Śledztwo zwane "detektivką". To od jego wyniku zależy, czy dziecko przeżyje

Chodzenie na odprawy z lekarzami, oglądanie dzieci z chorobami nowotworowymi byłoby powyżej mojego emocjonalnego progu wytrzymałości. We mnie stres budzi już PESEL w dokumentach, bo wiem, że to maluch. Dlatego nigdy nie mówię do koleżanek "Zobacz próbkę", tylko "Obejrzyj pacjenta" - mówi diagnostka laboratoryjna Karolina Bukowska-Strakova.

Sobota, godz. 19. Dr Karolina Bukowska-Strakova odbiera telefon ze szpitala. Właśnie przyjęli dziecko z białaczką. Mówią, że "się pogarsza". Przed rozpoczęciem leczenia muszą mieć szczegółową diagnozę. Bukowska-Strakova wie, że nie można czekać i jedzie do szpitalnego laboratorium.

Na miejscu jest trochę, jak w scenografii z serialu "CSI": próbówki, pipety automatyczne, wirówki. Jednak rzeczywistość od fabuły filmowej różni się tym, że nie wystarczy włożyć próbki szpiku do aparatu, by po chwili wyskoczył z niego wynik badania. Potrzebne jest skomplikowane śledztwo dotyczące ludzkich komórek. Dr Bukowska-Strakova nazywa to "detektivką". To m.in. od jego wyniku zależy, czy dziecko przeżyje.

- Jako pierwsza tak nazwała naszą pracę lekarka z czeskiego szpitala, w którym dawno temu byłam na stażu. Powiedziała "detektivka", widząc, jak wiele czynności "śledczych" wykonuję, żeby przekazać wyniki badań na oddział. Tam na ich podstawie lekarz dobierał odpowiednią terapię. Czasem diagnoza to jedno zdanie, ale z całym zespołem muszę nad nim nieźle się napracować. Dostajemy próbkę szpiku i każdą z jego komórek analizujemy osobno. Sprawdzamy, które z nich są prawidłowe, i szukamy tych patologicznych, żeby określić, czy i jaką dziecko ma białaczkę – wyjaśnia diagnostka z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie.

Diagności porównują obserwacje i wnioski dotyczące poszczególnych komórek. W bardzo skomplikowanych przypadkach konsultują się z zagranicznymi ośrodkami badawczymi, w których mają kontakty jeszcze z czasów, gdy obywali tam praktyki. - Potrafimy dwa dni siedzieć w pracy, zanim przeanalizujemy wszystkie dane o komórkach, zbierzemy je do kupy i przekażemy lekarzowi – wyjaśnia nasza rozmówczyni.

Tak też było w przypadku dziecka z białaczkową postacią chłoniaka - nietypową zwłaszcza u małych pacjentów - w sprawie którego zadzwonili do niej w sobotę o godz. 19. - Pierwsze badania skończyłam nad ranem, ale później długo monitorowaliśmy tego pacjenta i konsultowaliśmy go z kolegami z Wiednia. Ciągle zastanawiałam się, co tu jeszcze dorobić, żeby lekarz mógł dobrać jak najlepszą terapię. Bo w tej pracy nie można ot tak odpuścić - tłumaczy dr Bukowska-Strakova.

Ostatecznie chłopiec pojechał na leczenie do Niemiec, bo tak zdecydowali jego rodzice.

Emocjonalny próg wytrzymałości

Białaczka, jak zresztą wszystkie nowotwory, bierze się z błędów genetycznych, do których dochodzi, gdy dzielą się komórki. - U dzieci pierwszy rzut białaczek jest pomiędzy 1. a 5. rokiem życia. Jeszcze w latach 60. oznaczały wyrok śmierci dla dziecka, a zadaniem lekarzy było tylko ulżyć pacjentom w cierpieniu. Teraz te dzieci ratujemy, nawet 80-90 proc. z nich udaje się wyleczyć. Pozostała część źle odpowiada na leczenie i wtedy potrzebne jest przeszczepienie szpiku kostnego – tłumaczy dr Karolina Bukowska-Strakova.

Dobrze zna pacjentów, ale nie z twarzy, tylko "z komórek". To nie znaczy jednak, że nie angażuje się emocjonalnie w swoją pracę. - Chodzenie na odprawy z lekarzami, oglądanie dzieci z chorobami nowotworowymi to byłoby powyżej mojego emocjonalnego progu wytrzymałości. We mnie stres budzi już PESEL w dokumentach medycznych, bo wiem, że mam do czynienia z maluchem. Jeśli przychodzi jego szpik kostny do badań i widzę, że jest pełne zajęcie, niekorzystna postać białaczki, to zawsze odczuwam emocje, mimo że nie widziałam jego twarzy. Dla mnie to nie przypadek medyczny, ale czyjeś dziecko. Dlatego nigdy nie mówię do koleżanek "Zobacz próbkę", tylko "Obejrzyj pacjenta" - podkreśla.

Inna diagnostka – dr Agnieszka Gierszon z Instytutu Hematologii i Transfuzjologii w Warszawie - często utożsamia się z kobietami, które są matkami jej pacjentów. - Wiadomo, że nie płaczę nad ich losem, bo wtedy nie nadawałabym się do tej pracy. Ale jak widzę, co ich dzieci mają napisane na skierowaniu i wiem, jakie są rokowania, to po prostu im współczuję. Bo stawiam się w ich sytuacji. Historie są dramatyczne i megaemocjonujące. Jak lekarze mówią, że terapia poszła w dobrą stronę, to się autentycznie cieszę, a gdy informują, że pacjent nie żyje, to jest mi bardzo przykro. Bo myślę sobie, że to mogło się przydarzyć mojej koleżance, mamie, siostrze – mówi.

Gdy Karolina Bukowska-Strakova tego słucha, przypomina jej się dziewczynka, która miała białaczkę oporną na leczenie. - Monitorowaliśmy kilka miesięcy komórki białaczkowe, więc co jakiś czas dzwoniłam do lekarki prowadzącej, żeby przekazać, co widzimy w badaniach. Do pewnego momentu ciągle powtarzałam: "Słuchaj, nie mam dobrych wieści, te komórki białaczkowe dalej tam są". Ale w końcu zobaczyłam, że szpik zaczął się regenerować, więc nad ranem zadzwoniłam do lekarki, by przekazać jej dobrą informację. A ona powiedziała, że pacjentka zmarła w nocy. Dla mnie to był cios, bo bardzo się zaangażowałam - wspomina.

Praca za miseczkę ryżu

Historie komórek pacjentów przynosi w myślach do domu i tam dalej je analizuje. - To nie jest tak, że wychodzę z pracy i mam blackout. Wracam do domu, otwieram podręczniki czy Internet i dalej szukam rozwiązania zagadek, które tkwią w tych komórkach - przyznaje.

Od dawna też nie umawia się w piątki ze znajomymi, bo wtedy – tak się akurat składa – zgłaszane są do szpitala najtrudniejsze zagadki. - Wymagają najwięcej pracy i skupienia. Nie mogę więc ustawiać się w blokach startowych do rozpoczęcia weekendu. Nie ma też mowy, by w inne dni ogłosić fajrant tylko dlatego, że wybiła godz. 16. Muszę dokończyć diagnostykę, bo wiem, że nasi pacjenci są czyimiś dziećmi i trzeba im pomóc. Tak, angażuje się emocjonalnie w pracy, ale bez tego nic by z niej nie wyszło – stwierdza.

Dr Bukowska-Strakova jest też wykładowczynią na uczelni, gdzie szkoli przyszłych diagnostów. W laboratorium Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie ma pół etatu, jednak jej przykład pokazuje, że i z połową etatu można właściwie w ogóle nie wychodzić z pracy. Czy jest za nią dobrze wynagradzana?

- Można powiedzieć, że nie zarabiamy zawrotnych sum, ale to eufemizm. Myślę, że "praca za miseczkę ryżu" byłaby lepszym określeniem – stwierdza i... wybucha śmiechem. - Jak zaczynałam pracę, to diagności byli zaszeregowani w tych samych widełkach, co lekarze. Jednak później oni i kolejne zawody medyczne wywalczały sobie podwyżki. Natomiast nas – nielicznej grupy zawodowej – nikt nie widział. Bo np. pielęgniarek w kraju jest ok. 300 tys., a nas raptem 16 tys. Gdy więc któryś z nas krzyknie w tłumie: "Jestem diagnostą, zauważcie mnie!", to od razu w nim ginie i nikt go nie słyszy – ocenia.

Jak mówi, dopiero od niedawna młodszy diagnosta po studiach medycznych zarabia 4,1 tys. zł brutto, a starszy - po specjalizacji - dostaje 5,4 tys. zł, ale to wciąż niewiele w porównaniu do kwalifikacji. Bukowska-Stakova ma tytuł doktora nauk medycznych, skończoną specjalizację z laboratoryjnej immunologii i zaczętą z laboratoryjnej hematologii. Z kolei dr Agnieszka Gierszon jest w trakcie specjalizacji z laboratoryjnej transfuzjologii medycznej.

- Poziom naszych zarobków przekłada się na spadek zainteresowania tym zawodem wśród młodych. Jeszcze parę lat temu analityka medyczna była trzecim najbardziej obleganym kierunkiem studiów medycznych (po stomatologii i wydziale lekarskim). A przez tę politykę niskich płac i zupełnego niedoceniania diagnostów nasz kierunek gdzieniegdzie ma już więcej miejsc niż chętnych. Władze niektórych uczelni zastanawiają się, czy nie obniżyć progu punktów, który musi przekroczyć maturzysta, żeby dostać się na analitykę medyczną. Zaraz doczekamy się selekcji negatywnej do zawodu – wzdycha Karolina Bukowska-Strakova.

"Nie ugotuję zupy z odczynnika"

Dr Agnieszka Gierszon zwraca uwagę, że nie tylko niskie płace świadczą o niedofinansowaniu zawodu diagnostów laboratoryjnych. - Nie chcę, by wyszło, że mówię o swoim pracodawcy, bo w wielu miejscach jest podobnie, ale mój komputer po 12 latach właśnie umarł i nie wygląda, żeby miał zmartwychwstać. Ciągle musimy tłumaczyć, dlaczego potrzebujemy nowych sprzętów biurowych i laboratoryjnych. To jest komos! Po co to tłumaczyć? Skoro potrzebuję np. odczynnika, to przecież wiadomo, że do badań, a nie dla siebie. Nie wezmę go do domu i nie ugotuję z niego zupy. Tłumaczenie takich oczywistości frustruje mnie w tym zawodzie od zawsze - mówi.

Kolejną irytującą rzeczą jest dla niej papierologia. Np. gdy rozpisuje przetarg na odczynnik do badań, dobrze wie, że oferuje go tylko jeden producent na świecie. Mimo to musi znaleźć trzy oferty, żeby wszystko było zgodnie z zasadami. - Nie dość, że niewiele mi płacą, to jeszcze muszę szukać rzeczy, które nie istnieją, by udowodnić, że... nie istnieją. To jest wielki minus tego zawodu – podkreśla.

Coś ważnego

Na jednej szali jest więc frustracja diagnostów związana z niewystarczającymi zarobkami, brakami sprzętu i biurokratycznymi absurdami. Co jest na tyle ciężkie, żeby ją przeważyć?

- Moi pacjenci to bardzo często matki, które podczas ciąży wytwarzają przeciwciała, co niszczy płytki krwi płodów. Małopłytkowość da się wyleczyć, ale pozostawiona sama sobie może doprowadzić do krwotoków i wylewów krwi do mózgu. Dzięki naszym badaniom wiadomo, jak dzieci można leczyć i jakie zalecenia dać matkom na kolejne ciąże. Albo na pierwsze, bo czasem konflikt serologiczny nie pozwala im zajść, mimo że próbują po sześć razy. To dla mnie największa satysfakcja, kiedy te kobiety dzwonią do nas, by powiedzieć, że ciąża się udała, bo były leczone według naszych zaleceń. Lub gdy przychodzą do nas z tymi dziećmi. To zdecydowanie rekompensuje mi minusy tego zawodu – odpowiada dr Agnieszka Gierszon.

- Dla mnie najważniejsza jest świadomość, że robię coś ważnego dla pacjentów. Wiem, że bez naszej wiedzy, czujności i zaangażowania czasem właściwa diagnoza tak łatwo by się nie znalazła. Pacjent mógłby jeszcze długo błąkać się z rodzicami po różnych lekarzach i tracić czas, którego w końcu mogłoby braknąć - dodaje dr Bukowska-Strakova.

Tak było podczas pandemii. Wiosną ubiegłego roku ona i jej koledzy mieli zdecydowanie mniej materiału do badań, bo niewielu małych pacjentów było kierowanych do szpitala. Rodzice dzwonili do lekarzy rodzinnych i słyszeli, że na gorączkę najlepszy będzie antybiotyk. - W ubiegłe wakacje wszystko się odblokowało i zaczęło zgłaszać się do szpitala wielu rodziców, którzy wcześniej wisieli na teleporadach. Niestety zdarzało się, że ich dzieci przychodziły do nas już z bardzo wysokimi poziomami komórek białaczkowych. Trafiały do nas za późno – wspomina dr Karolina Bukowska-Strakova. - To pokazuje, że jesteśmy potrzebni, robimy coś ważnego – puentuje.

Przeczytaj także inne nasze opowieści o ludziach, którzy ratują innym życie:

DOSTĘP PREMIUM