"Czasem przez wiele tygodni nie umiera mi nikt, a potem jednego dnia widzę śmierć kilku osób". Opowieść ratownika medycznego

Sobota, słoneczne popołudnie. Ratownicy odpoczywają przy ambulansie, czekając na kolejne wezwanie. Nagle na parking koło pogotowia podjeżdża samochód. Słyszą przerażający krzyk i widzą, jak w ich stronę biegnie kobieta z zawiniątkiem w ręku. - Pytamy, co się stało, ale jest tak zdenerwowana, że nie umie powiedzieć. Powtarza tylko: "Ratujcie! Ratujcie!". Zaglądamy do zawiniątka, a tam dziecko - opowiada Ryszard Ożóg, ratownik medyczny z Myślenic.
Zobacz wideo

Zazwyczaj drzwi są już otwarte, a w nich czekają przerażeni członkowie rodziny. Wskazują ratownikom medycznym pokój, w którym leży nieprzytomny mąż lub ojciec, po czym powtarzają chaotycznie to, co chwilę wcześniej mówili już do telefonu. Że chwycił się za serce. Że upadł. Że stracił przytomność. Słychać dudnienie kroków na podłodze, a potem odgłosy rozkładanego sprzętu. Wszystko dzieje w pośpiechu, bo liczy się każda sekunda.

Nigdy do końca nie wiadomo, ile tych sekund zostało. Teoretycznie ok. 240 (4 minuty), bo po tylu bezpowrotnie obumiera niedotleniony mózg. Wtedy nawet jeśli uda się przywrócić akcję serca, to i tak człowiek może już się nie wybudzić.

Wiele więc zależy od tego, czy przed przyjazdem ratowników rodzina zdołała opanować panikę, rozdygotane ręce i rozbiegane myśli, by skupić się i wykonywać polecenia operatora numeru 112. Jeśli w porę zaczęła masaż serca i sztuczne oddychanie, ratownicy mają przed sobą długą walkę - zwykle trwa 50-60 minut, ale czasem nawet 2 godziny.

- Najgorzej jest, gdy jedziemy do enzetki (NZK - nagłe zatrzymanie krążenia) kogoś z marginesu społecznego. Często leży na ulicy, a ludzie koło niego przechodzą i nikt mu nie pomaga. Bo wiadomo, smród, wymiociny, czasem piana z ust. Przez to traci te cenne sekundy i ma małe szanse na przeżycie. Ale moim zdaniem teraz i tak znieczulica jest mniejsza niż jeszcze 10 lat temu, kiedy ludzie częściej mieli takie podejście: jak upadł, to niech leży - mówi Ryszard Ożóg, ratownik medyczny z pogotowia w Myślenicach koło Krakowa.

Ratownicy podłączają monitor, żeby widzieć, czy i jak serce pacjenta pracuje. Robią wkłucie w żyłę, podają adrenalinę, odpalają wspomaganie oddychania i zakładają lucasa. - To takie urządzenie, które pomaga nam w reanimacji. Wygląda jak półksiężyc, przykłada się go do klatki piersiowej i robi masaż serca - wyjaśnia Ożóg.

Nad głowami ratowników zbierają się członkowie rodziny, czasem nawet 10 osób. To matki, siostry, zięciowie, dziadkowie, szwagrowie, siostrzenice. Mają strach w oczach, łzy na policzkach, wykrzywione od rozpaczy usta.

"Dajcie nam pracować"

Niektórzy z członków rodziny wpadają w histerię, przytulają nieprzytomnego, nieświadomie utrudniając akcję reanimacyjną. Zdarza się, że nie radzą sobie z bezsilnością i próbują odzyskać kontrolę nad sytuacją. Pouczają wtedy ratowników i ich krytykują, jakby znali się na ich robocie.

- To straszny stres, gdy reanimuję kogoś, a 8 czy 10 osób stoi nade mną i patrzy mi na ręce. Rozumiem, w jak trudnej są sytuacji, ale czasem muszę powiedzieć: "Dajcie nam pracować". Nie wszyscy to rozumieją i wtedy naprawdę źle się pracuje. W dodatku pomieszczenia często są nagrzane albo takie ciasne, że ciężko się ruszyć. Działamy w nich na pełnych obrotach godzinę czy półtorej. Po prostu pot leje się z nas ciurkiem - opisuje Ryszard Ożóg.

Zdarza się, że ratownicy muszą podjąć decyzję o zakończeniu akcji reanimacyjnej. Po prostu stwierdzają, że pacjent nie żyje. Rodzinie trudno w to uwierzyć, bo lucas jeszcze jest na chodzie, na ekranie ciągle coś się wyświetla, więc bliscy zmarłego myślą, że jego serce jeszcze bije. - Tłumaczymy, że to tylko aparatura. Że już musimy ją odłączyć. Nie wierzą. Rzucają się na pacjenta, żeby go przytulić. Czują, że jest ciepły, więc znowu rozbudzają się w nich nadzieje. Mówią, że nawet nie jest siny, to jak może nie żyć. Dla nich i dla nas to bardzo trudne momenty - mówi.

Jak dodaje, czasem te chwile kończą się niespodziewanym gestem, aż wzruszenie ściska ratowników za gardła. - Ostatnio długo reanimowaliśmy mężczyznę, ale nie udało się... Pomimo to podeszła do nas jego żona i podziękowała. Była zrozpaczona, że jej mąż nie żyje, ale widziała, ile pracy włożyliśmy, by go ratować - wspomina Ożóg.

KOD I: 60 sekund do wyjazdu

Zmiana dzienna zaczyna się o godz. 7, a nocna o 19. Na obu dyżur trwa 12 godzin. Ryszard Ożóg przychodzi do pracy 30 minut wcześniej - przebiera się, sprawdza sprzęt i odpala ambulans, żeby zobaczyć, czy działa. Zanim dostanie pierwsze wezwanie, wszystko musi być gotowe, bo gdy w stacji pogotowia już rozbrzmi alarm, a na tablecie wyświetli się napis "KOD I", ratownik będzie miał tylko 60 sekund do wyjazdu.

Na tablecie zobaczy też informacje, które zbierze operator numeru alarmowego, np. "Wypadek komunikacyjny, 1 osoba zakleszczona w samochodzie, 3 rannych". Będą też współrzędne miejsca, do którego karetka musi dojechać. - Dawniej trzeba było umawiać się z wzywającym pod kościołem, kapliczką czy sklepem, a teraz na tablet przychodzą współrzędne i nawigacja nas sama prowadzi. To duże ułatwienie - mówi ratownik.

Czasem operatorowi nie udaje się zrobić wystarczającego wywiadu, bo dzwoniący po pomoc są tak zdenerwowani, że podają tylko adres, proszą o przyjazd, rozłączają się i już nie odbierają telefonu. Wtedy ratownicy traktują to wezwanie jako pilne (KOD I) i jadą na sygnale. - Dla nas bardzo ważne są informacje, co się stało, bo wtedy mamy w drodze czas, żeby zaplanować działania na miejscu i przygotować odpowiedni sprzęt. Np. jak wzywają nas do enzetki, to po przyjeździe od razu zabieramy z ambulansu plecak reanimacyjny, defibrylator i lucasa - tłumaczy.

W tej robocie czas płynie nierównomiernie. Momentami przyspiesza i liczony jest w sekundach, bo niedotleniony mózg pacjenta ma ich tylko ok. 240, a niekiedy minuty ciągną się jak godziny. Bywa, że dla ratownika to "godziny" upokorzenia. - Ostatnio taką sytuację musieliśmy zgłosić na policję - przyznaje Ryszard Ożóg.

Dyrektor i "mocarze"

Na tablecie pojawiły się informacje: rana cienka przedramienia, silne krwawienie, mężczyzna pod wpływem alkoholu, rozbił szybę w drzwiach.

- Zajeżdżamy na sygnale i widzimy, że ledwie siedzi na ulicy, podparty rękoma. Wstrząsowy, czyli po dużej utracie krwi. Wysiadamy i zaczynamy zakładać mu opatrunek, a ten jak nie dostanie napadu agresji, jak nie zacznie się z nami przepychać i krzyczeć: "Wy, skurwysyny, wypierdalać mi stąd!". Robi się sensacja, ludzie się zbiegają. Zrywa opatrunek, to mówię do kolegi, że dzwonię po policję. Facet to słyszy i jeszcze bardziej się uruchamia. Stoimy tam z 10 minut, czekając na policję, a on nas wyzywa przy ludziach od najgorszych - opowiada Ryszard Ożóg.

Ratownicy medyczni są funkcjonariuszami publicznymi i podczas pracy podlegają ochronie prawnej. Ryszard Ożóg z kolegą zgłosili więc na policję, że zostali zaatakowani. - Okazało się, że ten pan był dyrektorem w dużej firmie. Gdyby został ukarany sądownie, wyleciałby ze stanowiska. Więc po paru dniach przyszedł do nas ze spuszczoną głową i przepraszał. Powiedzieliśmy, że za późno i że nie możemy sobie pozwalać, by ktoś nas mieszał z błotem, gdy próbujemy tylko pomóc. Nachodził nas i nachodził, aż w końcu zaoferował zadośćuczynienie. Wymyśliliśmy, by sprawił nam do karetki taki aparat, którym podświetla się żyły, łatwiej się wtedy wkłuć. Kupił i zawarliśmy ugodę - wspomina.

Urazy, do których doszło pod wpływem alkoholu, to jeden z najczęstszych powodów wezwań pogotowia. Jak mówi Ryszard Ożóg, czasem chodzi o rany głowy, które wyglądają bardzo źle, trzeba więc przewieźć poszkodowanych do szpitala. Tylko że są znieczuleni, nic ich nie boli, więc odmawiają współpracy i bywają agresywni. Dlatego potrzebna jest policja.

- Napili się, upadli, rozbili głowę i mocno krwawią. Niekiedy wzywa nas rodzina, a jeśli to jest w miejscu publicznym, to przechodnie. Jak jest grubsza impreza, to kolega poszkodowanego. Wtedy ani z nim, ani z tym kolegą nie możemy się dogadać. Próbujemy opatrzyć ranę i sprawdzamy parametry życiowe. Wywiadu o chorobach i zażywanych lekach nie da się zebrać - wzdycha ratownik.

Do niedawna byli jeszcze "mocarze". Tak ratownicy nazywali młodych ludzi, którzy zażyli dopalacze o tej samej nazwie. - Kiedyś przyjechaliśmy na miejsce razem z dwoma radiowozami. Było pięciu policjantów i nas dwóch, a nie mogliśmy sobie poradzić z takim "mocarzem", mimo że miał średnią budowę ciała. To nieprawdopodobne, ile miał siły - mówi.

Całe sine, nie oddycha

Sobota, słoneczne popołudnie, spokój. Ratownicy odpoczywają przy ambulansie, czekając na kolejne wezwanie. Nagle na parking koło pogotowia podjeżdża samochód. Ryszard Ożóg słyszy przerażający krzyk i widzi, jak w jego stronę biegnie kobieta z zawiniątkiem w ręku.

- Pytamy, co się stało, ale jest tak zdenerwowana, że nie umie powiedzieć. Powtarza tylko: "Ratujcie! Ratujcie!". Zaglądamy do zawiniątka, a tam dziecko. Całe sine, nie oddycha. Od razu zaczynamy akcję reanimacyjną. To wcześniak, nie waży więcej niż 2 kilo, mostek ma tak mały, że trudno go uciskać nawet dwoma palcami, by zrobić masaż serca. W trakcie reanimacji szybko przenosimy go na SOR, gdzie dalej trwa walka o życie niemowlaka - wspomina Ożóg.

Po jakimś czasie matka opowiada, jak było. Nakarmiła dziecko, poczekała, aż mu się odbije, a następnie położyła w kołysce. Po pół godzinie zajrzała do niego, żeby sprawdzić, jak się miewa, ale dziecko było już sine.

- Wychodzimy przed budynek i milczymy. W końcu kolega, który nie jest palaczem, prosi mnie o papierosa. Płaczemy. Dyspozytor zgłasza nam następny wyjazd, ale kolega mu odpowiada: "Jesteśmy rozjebani psychicznie. Nie damy rady" - mówi ratownik.

Jak dodaje, mimo że jest w zawodzie od 30 lat, to nadal trudno mu znieść takie sytuacje. - Wracam po takim dyżurze do domu i jestem nie do życia. Wszystko mi nie pasuje, nawet łyżeczka w nieodpowiednim miejscu. Nie chcę zatruwać najbliższych, więc próbuję się ogarnąć i idę na basen. Robię kilkadziesiąt długości i gdy wychodzę, wydaje mi się, że wszystko zostawiam w wodzie. Złość, wątpliwości, zmęczenie. Wieczorem zakładam słuchawki i słucham muzyki. To mnie uspokaja i odstresowuje - wyznaje Ryszard Ożóg.

Co najczęściej wyświetla się na tablecie ratownika?

- Wszystko zależy od pory roku i pogody. Jak przyjdzie jesień, to bardzo dużo mamy wezwań do osób z chorobami psychicznymi. Mieszkamy ledwie kilkadziesiąt kilometrów od gór, więc tu pewnie halny odgrywa rolę. Tacy pacjenci źle się wtedy czują. Zawsze do nich jeździmy w asyście policji, bo niektórzy mają urojenia, inni są mocno nadpobudliwi. Nie mamy prawa założyć kaftanu bezpieczeństwa ani dotknąć pacjenta bez jego zgody, mogą to zrobić tylko policjanci. Pomagają, a później jadą z nami do szpitala psychiatrycznego - wyjaśnia ratownik.

Kolejnym powodem wezwań pogotowia są delirki. - Zdarza się, że ktoś pije przez miesiąc lub dwa, a potem nagle odstawia alkohol i ma myśli samobójcze. Albo jakieś myszki mu przed oczami biegają, samochody się podnoszą, owady go atakują - mówi.

Z kolei latem najwięcej jest wezwań do wypadków drogowych, rolniczych i do utonięć. - I tych różnych sytuacji, gdy ludzie robią coś przy domu i źle się to kończy. Np. kiedyś zajeżdżamy do faceta, któremu pilarka ucięła palce. Zajął się owijaniem dłoni ręcznikiem i zostawił te palce gdzieś w trawie. Pytamy, gdzie one są, bo może da się je przyszyć, ale facet nie wie. Patrzymy na psa, a ten już tylko się oblizuje - opowiada.

- Ale i tak bez względu na porę roku najczęściej wyjeżdżamy do… złego samopoczucia. To odbywa się tak, że pacjent dzwoni do lekarza rodzinnego, a ten mówi, by zadzwonić po karetkę. Wiadomo, pogotowie to najlepszy lek na wszystko. Lekarz rodzinny może odmówić przyjazdu, a my nie. No to jedziemy - opisuje.

Na miejscu ratownicy zbierają wywiad: "Na co pan choruje?", "Jakie leki pan zażywa", "Co się teraz dzieje?". Mierzą tętno, ciśnienie, cukier, temperaturę i saturację. Wszystko w normie. Słyszą, że ten ktoś po prostu źle się czuje. Pytają: "Czego pan od nas oczekuje?". Pacjent odpowiada, że może jakiejś recepty. Tylko że pogotowie od ponad 10 lat nie wystawia recept. Do szpitala nie chce, więc ratownicy się pakują i odjeżdżają.

Komu pomóc jako pierwszemu

W zgłoszeniach dotyczących wypadków drogowych najgorsze dla ratowników jest to, gdy dzwoniący nie mówi, ile osób ucierpiało. Niektórzy tego nie wiedzą, bo przejeżdżając obok rozbitych samochodów, nie mieli czasu się zatrzymać. Dyspozytor wtedy nie może określić, ile zespołów ratowniczych wysłać.

- Zespół, który pierwszy przyjeżdża na miejsce, przejmie dowodzenie nad całą akcją. Jak widzi, że w rowie leży autobus z 30 osobami, to szybko informuje dyspozytora, ile zespołów brakuje. I wtedy zaczynają się najtrudniejsze decyzje: komu pomóc jako pierwszemu. Bo nie jesteśmy w stanie zająć się wszystkimi. Gdy widzimy, że pacjent nie ma połowy głowy, to nawet jeśli jego serce jeszcze bije, wiemy, że ma o wiele mniejsze szanse na przeżycie niż człowiek z otwartym złamaniem. Ten może się wykrwawić, ale wystarczy szybko go opatrzyć i przeżyje. Kilku takich mogłoby umrzeć, gdybyśmy próbowali ratować tego bez połowy głowy - wyjaśnia Ryszard Ożóg.

Jak dodaje, to trudne decyzje, które wracają po powrocie do domu. - Nie znam ratownika, który by później nie rozmyślał, czy pomógł najbardziej potrzebującej osobie, czy zrobił to najlepiej, jak umiał. Albo: co by było gdyby… ktoś wcześniej po nas zadzwonił - wyznaje.

Kolejka karetek przed oddziałem covidowym

Przez 30 lat pracy Ryszard Ożóg nie widział tego, co podczas pandemii koronawirusa. Praca prawie non-stop, odpoczynku tyle, co trwała dezynfekcja karetki. - Ściągaliśmy kombinezony, szliśmy pod prysznic i znów wyjazd. To nie do opisania. Na zewnątrz temperatura 30 st. Celsjusza, a myśmy się pakowali w worki foliowe i chodziliśmy w nich po 6-8 godz. Nikomu bym tego nie życzył. Pot można było wylewać z nogawek - opowiada.

W najgorszych momentach pandemii stali po kilkanaście godzin w kolejkach karetek przed oddziałami covidowymi. - Kiedyś przyjechaliśmy z pacjentem do szpitala w Myślenicach i okazało się, że nie ma dla niego łóżka. Dyspozytor powiedział, żebyśmy jechali do Krakowa, a on będzie nam szukał miejsca. W drodze dostaliśmy informacje, że mogą nas przyjąć w Wojskowym Szpitalu w Krakowie. Podjechaliśmy tam po godz. 9, ale kazali nam czekać do 17. A pacjent miał duszności, niską saturację i wysoką temperaturę - mówi.

Ratownik nie mógł uwierzyć, jak szybko pogarszał się stan pacjentów z COVID-19. - Zwłaszcza podczas drugiej fali pandemii, gdy ten wirus zmutował. Jedna z pacjentek, gdy do niej przyjechaliśmy, miała saturację na poziomie 90 proc. (prawidłowa to blisko 100). Zapytaliśmy, czy zgodzi się pojechać do szpitala, ale odmówiła. Przyjechaliśmy po 2-3 godzinach, bo zadzwoniła, że jej stan się pogorszył i wtedy saturacja spadła jej do 70 proc. Po następnych 3 godzinach leżała już zaintubowana na SOR-ze - wspomina.

Pamięta, że podczas pierwszej fali pandemii, gdy było kilkaset zachorowań dziennie, ludzie z wdzięczności przynosili jedzenie i bili brawo ratownikom oraz personelowi szpitali. - Potem, gdy zakażeń było ponad 10, 20, 30 tys. dziennie, brawa ucichły, wszyscy o nas zapomnieli. Zwłaszcza rządzący. Ci klaszczą, jak jesteśmy potrzebni, by ratować im skórę, a potem stajemy się dla nich piątym kołem u wozu. Cofnęli nam dodatek covidowy, inny obniżyli o kilkaset złotych, zostało niecałe 3 tys. zł netto. Więcej byśmy zarobili przy kopaniu rowów. No to się zaczęły protesty ratowników medycznych. Większość z nas, gdyby nie była pasjonatami, to by odeszła z zawodu. Ale my chcemy ludziom pomagać i mieć godziwą pensję - tłumaczy.

"Nikt nie zrozumie, jaka to radość"

Mówi, że najtrudniejsze w jego pracy jest patrzenie na śmierć pacjentów i cierpienie ich bliskich. Zdarza się, że przez wiele tygodni nikt mu nie umiera, ale potem nagle przychodzi dyżur, gdy obserwuje śmierć kilku osób. - Po 30 latach w zawodzie myślę, że widziałem już wiele. Ale pewnie jeszcze niestety nie wszystko - wzdycha.

- Co mi rekompensuje te trudności? Udana akcja reanimacyjna. Nikt z zewnątrz nie zrozumie, jaka to jest radość dla nas. Ktoś pomyśli, że robimy robotę, otrzepujemy ręce i wychodzimy, po prostu dzień jak co dzień. Wcale nie. Jestem szczęśliwy, gdy udaje mi się komuś uratować życie. Wyciągnąć kogoś zakleszczonego z samochodu. Ocalić komuś nogę albo rękę, zabezpieczyć ją i przewieźć z pacjentem na chirurgię, gdzie mu ją przyszyją. Pomaganie jest uzależniające - puentuje Ryszard Ożóg.

To trzecia część cyklu reportaży o ludziach ratujących innym życie. Drugą znajdziecie tutaj:

Pierwsza część naszego cyklu dostępna jest tutaj:

DOSTĘP PREMIUM