"Pani pójdzie i sołtysa poszuka". Psie "przerzuty" i ogromna dziura w opiece nad bezdomnymi zwierzętami

Karolina Wiśniewska
Każdy kto znajdzie porzucone zwierzę, ma ustawowy obowiązek zareagować. Jak? Gdzie? Schronisko nie odbiera. Policja przerzuca sprawę na sołtysa albo każe "czekać do poniedziałku". A co jeśli "do poniedziałku" psa przejedzie jakiś samochód? System opieki nad bezdomnymi zwierzętami w Polsce jest dziurawy jak sito.
Zobacz wideo

Jedziemy drogą wzdłuż niewielkiej miejscowości, gdy nagle - zza krzaka - na ulicę wybiega pies. Siada sobie przy drodze i patrzy, jak nasze auto zbliża się ku niemu. Zatrzymujemy się, wysiadamy, rozglądamy wokół, ale nie widzimy nikogo, kogo moglibyśmy uznać za właściciela tego oto czworonożnego wędrowca. Ten uważnie mierzy nas wzrokiem, ale cofa się - kiedy próbujemy podejść. Co zrobić?

Każdy z nas może znaleźć się w podobnej sytuacji. Zwłaszcza teraz - w okresie wakacyjnym, kiedy z jednej strony częściej podróżujemy po kraju, a z drugiej - więcej psów traci swoje domy. W mediach społecznościowych już zauważyć można wpisy o tym, że gdzieś komuś na działkę "przybłąkał się pies". "Wygląda na przyjaznego, obroży brak. Czy nikt go nie szuka?" - ktoś pyta. Najczęściej niestety odzewu brak.

Jak pomóc zwierzakowi znaleźć dom albo przynajmniej sprawić, by znalazł się w bezpiecznym miejscu?

"Pani pójdzie i poszuka sołtysa"

Zgodnie z ustawą o ochronie zwierząt każda osoba, która napotka porzuconego psa lub kota, "ma obowiązek powiadomić o tym najbliższe schronisko dla zwierząt, straż gminną lub Policję" (art. 9a.). Kiedy się czyta ten przepis, sprawa wydaje się prosta. Widzimy psa, dzwonimy po służby, patrol przyjeżdża, zwierzę trafia w bezpieczne miejsce.

W praktyce jest niestety zupełnie inaczej.

Aby się o tym przekonać, wystarczy prosty "eksperyment". Zadzwoniliśmy do trzech wybranych losowo komisariatów policji na Mazowszu - w Mrozach, Wyszkowie i Węgrowie. Wszędzie powiedzieliśmy, że znaleźliśmy porzuconego psa, jesteśmy w miejscowości "X" i zapytaliśmy, co mamy z nim zrobić, gdzie szukać pomocy.

W Mrozach oficer dyżurny odesłał nas do urzędu gminy. Był weekend. W urzędzie nikt nie odbierał telefonu. Dopytywany, co wtedy - odparł, że sprawa "musi poczekać do poniedziałku". Na komentarz, że "do poniedziałku psa może przejechać samochód", mundurowy powiedział krótko: "nie ma innej możliwości".

Na komisariacie w Wyszkowie otrzymaliśmy numer do schroniska, które miało obsługiwać daną gminę. Pod podanym numerem nikt się nie zgłaszał (próbowaliśmy trzy razy). W Węgrowie zaś oficer dyżurny zalecił nam… poszukiwanie sołtysa. - Niech pani wejdzie do pierwszego lepszego domu. Tam panią pokierują - poradził, po czym dodał, że to sołtys jest "władny administracyjnie" do tego, by zadziałać i powiadomić wójta.

- Bzdura - komentuje krótko Grzegorz Bielawski z Pogotowia dla Zwierząt. - Zgłoszenie porzuconego zwierzęcia to jest nasz obowiązek. Ustawowy. I co robi policja, jak to zgłaszamy? Nic. A co powinna zrobić? Wysłać tam patrol - mówi.

Nie ma jednak złudzeń, że teoria dalece odbiega od praktyki, i to nie tylko w trzech wybranych przez nas gminach. Przekonuje, że w zasadzie gdziekolwiek byśmy nie zadzwonili - reakcja byłaby taka sama. Klasyczna spychologia. Z policji na sołtysa, z sołtysa na wójta albo na hycla, który w danej gminie zajmuje się odławianiem bezdomnych zwierząt. Hycel na wezwanie "zwykłego Kowalskiego" też nie przyjedzie, bo powie, że musi mieć zlecenie od gminy.

Znalezienie pomocy dla porzuconego psa, zwłaszcza w weekend, kiedy urzędy nie pracują, często graniczy z cudem. W efekcie zwierzaki trafiają do organizacji pozarządowych, które de facto wyręczają gminy. Bo zgodnie z prawem to właśnie gmina ma obowiązek wyłapywania bezdomnych zwierząt na swoim obszarze i zapewnienia im opieki.

W praktyce mają się tym zajmować podmioty prowadzące schroniska czy przytuliska. Gminy wybierają je w przetargach, a za ich "usługi" płacą konkretne pieniądze. Zatem każdy pies to dla gminy wydatek, bo trzeba go zabrać, wykastrować, zapewnić leczenie, jedzenie, opiekę. Najlepiej więc, żeby takiego psa nie było, żeby zniknął… Dlatego urzędnicy dwoją się i troją, by zwierzę nie tyle znalazło bezpieczne schronienie, co przebiegło do innej gminy. Bo wtedy problem będzie miał ktoś inny.

- Niestety wciąż panuje przekonanie, że to tylko pies, a nam wszystkim, którzy chcą mu pomóc, to się w głowach poprzewracało albo nie mamy zajęcia - mówi Bielawski. - Jeśli w poniedziałek zadzwoniłaby pani do gminy i powiedziała, że na ich terenie znalazła psa, ale wzięła go ze sobą do Warszawy, bo nie mogła się do nikogo dodzwonić, to obstawiam, że powiedzieliby pani, że w takiej sytuacji to już jest pani pies i pewnie bardzo by się z tego ucieszyli - kwituje Bielawski.

Psie przerzuty

Rzeczywiście wiele osób w takiej sytuacji decyduje się przywieźć psa ze sobą, na przykład do Warszawy. Jeśli mają możliwości - zatrzymują go albo na stałe, albo do momentu znalezienia nowego domu. Zdarza się też jednak, że takie psiaki zwyczajnie wypuszczane są na ulicę - w nadziei, że złapie je straż miejska i zostaną odtransportowane do Schroniska Na Paluchu. W psiarskim żargonie takie zwierzaki określa się mianem "przerzutów", bo ktoś "przerzuca" je z jednego miejsca w drugie.

Zwierzęta te - wrzucone w miejski gwar - są przerażone. Czasem jeszcze brudne i śmierdzące. Siedzą w krzakach albo biegają nerwowo. Boją się podejść do człowieka. Ich złapanie wcale nie jest proste.

Niektórzy "przerzucają" zwierzęta zupełnie nieświadomie. Nie znają po prostu innej drogi - nie wiedzą, że w pierwszej kolejności powinni kontaktować się z lokalną policją czy gminą, w której znaleźli tego psa. Inni jednak dość dobrze orientują się w tych wszystkich zawiłościach. Wiedzą, że na przykład pies z gminy "X" prawdopodobnie trafi do schroniska, które cieszy się złą sławą, więc wolą zorganizować wszystko tak, by trafił do stolicy - w przekonaniu, że w ten sposób jego i tak niełatwe życie będzie choć odrobinę lepsze.

Warszawski Paluch jest schroniskiem miejskim, finansowanym z budżetu miasta, dedykowanym opiece nad bezdomnymi zwierzętami z Warszawy i kilku okolicznych gmin, z którymi ma podpisane umowy. Jednak pracownicy placówki zdają sobie sprawę, że część ich podopiecznych to "przerzuty". - Rzeczywiście podejrzewamy, że zwierzęta, które mamy u siebie, są nie tylko z Warszawy i okolic, ale z całej Polski - mówi nam Magda Migdał, zastępczyni kierownika Biura Adopcji w Schronisku Na Paluchu.

Podkreśla, że pewności ani żadnych dowodów nigdy nie ma. - Nie mamy zespołu śledczego, który dochodziłby takich spraw. Nie ma też na to czasu. Jeśli straż miejska albo ktoś inny przywiezie nam zwierzę i powie, że znalazł je w Warszawie, naszym zadaniem jest się tym zwierzęciem zaopiekować i to robimy - informuje przedstawicielka Palucha. Kto płaci za opiekę nad takimi przerzuconymi zwierzętami? Gmina, do której trafiły.

Miejski gwar

Skąd w ogóle wiadomo, że dany jest pies jest z Warszawy, a inny nie? - Po niektórych zwierzakach widać od razu, że to nie jest miejski pies, który komuś po prostu uciekł. Zwierzęta przerzucane są często zdziczałe, niezsocjalizowane i w złym stanie fizycznym - odpowiada nasza rozmówczyni.

Dopytywana, czy łatwo im znaleźć dom - przyznaje, że często niestety nie. - Wiele z nich trafia pod opiekę naszych behawiorystek na tak zwane Żółte Boksy. Boją się człowieka, nie są w stanie chodzić na smyczy. Ta socjalizacja trwa niekiedy bardzo długo. Poza tym te psy często muszą zamieszkać poza miastem, w spokojnej okolicy, a my jesteśmy schroniskiem miejskim i większość osób, które nas odwiedza, mieszka w blokach. A taki pies do bloku nie wejdzie - mówi Magda Migdał.

Przyznaje, że psów na Żółtych Boksach przybywa, a jednocześnie coraz trudniej znajdować kolejne osoby, które nie dość że nie mieszkają w mieście, to jeszcze są gotowe na to, by wziąć psa, który do nich nie podejdzie, nie da się głaskać i nie będzie się z nimi bawił. Wiele osób oczekuje od zwierzaka czegoś zupełnie innego.

- Nasze schronisko naprawdę nie jest dla takich "przerzucanych" zwierząt ratunkiem. Jeśli ktoś chce uratować psa, który na przykład błąka się po terenach wiejskich, to wyjściem jest szukanie jakiegoś domu tymczasowego, który przede wszystkim nie będzie w mieście i będzie gotów oswajać go z człowiekiem. Przerzucenie go do schroniska, jeszcze takiego jak nasze, nie jest rozwiązaniem - przekonuje Magda Migdał. - Mamy dużo osób: pracowników i wolontariuszy. Kiedy ktoś przechodzi z psem, inne od razu zaczynają szczekać. Jest bardzo głośno. Dla zwierzęcia, które nigdy nie przebywało w większym skupisku psów czy ludzi, to jest zawsze ogromna trauma. Takie czworonogi niestety często utykają u nas na bardzo długi czas - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM