Pani Patrycja urodziła chore dziecko. Od pół roku nie może dostać pieniędzy z programu "Za życiem"

Pani Patrycja pół roku temu urodziła ciężko chore dziecko, z nieodwracalnymi wadami. Zgodnie z przepisami, ma prawo wystąpić o świadczenie w wysokości 4 tysięcy złotych. Nie kryje, że bała się, czy nie będzie to "droga przez mękę". Niestety, obawy okazały się słuszne.
Zobacz wideo

Patrycja Malesza-Woźniak jest prawniczką i mamą półrocznego Kazia. Gdy była w 19. tygodniu ciąży, w trakcie rutynowego USG, okazało się, że dziecko urodzi się z ciężką nieodwracalną wadą mózgu. Bez szans na wyleczenie. Lekarze nie potrafili powiedzieć, jak maluch będzie się rozwijał, czy choć w części się usamodzielni.

Pani Patrycja przyznaje, że zastanawiała się nad aborcją (wtedy jeszcze byłoby to możliwe), ale oboje z mężem zdecydowali, że tego nie zrobią. - Nie jest tak, że od razu była myśl, żeby przerwać ciążę, ale rzeczywiście takie myśli się pojawiały - tłumaczy. - Ja miałam wybór i uważam, że każda kobieta powinna móc wybrać, co chce zrobić - podkreśla.

Jak wspomina nasza rozmówczyni, "ciąża, po usłyszeniu tej dramatycznej diagnozy", nie była dla niej łatwa. - To dramatyczne przeżycie dla kobiety. Żyje się nadzieją, że będzie dobrze - mówi. Jej synek - na pierwszy rzut oka - nie wygląda na chore dziecko. - Na razie jest kochanym, cudownym niemowlakiem, jego rozwój przebiega dobrze. Ale jest to dziecko, które wymaga bardzo specjalistycznej opieki i ciągłego monitorowania jego rozwoju - wyjaśnia.

"Nietypowe życzenia na wyjście ze szpitala"

Wychodząc ze szpitala, pani Patrycja dostała pierwszy "cios w serce" - zaświadczenie z informacją, że u jej Kazia "zdiagnozowano ciężkie i nieodwracalne upośledzenie albo nieuleczalną chorobę zagrażającą jego życiu, które powstały w prenatalnym okresie rozwoju dziecka lub w czasie porodu".

- Dziś mówię, że dostałam nietypowe życzenia na wyjście ze szpitala. Czy naprawdę nie wystarczyłoby napisać, że jest to zaświadczenie, związane z Ustawą "Za życiem" tylko trzeba tak mocno i dosadnie pisać kobiecie, z czym będzie się mierzyć? - pyta nasza rozmówczyni.

Pół roku po wyjściu ze szpitala, po wizytach u wielu lekarzy i specjalistów, postanowiła wystąpić o świadczenie "Za Życiem". To 4 tysiące złotych należne rodzicom, którym urodzi się chore dziecko.W takich sytuacjach przydaje się każda złotówka, na leczenie czy rehabilitację.

Procedura ubiegania się o to świadczenie nie jest trudna - jest dobrze opisana, nie powinno być z nią problemów. A jednak są. 

"Nie oczekuję wiele. Tylko empatii" 

Pani Patrycja najpierw pobrała odpowiedni druk ze strony urzędu. W jej przypadku chodziło m.in. o zaświadczenie o tym, że w czasie ciąży regularnie chodziła do lekarza i na badania. - Samo pójście do lekarza po wypełnienie zaświadczenia było dla mnie dużym przeżyciem. Nie chciałam znów się z tym mierzyć, wszystkiego tłumaczyć, ale się przemogłam. Lekarz na szczęście był empatyczny, nie dopytywał. Dostałam zaświadczenie, złożyłam dokumenty. Wszystko online - opowiada.

Była mocno zaskoczona, gdy niedługo potem dostała z urzędu wezwanie do... uzupełnienia braków. Początkowo myślała, że może coś przeoczyła, czegoś nie doczytała. Nic bardziej mylnego. - Okazało się, że zaświadczenie było na nieaktualnym druku. Tyle tylko, że ja ten druk przecież pobrałam ze strony urzędu - opowiada.

Musiała jeszcze raz iść do lekarza, jeszcze raz mierzyć się z "demonami" przeszłości, jeszcze raz wszystko przeżywać.

- Mąż próbował urzędniczkom tłumaczyć, że przecież to zaświadczenie jest takiej samej treści - różni się jedynie pouczeniami na dole. Ale jakby tego nie rozumiały. Mąż usłyszał, że co to za problem, skoro takie zaświadczenie może wystawić każdy lekarz, nawet laryngolog - wspomina kobieta.

Ostatecznie musiała pójść do ginekologa ponownie, znów wystać swoje w kolejce - razem z Kaziem, bo nie miałaby go z kim zostawić. - Ja naprawdę nie oczekuję wiele, tylko empatii i minimalnego zrozumienia. Czy to tak dużo? - pyta mama Kazia. Napisała też do urzędu, że na stronie "wisi" nieaktualne zaświadczenie. - Ale niewiele to zmieniło. Nieaktualny druk dalej jest do pobrania - mówi.

Co na to urzędnicy? Wysłaliśmy pytania, ale wciąż czekamy na odpowiedź. "Dziękujemy za wiadomość. Już się zajmujemy zgłoszoną przez Panią sprawą. Wyjaśnienia prześlemy możliwie najszybciej" - napisała nam w poniedziałek Marcelina Bogdanowicz z Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. 

DOSTĘP PREMIUM