Kurczą się szeregi strażaków z OSP. "Wsie się wyludniają, to duży problem"

Każdy z ochotników jest gdzieś zatrudniony i ma rodzinę, ale gdy wyje syrena, porzuca swoje obowiązki, biegnie do remizy i wsiada do wozu strażackiego, by nieść pomoc innym. - Podejmujemy działania ratowniczo-gaśnicze. W ostatnich latach głównie ratownicze, bo tych nawałnic jest coraz więcej ze względu na zmiany klimatu - mówił w TOK FM Cezary Olejniczak z OSP Stary Waliszew.
Zobacz wideo

W ostatnich dniach nad Polską co i rusz przechodzą nawałnice. Słyszymy o powalonych drzewach czy zalanych budynkach, z których trzeba odpompować wodę. Strażacy mają pełne ręce roboty - nie tylko zawodowi. W usuwaniu skutków burz bierze udział także wielu strażaków-ochotników. Jeden z nich - Cezary Olejniczak z OSP Stary Waliszew - opowiedział w TOK FM o realiach swojej pracy.

- W nocy ze środy na czwartek przeszła nawałnica nad naszą gminą Bielawy. Nie było prądu, więc syreny nie działały. Sami spontanicznie zebraliśmy się i wyjechaliśmy, przede wszystkim po to, by usunąć powalone drzewa, które blokowały drogi i zerwały linie wysokiego napięcia - mówił.

Jak dodał, każdy z ochotników jest gdzieś zatrudniony i ma rodzinę, ale gdy wyje syrena, porzuca swoje obowiązki, biegnie do remizy i wsiada do wozu strażackiego, by nieść pomoc innym. - Podejmujemy działania ratowniczo-gaśnicze. W ostatnich latach głównie ratownicze, bo tych nawałnic jest coraz więcej ze względu na zmiany klimatu - ocenił.

>> Czytaj także: Koniec Ochotniczej Straży Pożarnej. MSWiA chce zabrać im nazwę, mundury i szkolenia

Chęć niesienia pomocy dziedziczona z pokolenia na pokolenie

Jak zauważył, strażacy-ochotnicy wspierają zawodowych, których jest za mało. - U nas Państwowa Straż Pożarna jest w stanie wystawić do akcji tylko 2-3 zastępy, nie może wszystkiego zabezpieczyć w powiecie. W Polsce tak jest stworzony system, że bez ochotników nie byłoby dobrej ochrony przeciwpożarowej i ratowniczej - wyjaśnił.

Stwierdził jednak, że ochotników jest coraz mniej, bo wsie się wyludniają. - Nas uprawnionych do udziału w akcjach jest 14-15 osób. Ochotników jest coraz mniej, bo wsie się wyludniają. Ludzie wyjeżdżają ze wsi, bo gospodarstwa są niedochodowe, więc mieszkańcy wsi szukają pracy w miastach, a rodzinne miejscowości ewentualnie traktują jak sypialnie. Więc to duży problem - zwrócił uwagę. 

Jak dodał, ochotnicy nie pracują dla pieniędzy, bo nie dostają pensji, tylko ekwiwalent za akcje, który wypłacają im samorządy. - Te pieniądze nie rekompensują tego, że ochotnicy na dźwięk syreny porzucają swoje rodziny i prace, biegną do remizy i jadą do akcji. Te ekwiwalenty w większości jednostek są przeznaczane na zakup sprzętu i umundurowania. Działamy pro publico bono - powiedział.

Zauważył również, że chęć niesienia pomocy jest u ochotników przekazywana z pokolenia na pokolenia. W mniejszych miejscowościach jest tak, że młody wstępuje do OSP, bo zrobił to jego ojciec i dziadek. - Ta świadomość, że dzięki nam ci ludzie nie są pozostawieni sami sobie, że można sobie nawzajem pomagać, jest dla nas budująca - zakończył gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM