Afera z lewymi dyplomami sportowców. "To mógł być wabik"

- Pan doktor D. został zatrzymany w 2019 roku. Dziwi mnie zatem, dlaczego do tej pory nie przesłuchano Roberta Lewandowskiego, którego dyplom jest w zbiorach D. Być może sam piłkarz nie miał świadomości, że jego dane zostały tak wykorzystane - mówił w TOK FM dr Marek Wroński.

Portal Onet.pl poinformował w środę, że prokuratura w Gdańsku prowadzi śledztwo w sprawie handlu podrabianymi dyplomami studiów, a główny podejrzany, naukowiec Zbigniew D., przyznał się do winy. Poinformowano, że w jego telefonie odnaleziono też zdjęcia świadectw i dyplomów wystawionych na nazwiska czołowych polskich piłkarzy. "Z materiałów zabezpieczonych przez śledczych wynika, że Zbigniew D. miał przygotowany dyplom magisterski z 2018 r. dla Roberta Lewandowskiego z pieczątką Uczelni Nauk Społecznych i z podpisem żony doktora D. Proponował także piłkarzowi i jego żonie uzyskanie dyplomu MBA bez uczestnictwa w zajęciach" - napisał portal.

Jak powiedział w TOK FM dr Marek Wroński, publicysta, który od kilkunastu lat prowadzi w miesięczniku "Forum Akademickie" rubrykę "Z archiwum nierzetelności naukowej", kupno dyplomu w Polsce nie jest niczym trudnym. - Nawet na bazarach i targowiskach są osoby, które są kontaktami i pomogą w tego typu transakcjach - powiedział profesor Akademii Kaliskiej.

>> Czytaj także: Doktoraty copy-paste. Polska nauka uzależniła się od plagiatów <<

W tej konkretnej sprawie dziwi go przede wszystkim opieszałość organów ścigania. - Pan doktor D. został zatrzymany w 2019 roku. Dziwi mnie zatem, dlaczego do tej pory nie przesłuchano Roberta Lewandowskiego, którego dyplom jest w zbiorach D. Być może sam piłkarz nie miał świadomości, że jego dane zostały tak wykorzystane. Może było tak, że ten dyplom powstał, bo żona pana doktora D. jest rektorem tej uczelni i ten chciał wykorzystać sportowca jako wabik [promujący uczelnię - red.] - zastanawiał się gość TOK FM.

Dr Wroński podkreślał, że sam w swoich archiwach ma kilkanaście spraw związanych z "lewymi dyplomami". - Często dochodziło do sytuacji, że prywatne uczelnie wystawiały dyplomy lokalnym VIP-om. To się zdarza i często dotyczy właśnie mniejszych szkół. Jeśli założyciel takiej placówki jest też jej rektorem i kanclerzem, to w praktyce jest nieodwoływalny. Ministerstwo nie ma środków i sił na kontrole - mówił ekspert i wskazywał, że dyplom wyższej uczelni mocno spowszedniał. - Jest tyle szkół, że kto chce studiować, to studiuje. W prywatnych uczelniach płacąc czesne, w zasadzie można przejść suchą stopą przez cały okres kształcenia - podsumował.

Resort nie ma skarg

Ministerstwo Edukacji i Nauki przekazało w odpowiedzi na pytania PAP, że nie ma skarg o nieprawidłowościach w wydawaniu dyplomów ukończenia studiów w Uczelni Nauk Społecznych i nie otrzymywało informacji o nielegalnym obrocie sfałszowanymi dyplomami. "W związku z doniesieniami medialnym w tej sprawie ministerstwo dzisiaj poprosiło władze uczelni o pilne przedstawienie wyjaśnień w sprawie" - przekazał wydział prasowy resortu.

MEiN wskazało, że w związku z tym, że sprawa jest na etapie postępowania w prokuraturze, nie można jednoznacznie stwierdzić, czy i komu będą postawione zarzuty. "Jeżeli byłyby one postawione władzom uczelni, to zgodnie z przysługującymi ministrowi uprawnieniami nadzorczymi, w przypadku potwierdzenia, że uczelnia lub założyciel narusza przepisy prawa lub pozwolenie na utworzenie studiów na określonym kierunku, poziomie i profilu, minister może wezwać do zaprzestania tej działalności i usunięcia naruszenia, określając termin usunięcia naruszenia (art. 427 ust. 4 ustawy - Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce - PSWN), a w przypadku niezastosowania się do ww. wezwania minister może nakazać założycielowi likwidację uczelni (art. 430 PSWN)" - podało MEiN.

Ministerstwo wskazało też, że jeżeli minister doszedłby do wniosku, że działania rektora uczelni nosiły znamiona uchybienia godności zawodu nauczyciela akademickiego, jest również uprawniony do zlecenia rzecznikowi dyscyplinarnemu prowadzenia postępowania wyjaśniającego wobec rektora uczelni.

Wiceszef MEiN Włodzimierz Bernacki zapowiedział wcześniej w środę w rozmowie z PAP, że resort zwróci się z pismem do rektora Uczelni Nauk Społecznych w Łodzi o wyjaśnienie sprawy. Przypomniał, że w gestii rektora leży powinność unieważnienia tych dyplomów, które zostały pozyskane w nieuczciwy sposób, z naruszeniem reguł i zasad. "Jeśli rektor będzie miał informacje, że te dyplomy zostały wydane w nieuczciwy sposób, to powinien działać od razu i natychmiast" - stwierdził wiceminister.

DOSTĘP PREMIUM