzebie solidarności z więźniami politycznymi w Białorusi – wyjaśnia Jana Shostak.

Pierwszy raz krzyczała we wrześniu 2020 roku, kiedy w Białorusi dogasały już manifestacje po sfałszowanych wyborach prezydenckich. Jej krzyk był wtedy apelem do zachodnich polityków o zaostrzenie sankcji ekonomicznych wobec reżimu. - Postanowiłam wtedy wykrzyczeć niemoc, kończąc z milczeniem, w którym żyłam 27 lat - mówi.

Dostała wówczas prośbę od Kościoła Szwecji, który był zainteresowany sprawami Białorusi, by zrelacjonowała wydarzenia w kraju jej urodzenia, bo była ich świadkiem. Miała nagrać 3-minutowy filmik, ale nie umiała w tak krótkim czasie opisać wszystkiego, co tam się działo, więc przez 2 minuty powiedziała, co mogła, a później zaczęła krzyczeć. Była wtedy na wsi u znajomych przy potrójnej granicy: Polski, Litwy i Białorusi. Właśnie stamtąd jej krzyk popłynął do Szwecji.

- A potem się dowiedziałam, że Zachód objął sankcjami tylko kilkudziesięciu ludzi reżimu, nawet nie wszyscy ważni dostali zakaz wjazdu do UE. Po powrocie do Warszawy poszłam więc przed budynek Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej i krzyczałam. Robiłam to każdego dnia przez miesiąc. Widząc to, dołączali do mnie Polacy, co mnie na początku dziwiło. Wiedziałam, po co ja krzyczę, ale dlaczego oni? Pewien Bartek powiedział, że krzyczy, bo chce być solidarny z Białorusinami i musi być częścią historii, która tworzy się "tu i teraz" - wspomina.

Po miesiącu krzyk ustał. Temat Białorusi przycichł w polskich mediach, ludzie zapomnieli o rozgrywających się za wschodnią granicą dramatach, a Jana zaczęła pomagać w załatwianiu formalności w urzędach Białorusinom, którzy zostali zmuszeni do ucieczki ze swojego kraju. - Spotkałam wtedy cztery osoby, które były tam torturowane. Jedna z nich pokazała mi zdjęcia złamanego kręgosłupa. Musiałam pomóc – mówi.

Do krzyku wróciła dzień po porwaniu samolotu. - Wiedziałam, że fala zainteresowania problemami Białorusinów znów minie, dlatego chciałam ten czas wykorzystać. Postanowiłam stworzyć pomnik dla Białorusi. Pomnik, który jest w czasie, codziennie od godz. 18.00 do 18.01. Jak już wszystko ucichnie, chciałabym, żeby Polacy patrząc na zegarek, wspomnieli o Białorusi i zadali sobie pytanie, czy pomogli w jakichś sposób ludziom stamtąd uciekającym - przekonuje.

Krzyk dla Białorusi wybuchł w stolicy Polski, ale szybko podchwyciły go inne miasta, np. Toruń, Poznań, Białystok. Rozbrzmiał też w Strasburgu, gdzie w Parlamencie Europejskim aktor Bartosz Bielenia wygłosił przemówienie o sytuacji w Białorusi, kończąc je krzykiem.

- Każdy może dołączyć do tej akcji, nagrywając swój krzyk, wrzucając go do sieci z hasztagiem: #globalscream. Po to, by Białorusin(k)i mogli te nagrania znajdywać i zobaczyć, że ktoś krzyczy w ich imieniu, bo sami nie mogą. Wiem, że są bardzo wdzięczni za to wsparcie – tłumaczy Jana Shostak.

Polak pomaga z poczuciem wyższości

Choć Vasilii Tyminko żyje w Polsce od 11 lat, skończył informatykę, pracuje w branży IT i świetnie sobie radzi w Polsce, twierdzi, że dalej spotyka się ze stereotypem Białorusina, który jest ubogim krewnym Polaka. - Białorusin to trochę taki chłop z bazarku. Skoro przyjechał ze Wschodu, to zawsze będzie na dorobku. Trochę mnie to niecierpliwi, bo to upokarzające. Kiedyś rozmawiałem w pociągu przez telefon i facet naprzeciwko mnie słyszał, że mówię z akcentem. Potem zapytał, kiedy tu przyjechałem i czy znalazłem już pracę. Stwierdził: "Na pewno nie jest ci lekko, ale zarobisz tutaj trochę grosza, u was to starczy na zbytki". Pewnie chciał być miły, ale tak nie wyszło – opowiada 30-latek.

Jak dodaje, Polacy są chętni do pomagania obcokrajowcom, ale robią to z poczuciem wyższości. - Zauważyłem to zaraz po przyjeździe do Polski. Musiałem wtedy załatwić sporo formalności, a w Polsce naprawdę trudno to zrobić samodzielnie, zwłaszcza jak się jest cudzoziemcem, bo w urzędach panuje chaos. Czułem, że każdy w urzędzie wymagał ode mnie całkowitej potulności. Obcokrajowiec nie ma prawa do swoich emocji, do poczucia godności, musi wysłuchiwać: "Jak pan tu trochę pomieszka, to zrozumie, o co mi chodzi. Na razie proszę mnie słuchać i nie zadawać zbędnych pytań" - mówi Tyminko.

Dekolt dla Białorusi

"Dlaczego nie mam wrażenia, że naprawdę chodzi jej o Białoruś?" - zapytała na Twitterze posłanka Nowej Lewicy Anna Maria Żukowska, dołączając kadr z konferencji prasowej, na której Jana Shostak krzyczała na znak solidarności z represjonowanymi Białorusinami. Aktywistka miała na sobie sukienkę z głębokim dekoltem i była bez stanika. Po wpisie Żukowskiej w sieci zawrzało. Polityczce zarzucano seksizm i niezrozumienie lewicowych idei.

- Ciekawe, jaki obraz Polski wyłania się z tej afery dekoltowej. Bo czy duża inba o piersi mogłaby ruszyć w kraju Europy Zachodniej? Myślę, że Polska wyróżniła się kreatywnością i poziomem absurdu. W walce o prawa kobiet cały czas stoimy w miejscu jak w komputerowej grze Mario Bros. Gdy już się wydaje, że wiele z nich zostało wywalczonych i pewnych rzeczy o kobietach nie wypada już nawet powiedzieć, nagle posłanka lewicy wrzuca swój post – zauważa Jana.

Nie czytała przykrych dla niej komentarzy w internecie, tylko od razu postanowiła przekuć tę wrzawę w akcję Dekolt Dla Białorusi. - Pomyślałam, że skoro dekolt tak wiele uwagi przyciąga, to dlaczego by go nie wykorzystać jako platformy dla ważnych haseł. Ja i inne kobiety, które udało mi się do tej akcji namówić, umieściłyśmy na dekoltach nazwy 16 polskich firm, które robią interesy z białoruskim reżimem. Potem dorzuciłyśmy do nich 12 międzynarodowych korporacji, które też współpracują z machiną Łukaszenki. Chcę tą akcją budować świadomość konsumencką, żebyśmy zaczęli zastanawiać się, co kupujemy i jak to wpływa na świat – tłumaczy aktywistka.

Jana ze znajomymi robią też kalendarz ze zdjęciami kobiet, które wzięły udział w akcji Dekolt dla Białorusi. - Przed nami pierwsza rocznica wybuchu białoruskiej nadziei na wolność, dlatego szykujemy ten kalendarz. Sprzedając go, będziemy zbierać pieniądze dla rodzin ofiar reżimu - mówi.

Po akcjach Minuty Krzyku i Dekoltu dla Białorusi Jana chce wymyślać kolejne, żeby podtrzymać zainteresowanie sprawami swoich rodaków. Przygotowuje białoruską wersję Hot16Challenge, której celem będzie zbiórka pieniędzy na rodziny białoruskich więźniów politycznych. - Artyści będą śpiewać swoje utwory po białorusku, dlatego to też gest wsparcia dla białoruskiej kultury, która jest bardzo marginalna i zapomniana. Chcę, żeby sami Białorusini przypomnieli sobie o języku białoruskim, bo tylko kilka procent z nich go używa – wyjaśnia Shostak.

"Polacy doładowują ego, patrząc na Białoruś"

- Celem rewolucji w Białorusi jest wolność, ale też przeskok tego kraju na stronę Zachodu. Mam tylko nadzieję, że gdy to już nam się uda, nie wpadniemy w poczucie wyższości, jakie mają inne społeczeństwa zdominowane kiedyś przez Rosję, a teraz cieszące się zachodnią swobodą. Polska też w to wpadła. Czuje się chyba trochę gorsza niż Francja czy Hiszpania, więc doładowuje ego, patrząc na Białoruś czy Ukrainę. Jak znajdujesz się na Zachodzie, z automatu wiesz lepiej i musisz tym ze Wschodu wszystko wyjaśniać oraz ich pouczać – mówi Anna Chenskaya, 35-letnia tłumaczka z angielskiego.

W Polsce żyje od 14 lat i już nie chciałaby się stąd wyprowadzać, bo to jej miejsce. Ceni Polaków za to, że wykorzystali szansę na rozwój, a teraz dają ją przybywającym tutaj obcokrajowcom. - Na przyszłość Polski patrzę chyba bardziej optymistycznie niż Polacy. Wy widzicie ostatnie sześć lat, rankingi wolności, w których Polska zjeżdża na łeb, na szyję, i myślicie, że tak już zostanie. A mnie się wydaje, że tak w Polsce, jak i w Ukrainie idzie nowe pokolenie, którego nie da się już powstrzymać. Wolne od tego poczucia wyższości, które wynika z zachłyśnięcia się Zachodem – twierdzi Anna.

"To państwo nie jest nawet z kartonu, tylko z papieru"

11 czerwca, gdy w Senacie trwała debata o działaniach polskiego rządu w sprawie sytuacji w Białorusi, siedząca na galerii Jana Shostak nie wytrzymała i zabrała głos. Wicemarszałek Senatu Mariusz Kamiński zwrócił jej uwagę, że zrobiła to w sposób pozaregulaminowy. - Zaprosili mnie tam chyba jako białego misia. Myśleli, że jak przyjdzie dziewczyna-symbol z długim warkoczem i w biało-czerwono-białej sukience, to ładnie tam pobędzie, wszyscy porobią sobie z nią zdjęcia i na tym się skończy. A ja przecież nie o to walczę! Jakieś 15 minut przed posiedzeniem Senatu okazało się, że jednak nie dostanę głosu, więc postanowiłam sama go zabrać. Usłyszałam, że naruszyłam porządek obrad, a przecież porządek jest po to, by go naruszać. Zwłaszcza w takiej sprawie - mówi.

Pytała, czy rząd ma zamiar nałożyć sankcje na firmy współpracujące z białoruskim reżimem i dlaczego nadal nie ma punktu informacyjnego dla osób zmuszonych do ucieczki z Białorusi. - Teraz jest tak, że te osoby nie wiedzą, jak i gdzie składać dokumenty. Pomaganiem w takich sytuacjach nie zajmuje się państwo, tylko ja i grupy pomocowe z Internetu. Gdy Białorusin/-ka ląduje na terenie Polski, zupełnie się gubi i nie wie, co dalej. Czasem spędza na lotnisku noc i muszę dzwonić do Straży Granicznej, prosić grzecznie lub nie o to, żeby mu/jej pomogła i zatelefonowała, gdzie trzeba. Brakuje rozporządzeń, które by regulowały, kto za co odpowiada. To są takie drobne rzeczy, ale na ich przykładzie widać, że to państwo nie jest nawet z kartonu, tylko z rolki papieru toaletowego - dodaje.

Jana udziela wywiadów w mediach, spotyka się z politykami, organizuje akcje pomocowe w Internecie. Nie ma czasu dla siebie ani bliskich, bo chce zdążyć zrobić dla swoich rodaków jak najwięcej, korzystając z zainteresowania tematem Białorusi. - Po porwaniu Ramana Pratasiewicza ja i osoby z mojego otoczenia zrozumieliśmy, że teraz nasza kolej, by działać, bo w Białorusi nie jest to możliwe. Trzeba pytać polskich polityków: "No dobra, mieliście prawie rok i co w tym czasie zrobiliście dla Białorusi?". Wydaje mi się, że działają głównie oddolne inicjatywy, a nie politycy – przekonuje.

Dopóki tak jest, nawołuje też zwykłych ludzi do wsparcia Białorusinów uciekających przed reżimem. - Aby to zrobić, nie trzeba mieć wielu pieniędzy, wystarczy poświęcić swój czas i np. pomóc przybywającym tu Białorusinom w nauce polskiego. Osoby, które chciałyby to zrobić, mogą zwrócić się do mnie w mediach społecznościowych, a ja je przekieruje do grupy Partyzanka, która ma Ministerstwo Języka Polskiego. Idea jest taka, że Polak lub Polka, którzy chcą pomagać w nauce języka, otrzymuje pakiet wiedzy, jak to robić. Partyzanka dba, by dopasowywać osoby pod względem zawodu i zainteresowań – mówi Jana Shostak. I przypomina, że Polacy już nieraz w historii byli nowakami i nowaczkami uciekającymi ze swojego kraju przed wojną lub reżimem. Potrzebowali wtedy takiego samego wsparcia, na jakie czekają teraz Białorusini.

Czy czuje się częścią pokolenia zmiany? - Jak te zmiany się dokonają, to dopiero się okaże, czy jest takie pokolenie. Na razie pozostaję w tym tornado zmian i robię, co mogę, żeby ludzie mogli być sobą. Jesteś nowakiem czy nowaczką z innego kraju, to okej. Ale jeśli jesteś lokalsem i nie chcesz zmieniać miejsca zamieszkania, to też okej. Okej, gdy jesteś hetero, bi lub homo. Okej, gdy jesteś niewierzący i okej, gdy chodzisz do kościoła. Jesteś kobietą, mężczyzną, czy musisz zmienić płeć? Okej. Okej, jeśli lubisz zakładać stanik, ale jak nie, to też okej. Jeżeli tylko twoje wybory nie zagrażają innym, to po prostu okej. To jest dopiero demokracja – puentuje Jana Shostak.

DOSTĘP PREMIUM