"Dzieci były karane za objawy choroby". Dziennikarz o oddziale leczenia dziecięcych nerwic w Garwolinie

Na oddziale leczenia nerwic w szpitalu w Garwolinie funkcjonował system kar przypominający tortury? Tak wynika z reportażu, który opublikował serwis Onet. Janusz Schwertner, autor, opisywał, że pielęgniarka wręcza dziecku piżamkę, gdy popełni ono jakiś błąd albo po prostu ma objawy chorobowe. Tak zaczyna się kara.

Portal Onet opublikował reportaż "Piżamki" o oddziale leczenia nerwic w szpitalu w Garwolinie pod Warszawą, gdzie - według informacji autora tekstu - funkcjonował system kar przypominający tortury. Dzieci karane były w nim nawet nie za przewinienia, co za objawy swoich chorób psychicznych. Autor na antenie TOK FM opisywał, że piżamkę wręcza dziecku pielęgniarka, gdy ono popełni jakiś błąd albo po prostu ma objawy chorobowe. 

- Gdy np. dziecko dokona samookaleczenia, pielęgniarki przychodzą do jego pokoju, zabierają wszystkie ubrania, zostawiają je w samej bieliźnie i wręczają piżamkę. Od tej pory dziecko, czasem przez wiele tygodni, nie może chodzić w żadnym innym ubraniu. Śpi i chodzi w tej samej brudnej i przepoconej piżamce - tłumaczył w TOK FM dziennikarz.  - Równocześnie ma zakaz wychodzenia z budynku, co wydaje się sprzeczne z prawem, bo nie może chodzić do szkoły przyszpitalnej - dodawał.

Jak przekonywał w TOK FM autor reportażu, "tamtejsze piżamki przypominają te więzienne, w niebieskie pasy". - Budzą też skojarzenia najgorsze z możliwych, bo są podobne do tych, które nosi bohater filmu "Chłopiec w pasiastej piżamie" (więzień obozu koncentracyjnego) - mówił dziennikarz.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Do placówki trafiają dzieci i nastolatki z depresją, myślami samobójczymi i zaburzeniami osobowości. Jak tłumaczył Schwertner, lekarze widzący skierowanie dzieci do Garwolina, próbują przekonać rodziców, by nie wysyłali tam swoich pociech. - To na mnie zrobiło wrażenie, bo mówimy o systemie, w którym brakuje miejsc, lekarzy, a nagle usłyszałem o placówce, do której sami lekarze nie chcą dzieci kierować - stwierdził.

Dodał, że tym oddziałem od 40 lat zarządza ta sama lekarka. - Pani Genowefa, gdy zaczynała w latach 80., stosowanie takich kar wobec dzieci było na porządku dziennym. Teraz zachodzę w głowę, jakim cudem to się dzieje w 2020 roku. Trudno mi zrozumieć, dlaczego personel podporządkowuje się tym praktykom - mówił dziennikarz.

DOSTĘP PREMIUM