200 wniosków, sąd i sprawa głośna na cały kraj. Tak pan Jan tropi gminne afery [GRZECH 2: (NIE)JAWNOŚĆ]

Piotr Barejka
Pan Jan od lat patrzy na ręce lokalnej władzy. Wyciąga z urzędu stosy faktur, pism, umów i raportów. Raz, gdy nagrywał posiedzenie rady, radni wezwali policję. Sprawa skończyła się w sądzie, gdzie pan Jan wygrał. Dlatego wciąż zadaje niewygodne pytania, a radni wciąż mówią, że to sprawy wyssane z palca. Mimo że jedna z nich trafiła właśnie do prokuratury. - Mnie się kule nie imają - śmieje się pan Jan. I nie zamierza przestać pytać.
Zobacz wideo

Nie Sejm i Senat, tylko rada gminy. Nie premier, tylko wójt i sołtys. Polityka to nie tylko przepychanki na szczytach władzy. Ta prawdziwa polityka jest blisko nas. Im mniejsza gmina, tym jest bliższa i bardziej namacalna. I tym wyraźniej widać polityczne grzechy, układy i konflikty. Idziemy śladem polityki widzianej z bliska, mikropolityki. Tropimy samorządowe grzechy i opisujemy tych, którzy z nimi walczą. To jest odcinek cyklu MIKROPOLITYKA. Grzechy

  • Województwo: Podlaskie
  • Gmina: Bielsk Podlaski
  • Liczba mieszkańców: 6 732

Powstało w Haćkach przejście dla pieszych, choć we wsi, gdzie mieszka niecałe dwieście osób, nie ma nawet chodnika. Z jednej strony przejścia jest opuszczony sklep, z drugiej trawnik, na którym leży góra piasku. Za to na obu krańcach stoją lampy zasilane panelami słonecznymi, do tego fotokomórki, które wykrywają ruch pieszego i włączają pulsujące światła. Problem w tym, że nie mają kiedy się włączać, bo z przejścia we wsi nikt nie korzysta.

- Za takie przejście dają gminie dodatkowe trzy punkty, a że ono nikomu niepotrzebne - rozkłada ręce Jan Mordań. - To już nieważne - stwierdza.

- Punkty? - dopytuję.

- Usłyszałem od pani wójt, że chodzi dofinansowanie na drogi. Jeśli w projekcie jest zaplanowane przejście, to taki projekt dostaje więcej punktów i jest wyżej w rankingu - objaśnia pan Jan. - Dla mnie to niepojęte, chociaż pani wójt mi tłumaczyła, że teraz jak ktoś jedzie samochodem z Warszawy, to wie, że trzeba zwolnić, bo przejście jest. Tak zamiast leżącego policjanta.

Choć w Haćkach jest tak nowoczesne przejście dla pieszych, od dawna nie ma sklepu spożywczego. Został tylko zarośnięty chaszczami budynek, a mieszkańcy zakupy robią w sklepach objazdowych. Nie znalazł się żaden przedsiębiorca, któremu opłacałoby się przywrócić sklep do życia. Kawałek dalej stoi jednak nowy budynek, prowadzi do niego chodnik wyłożony równą kostką brukową. Widać tabliczkę z unijną flagą na ścianie, choć przyglądać się trzeba z daleka, bo furtka jest zamknięta.

- Było huczne otwarcie i ciche zamknięcie - oznajmia pan Jan.

Nowy budynek to wiejska świetlica, o którą sołtys i mieszkańcy walczyli latami. Poprzednia popadła w ruinę, nie nadawała się do użytku. Pan Jan opowiada, że po otwarciu nowej działo się sporo. Były warsztaty, koncerty, spotkania. Ale dzisiaj świetlica przeważnie stoi pusta, bo nie wiadomo, kto miałby za wszystko płacić. Raz na jakiś czas odbędzie się wiejskie zebranie. Trawnik za furtką mieszkańcy koszą z sołtysem w czynie społecznym, tak samo myją okna i czyszczą kostkę, po której rzadko kiedy ktoś chodzi.

A mieli być turyści

- Gdzie się nie pojawię, to mówią, że szukam dziury w całym. A jak tutaj jest rzeszoto, to trudno nie zauważyć dziury - stwierdza Jan Mordań. I wspomina, że gdy wprowadził się do wsi, chałupa, którą kupił, też popadała w ruinę. Pierwszy rok zimą hulał wiatr, na drugi udało się zrobić ogrzewanie, po kilku latach dom odzyskał dawny blask. Przez wiele lat miał jeszcze nadzieję, że do wsi przyjeżdżać będą turyści. Pracował wcześniej jako przewodnik. Myślał, że znów nim będzie. Okoliczne łąki i murawy to przecież unikat w skali kraju, do tego archeolodzy odnaleźli ślady starożytnych osad.

Jednak okoliczni rolnicy radzili mu, żeby zajął się poważnymi sprawami, ich problemami. A jemu udało się zostać radnym. Dziś stwierdza, że był radnym nienormalnym, który często jako jedyny głosował przeciwko, wcześniej o wszystko dopytywał. Próbował walczyć w gminie o ośrodek zdrowia, o budynek starej szkoły. Przyszły też drobne sukcesy, jak tablice informacyjne, które do dzisiaj stoją we wsi. Nieco już wypłowiałe, ale wciąż opowiadają historię okolicy. - Przez cztery lata udało mi się wygrać tylko dwa głosowania - wzdycha.

Na następną kadencję pan Jan mandatu już nie zdobył. - W gminie jest taka demokracja, że wszyscy kandydaci na radnych śpią, a jak się zbliżają wybory, to się budzą - mówi. - Ale kto dobrze żyje z wójtem, ten może nawet dostać autokar, żeby zawieźć wyborców na głosowanie. Wcześniej bierze, jak to u nas mówią, koszyczek. Jedzie do wsi, zwołuje ludzi, rozdaje napoje i zagrychę, znajduje chętnych. Dlatego ja nie miałem żadnych szans zostać radnym. Jak zajechałem do jednej wsi, to ludzie mi wprost powiedzieli: a co ty przywiozłeś? - wspomina.

Nowa świetlica wiejska w Haćkach, której nie ma kto utrzymywaćNowa świetlica wiejska w Haćkach, której nie ma kto utrzymywać Joanna Sarwińska

Jak mówi, każdy wójt lubi radnego, który przyjdzie i przegłosuje wszystko, co mu podsuną. W ostatnich wyborach, w których startował, dostał 26 głosów, a jego konkurent ponad 100. Ale to nie szkodzi, bo pan Jan radnym już nie chce być - po pierwsze wiek nie ten, po drugie starcza mu emerytura i to, co dorabia w lokalnym radiu. A uszy i oczy ma wciąż szeroko otwarte na wszystko, co w gminie nie działa. Publikuje w sieci filmy, wertuje stosy dokumentów i przygląda się posiedzeniom rady. Nie opuszcza żadnej okazji, żeby coś na posiedzeniu powiedzieć.

Gminna (nie)jawność

Pan Jan chwali się, że przez ostatni rok wysłał do urzędu niemal dwieście wniosków. Prosił o najróżniejsze informacje, sprawdzał przypadek sołtysa, który miał korzystać z gminnego paliwa. Przyglądał się awariom wodociągów, bo w jego gminie było ich znacznie więcej niż w pobliskich. Sprawdzał, gdzie są dzikie wysypiska śmieci i dopytywał, co wójt zamierza z tym zrobić. - Urząd na czele z panią wójt wie, że ze mną nie ma żartów, bo potrzebuję konkretów - mówi.

Od urzędników pan Jan często słyszy, że jego wnioski paraliżują prace urzędu. Przed trzema laty, gdy zaproponowano zmiany w ustawie o dostępie do informacji publicznej, włodarze wielu gmin alarmowali, że urzędy są zasypywane wnioskami o jej udzielenie. Sieć Obywatelska postanowiła wówczas sprawdzić, ile rzeczywiście wniosków wpływało do gmin, ale też ile gmin odpowie na ich wniosek. Okazało się, że na 2467 urzędów zareagowało 1690, a dane podało 1620 z nich. To oznacza, że co trzeci urząd nawet nie odpowiedział na wniosek.

Zdarzało się, że gminy prowadziły rejestry wpływających do urzędów wniosków w zeszytach. Długopisem notowano daty, nazwiska wnioskodawców. Działała tak blisko połowa urzędów. Poproszone o udzielenie informacji o liczbie wniosków, przesyłały skany ręcznie zapisanych kartek. Zdarzało się, że urzędy prosiły o opłatę, tłumacząc, że muszą przepisać rejestr do edytowalnego formatu. Albo przesyłały zupełnie nieczytelne skany.

Droga, którą część dzieci musi iść do szkoły. Chodników nie maDroga, którą część dzieci musi iść do szkoły. Chodników nie ma Joanna Sarwińska

- Gdyby wszystko było w BIP-ie, zrozumiałe, to nie trzeba byłoby wniosków pisać. Weźmy raport o stanie gminy, nie da się znaleźć na stronie po prostu zakładki z raportem - zauważa pan Jan. - Trzeba wejść w wyniki głosowania rady gminy, znaleźć konkretną sesję, na tej sesji odpowiedni punkt i wtedy dopiero znajdzie się raport. To jest tak zagmatwane, że człowiek może czuć się bezradny - stwierdza.

Z danych zebranych przez Sieć Obywatelską wynikało, że w 2014 roku urzędy otrzymały rocznie średnio 92 wnioski, a w 2016 roku - 201. Jednak do mniej więcej połowy urzędów trafiło przez rok co najwyżej 50 wniosków. Poza tym z analizy rejestrów wynikało, że w dużej mierze nie pochodziły one od mieszkańców, tylko od firm przygotowujących się do przesłania swoich ofert, instytutów badawczych czy organizacji pozarządowych. Wnioski mieszkańców to zdecydowana mniejszość.

Obywatelowi nagrywać nie wolno

Radni gminy uważają, że ujawniane przez pana Jana sprawy to kłamstwa, niepotrzebne szukanie sensacji, a jeżeli w gminie dzieje się coś dobrego, to nikt tego nie nagłaśnia. - Żeby kogoś krytykować, to trzeba od siebie zacząć. Zastanowić się, co zrobiłem dla gminy? - sugeruje jeden z radnych. - Akurat tak się trafiło, że na naszą gminę coś takiego spadło. To tylko kwestia czasu, aż wszystko ucichnie. Ludzie przywiązują większą wagę do czego innego - stwierdza, gdy pytam o nagrania pana Jana.

- Czyli do czego? - dopytuję.

- Żeby sprawy były faktycznie załatwiane. I one są załatwiane. Wszystkim dogodzić jest naprawdę ciężko, bo budżet nie jest z gumy - odpowiada wymijająco radny.

Jednak działalność Jana Mordania radnym przeszkadza na tyle, że raz do urzędu wezwali policję. Za to, że nagrywał jedno z posiedzeń. Nawet ogólnopolskie media pisały wówczas o gminie, która chce uciszyć obywatela. Radni dyskutowali wtedy o lokalnym programie rewitalizacji.

- Czy pan Jan nas nagrywa? - usłyszał w pewnym momencie od prowadzącej obrady.

- Tak - odpowiedział szczerze.

- W takim razie proszę wyłączyć telefon.

Pan Jan nagrywania nie wyłączył. Stanęło na tym, że radni mieli w głosowaniu stwierdzić, czy obrady można nagrywać, czy nie. Jedenastu stwierdziło, że nie można. Czterech wstrzymało się od głosu. Pan Jan wciąż nagrywał, aż do sali obrad przyjechała policja. Sprawa skończyła się w sądzie, w pierwszej instancji pan Jan przegrał i otrzymał naganę. Sąd uznał, że zakłócił ustalony porządek i przebieg obrad, nagrywaniem wywołał niepokój i zamieszanie. Tak jednak sprawy nie zostawił, wniósł apelację i wygrał. Wtedy sąd orzekł, że radni nie mogą podejmować uchwał, które zakazują nagrywania, ponieważ nie mają do tego ustawowych podstaw.

- Radni mnie nie lubią, bo przyjdzie taki typ, siedzi i słucha. A oni tam rozmawiają, co u kogo słychać, komu się dziecko urodziło, kto z kim się żeni. Posiedzą, wszystko uchwalą i pojadą - stwierdza pan Jan. - Problem w tym, że organem stanowiącym i kontrolnym jest rada gminy, a wójt jest organem wykonawczym. Trochę jak Sejm i rząd, chociaż wójt jest wybierany w wyborach powszechnych. W dużych miastach rządzą polityczne opcje, natomiast w małych gminach często jest tak, że radny, nieważne z jakiej opcji, podporządkowuje się wójtowi - oznajmia.

Jan Mordań gminne afery tropi od latJan Mordań gminne afery tropi od lat Joanna Sarwińska

Gdzie jest kruszywo?

Największą sprawą, którą dzisiaj zajmuje się pan Jan, jest sprawa gminnego kruszywa. Chodzi o to, że w ramach funduszów sołeckich zamówiono kruszywo, którym miały zostać utwardzone polne drogi. Pan Jan ustalił, że łącznie zakup kruszywa kosztował prawie ćwierć miliona złotych. - Ale to kruszywo gdzieś po prostu wsiąkło - stwierdza. - Sołtysi podpisali, że zakupili kruszywo, tylko gdzie ono jest?- zastanawia się. Pan Jan objechał wszystkie drogi, na których powinno być. Jak twierdzi, nigdzie go nie znalazł.

Sprawa trafiła nawet do prokuratury, a w zawiadomieniu, złożonym przez pana Jana we współpracy z Siecią Obywatelską, czytamy, że tylko w jednym z sołectw na drogach powinno być niemal trzysta ton kruszywa. Skoro go nie ma, to może oznaczać, że zostało skradzione. Wójt zapewnia jednak, że warte dziesięć tysięcy złotych kruszywo zostało dostarczone do sołectwa, ale w zawiadomieniu czytamy, że mieszkańcy nigdy kruszywa na drogach nie wiedzieli.

- Ostatnio kupiono rury za prawie jedenaście tysięcy złotych. Sto pięćdziesiąt metrów bieżących, które złożono w garażu. Trzeba będzie znaleźć ten ogromny garaż - zapowiada pan Jan. I pokazuje kolejne zgromadzone faktury. Trudno mu policzyć, ile wniosków wysłał przez wszystkie lata. - Zbieram odpowiedzi pani wójt na wnioski jak żebrak w torbę, a potem to wszystko analizuję - objaśnia. - Gdybym mieszkał choćby w gminie Trzcianne, to bym machnął ręką. Tam wójt robi dobrze. Brakuje tylko ptasiego mleczka, a radne i tak krzyczą. Widać, że ludzie zaczynają się budzić - stwierdza.

Wójt komentować nie chce

Niezmiennie od piętnastu lat wójtem gminy jest Raisa Rajecka. Z początku startowała w barwach PSL, później lokalnego komitetu „Nasze Podlasie", ale zawsze zostawiała rywali daleko w tyle. W wyborach w 2006 roku zdobyła 60 proc. głosów, w kolejnych wyborach 58 proc., w 2014 roku prawie 71 proc., a w 2018 roku nieco mniej, bo nieco ponad 65 proc. Próbowaliśmy zapytać panią wójt o wszystkie sprawy, które nagłaśnia Jan Mordań. Przejście dla pieszych w Haćkach? Bez komentarza. Chodniki w Augustowie? Bez komentarza. Kruszywo na drogach? - Jeżeli sprawa jest w prokuraturze, to ja i mój urząd będziemy się tłumaczyć przed prokuraturą - ucina wójt.

Wiceprzewodniczący rady gminy Jarzy Chilkiewicz zapewnia że kruszywo nigdzie nie zginęło, bo rozwieziono je zgodnie z planem. A drogi były naprawiane. - Jak ktoś liczyć nie umie, to wie pan - macha ręką. - Problemu kruszywa nie ma. To jest tylko szukanie sensacji - stwierdza.

- Co w takim razie jest problemem w gminie? - dopytuję.

- Jest problem dróg dojazdowych, chociaż trochę się ich zrobiło, świetlice wiejskie na wsiach. Ludzie mają coraz większe wymagania. Obserwują, co jest w innych gminach, widzą, że mają tam place zabaw. Nurtuje ich, dlaczego w naszej gminie nie ma - mówi.

- Dlaczego nie ma?

- Podam przykład - proponuje radny. - Gmina Michałowo czy Zabłudów, gdzie podatków jest dużo, dużo więcej. Mają większe wpływy, więc mogą sobie na więcej pozwolić. Tak samo w gminie Juchnowiec. Ale przecież nie zrobisz czegoś, na co nie ma pieniędzy - wyjaśnia.

Mnie się kule nie imają

Pan Jan ma dzisiaj w Radzie Gminy trzech sojuszników i zapowiada, że nie przestanie dociekać, gdzie coś może się nie zgadzać. Uważa, że wójt wygrywa kolejne wybory, bo mieszkańcy boją się sprzeciwić. - Obowiązkiem każdego człowieka jest dbać o swoje interesy, ale nie przyniesie to żadnego skutku, jeżeli nie zadbamy o otoczenie - stwierdza. - U nas wciąż jest tak, że władzy należy się bać, należy się jej kłaniać. A że władza robi byle co, to już nieważne - mówi.

W gminie pana Jana znają wszyscy. Sam twierdzi, że pracownicy urzędu oglądają jego filmy, śledzą problemy, które nagłaśnia, ale nie chcą się do tego przyznać. - Ludzie do mnie piszą, bo bezpośrednio pytać panią wójt to niebezpiecznie. Wiedzą, że jak ja zapytam, to się wszystkiego dowiem - mówi. Dlatego w imieniu mieszkańców jednej z gminnych wsi pytał w urzędzie, do kogo należy budynek dawnej szkoły. Bo mieszkańcy nigdzie nie mogli znaleźć informacji. Inni pytali o remonty dróg, o to, dlaczego nie wiedzą o sesjach rady, na których rozmawia się o ich wsiach.

- Całe szczęście, że mnie się kule nie imają - śmieje się pan Jan. - Słyszałem, że ludzie rozmawiają, co z Mordaniem zrobić, że najlepiej do lasu go wywieźć. Gdybym był młodszy, gdybym miał dzieci, gdybym nie był tak znany, to pewnie też bym się bał - stwierdza.

Przeczytaj pozostałe odcinki cyklu MIKROPOLITYKA. Grzechy

DOSTĘP PREMIUM