Gdy dziecko patrzy na przemoc, już jest jej ofiarą. "Dla Polaków system brytyjski może być szokujący"

System polski jest rodzinocentryczny lub dorosłocentryczny. System brytyjski jest bardzo precyzyjny, przejrzysty i skupiony na dziecku - na zapewnieniu bezpieczeństwa fizycznego i emocjonalnego. U nas reagujemy z opóźnieniem na objawy przemocy domowej - mówi w rozmowie z TOK FM Joanna Gorczowska, która przez lata pracowała jako ekspertka socjalna dla brytyjskich sądów rodzinnych.

Śmierć trzyletniej Hani z Kłodzka wstrząsnęła Polską. Ale poza szukaniem winnych i wymierzeniem im najsurowszej kary, nie robimy jako państwo nic, by takim tragediom zapobiec. Posłuchaj reportażu Michała Janczury.

Michał Janczura: Czy w brytyjskim systemie dzieci są zabierane za nic?

Joanna Gorczowska*: Nigdy nie miałam takiej sytuacji, że dzieci zostały zabrane "za nic". Aby dziecko mogło być zabezpieczone poza rodziną, na to decyzję musi wydać sąd rodzinny, po przygotowaniu szczegółowego materiału dowodowego przez wnioskodawcę - czyli władze lokalne. Takie stwierdzenie "za nic" jest nieprawdziwe. Sytuacje rodzin, co do których jest podejrzenie przemocy, są bardzo kompleksowe i wymagają specjalistycznej oceny - należy zwrócić uwagę na tło sprawy i przeanalizować, co się w rodzinie dzieje, że mówimy o podejrzeniu przemocy i czy kryteria tzw. progu znacznej krzywdy (ang. significant harm) zostały przekroczone. System brytyjski może być dla nas czasami szokujący. W tamtejszej kulturze oraz systemie próg interwencji w życie rodziny, aby zabezpieczać dziecko, jest znacznie niższy niż w Polsce. Założenie systemowe jest takie, że dziecko powinno funkcjonować w środowisku które wspiera jego rozwój, a nie w środowisku, które je traumatyzuje, nawet jeśli oznacza to, że dziecko musi na stałe być umieszczone poza rodziną biologiczną.

Co nas szokuje?

Tak jak wspomniałam, próg interwencji, który jest znacznie niższy niż w Polsce. Oznacza to, że wszystkie służby pracujące z dzieckiem i rodziną mają obowiązek szybkiej reakcji na najmniejsze oznaki podejrzenia przemocy/zaniedbania i ta reakcja może być od lekarza rodzinnego, pediatry, służb społecznych. Reagują szybciej i na przejawy krzywdzenia wobec dziecka; jednym z nich jest np. zapis mówiący m.in. o tym, że przemocą wobec dziecka jest sytuacja, w której jest świadkiem przemocy w stosunku do drugiego dziecka lub rodzica.

Jakie się wyznacza ten próg?

Jest określony ogólnie i zawiera się w trzech elementach. Mówi się o doświadczaniu przemocy przez dziecko, podejrzeniu przemocy lub sytuacji, kiedy dziecko jest świadkiem doświadczania przemocy - np. widzi ją w stosunku do bliskich. 

Skoro definicje są inne, to czy dla Polaków zderzenie z tym systemem może być szokiem kulturowym?

Myślę, że tak. System brytyjski jest bardzo precyzyjny, przejrzysty i skupiony na dziecku - na zapewnieniu bezpieczeństwa fizycznego i emocjonalnego. W Polsce te reakcje w wielu przypadkach są opóźnione. 

Czym się różnią te systemy?

System polski jest rodzinocentryczny oraz dorosłocentryczny. Oznacza to, np. utrzymywanie spójności rodziny za wszelką cenę, często kosztem traumatyzowania dzieci - np. powroty dzieci do rodzin (gdzie przemoc miała miejsce), bo rodzice okazali minimalną motywację np. zapewnienia, czy też uczestnictwo w warsztatach etc. Nie spotkałam się z oceną tzw. rodzicielskiej wydolności do zmiany (capacity for change),  która może wskazywać, że rodzina ze wsparciem jest w stanie zapewnić dziecku wspierające środowisko opiekuńcze. Dorosłocentryczność polega na tym, iż głos dziecka nie jest brany pod uwagę (dziecko nie ma przedstawiciela w systemie ani w postępowaniu opiekuńczym), z dziećmi się nie rozmawia, nie bierze ich głosu i doświadczeń do procesu decyzyjnego, który de facto jest o ich życiu. W Wielkiej Brytanii nacisk kładzie się na potrzeby dziecka i to jest ugruntowane na wszystkich poziomach systemu, od prawodawstwa, do rozporządzeń, procedur, narzędzi diagnostycznych. W prawie brytyjskim są akty i ustawy precyzyjnie regulujące procedury współpracy pomiędzy instytucjami, modele diagnostyczne rodzin, modele wspierania praktyków. Wszystko ma uwrażliwić pracowników tego systemu, jak najlepiej wspierać dzieci, żeby były bezpieczne, ale także wspierać rodziny biologiczne. W systemie brytyjskim są dwie ścieżki: ścieżką prewencyjna/wspierania (children in need) oraz interwencyjna (section 47). Każda z nich ma osobne procedury działania.

Czym się różnią?

Jeśli próg przemocy nie jest jeszcze przekroczony, to dziecko zostaje w domu i rodzina otrzymuje wsparcie. W przypadku zagrożenia bezpieczeństwa dziecka przechodzi ono pod opiekę rodziny spokrewnionej lub rodziny zastępczej. Jeżeli rodzice zgadzają się na współpracę przed-postępowaniową (pre proceedings), i wydaje dobrowolną zgodę na umieszczenie dziecka w pieczy, to sprawa się toczy bez konieczności udziału sądu. Jednak jeśli rodzice nie współpracują i np. decydują o wycofaniu zgody na utrzymanie dziecka w rodzinie zastępczej, a według ocen istnieje ryzyko powrotu dziecka do rodziny, to wtedy wnioskodawca - władze lokalne - ma obowiązek złożyć wniosek do sądu rodzinnego, który podejmuje decyzję o zapieczeniu dziecka i prowadzi sprawę o ustalenie jego sytuacji. 

W jaki sposób?

Pracownik socjalny dziecka (child social worker) przeprowadza diagnozę potrzeb i sytuacji dziecka, jest głosem tego dziecka w systemie poprzez nawiązanie relacji z nim, rozmowy, obserwację jego funkcjonowania i rozwoju, w czasie regularnych wizyt, często niezapowiedzianych, w rodzinie biologicznej lub zastępczej. Systemowo, dziecka potrzeby powinny być w centrum uwagi. Rodzina jest wspierana przez pracowników socjalnych, ale bardziej jako wskazówki i prowadzenie, gdzie się udać po pomoc - np. do instytucji terapeutycznych czy pracujących z ofiarami przemocy lub uzależnieniami - niż bezpośrednie wsparcie. Dla pracownika socjalnego dziecka w centrum uwagi jest dziecko. 

W systemie brytyjskim też chodzi o to, żeby dziecko szybko wróciło do rodziny biologicznej?

O ile taka rodzina jest dla dziecka bezpiecznym środowiskiem do powrotu, to tak. Ale nie za wszelką cenę. I tu chyba jest ta wielka różnica pomiędzy Polską a Wielką Brytanią. Założenie jest takie, że dziecko ma prawo do bezpieczeństwa fizycznego i emocjonalnego - w rodzinie biologicznej lub zastępczej czy adopcyjnej. Priorytetem jest dobro i bezpieczeństwo dziecka. Podkreśla się, że każda tymczasowość działa na niekorzyść jego rozwoju - a opóźnienie w podejmowaniu decyzji muszą być solidnie uzasadnione. Mówi się o no delay principle. Brytyjski system działa zgodnie z zasadą planowania stałości. To założenie oparte o badania szczególnie w zakresie teorii więzi, wpływu wczesnodziecięcych doświadczeń negatywnych na rozwój dzieci. Postępowanie opiekuńcze w systemie brytyjskim, od momentu rozpoczęcia, ustawowo nie powinno przekraczać sześciu miesięcy. Dziecko powinno jak najszybciej, jeśli to możliwe, znaleźć stałe środowisko opiekuńcze. Postępowanie można przedłużyć w  szczególnych przypadkach. Planowanie równoległe oznacza, że w czasie postępowania eksploruje się wszystkie opcje - diagnozy rodziny zastępczej, rodziny spokrewnionej oraz innych opcji, jak adopcja czy opieka długoterminowa, aby nie doprowadzać do opóźnień w postępowaniu, po to, aby sędzia, mając wszystkie opcje, mógł/mogła podjąć właściwą dla dziecka i jego dobra decyzje.

Co to jest serious case review?

Ten mechanizm określany jest również jako safe guarding practice review.  To jego najbardziej aktualna nazwa. W skrócie to mechanizm weryfikacji, poprawy i wspierania samoregulacji systemu, po to, aby wnioski były podstawą zmian systemowych. Serious Case Review analizuje przypadki śmierci lub uszczerbku zdrowia dziecka, formułuje wnioski i rekomendacje, aby uszczelniać i poprawiać system, aby lepiej chronił dzieci.

Jak to się odbywa?

Mechanizm działa na szczeblu lokalnym i centralnym. Na lokalnym przeprowadzany jest przez Rady Ochrony Dzieci. To takie organizacje, np. na obszarze gminy, odpowiedzialne za koordynację i wspieranie współpracy pomiędzy instytucjami za wdrażanie procedur ochrony dziecka, szkolenie i nadzorowanie systemu. Te rady mają za zadanie przeprowadzanie serious case review. Procesy na poziomie centralnym przeprowadza się, kiedy ma to znaczenie dla całości systemu. Jeśli w jakiejś sprawie pojawia się coś na tyle istotnego, że przyczynia się do fundamentalnych zmian rozporządzeń czy prawodawstwa, to ma to miejsce na poziomie centralnym.

Czyli każda sprawa poważnej przemocy, uszczerbku na zdrowiu czy śmierci dziecka jest sprawdzana?

Mówi o tym rozporządzenie Working Together - każda śmierć dziecka, nawet rezydenta danej gminy, które zmarło lub doznało poważnego uszczerbku na zdrowiu poza miejscem zamieszkania. 

I co się bada?

Co się stało, jak doszło do przemocy. Jakie elementy systemu zawiodły i dlaczego. To nie jest śledztwo prokuratorskie, ani mające na celu procesy dyscyplinarne. Nie chodzi o szafowanie winą. Po sprawie Baby P (17-miesięczny Peter, który zmarł w Londynie na skutek długotrwałego maltretowania przez opiekunów – red.) powstała dogłębna analiza systemu ochrony dziecka w Anglii przeprowadzona przez profesor Eileen Munro, która zwróciła uwagę na istotę serious case review. Chodzi o naukę, na poziomie systemowym - co możemy zrobić lepiej, a nie o szukanie winnych. Patrzymy, jak system zadziałał lub nie, jak doszło do przemocy, gdzie są słabe ogniwa, ale też gdzie są dobre. O sukcesach i mocnych stronach też warto mówić. No i zastanawiamy się, co mogłoby zadziałać lepiej. Rady są instytucjami wspierającymi interdyscyplinarną współpracę i wymianę informacji, i są osobnym organem poza służbami ochrony dziecka i młodzieży, które z kolei wchodzą w skład władz lokalnych.

I to funkcjonuje od lat 70.?

Tak, bo wciąż pojawiają się nowe przypadki serious case review. Najbardziej znane to wspomniana sprawa Baby P, ale też Victorii Climbie (8-latka, która zmarła w 2000 roku, zakatowana przez opiekunów - red.) i Daniela Pełki (4-latek zamordowany w Coventry w 2012 roku, przed śmiercią był głodzony - red.).

Dziecko zmarło w wyniku przemocy, dokonano analizy i co dalej?

Członkowie rady lokalnej kontaktują się z radą centralną. Ustalają, czy sprawa wymaga szerszej analizy. W takim przypadku powstaje raport, który trafia do Departamentu Edukacji. Rząd dostaje czas na ustosunkowanie się do rekomendacji.

Ustosunkowuje się? Zmienia prawo?

Jeżeli raport z serious case review stwierdza konieczność zmiany systemowej, to tak.  Najistotniejsze zmiany, do których doszło, to efekt właśnie takich analiz. Wprowadzono wiele rozporządzeń, procedur czy też reform jak np: Every Child Matters, która  rozszerzyła zakres działania służb - wspierania oraz chronienia dzieci na edukację oraz zdrowie.

Rozumiem, że podstawą pracy jest szczegółowa dokumentacja?

To obowiązek każdego pracownika. W przeszłości jedną z rekomendacji było umieszczenie dokumentów w jednym miejscu. Dlatego dokumentacja jest zdigitalizowana. I bardzo szczegółowa. Zapisuje się wszystkie czynności, każdy kontakt z dzieckiem, rozmowę, ile spotkanie trwało, kontakt z rodziną zastępczą, biologiczną, oceny rodziców, rozmowy z lekarzem, pielęgniarką, nauczycielem, wszystkie informacje, które nam podali. Jakiekolwiek braki rzutują na cały proces. Takie dokumentacje są później materiałem dowodowym do przeprowadzania analiz serious case review, o ile dana sprawa wymaga analizy.

I do tego są lekarze wyspecjalizowani w badaniu dzieci pod kątem przemocy.

Przeprowadzają tzw. child protection medical – badanie medyczne ochrony dziecka. To proces bardzo ustrukturyzowany. Każde zranienie, uszkodzenie musi być  sfotografowane, opisane, zmierzone i ocenione. Rodzic w procesie jest proszony o wyjaśnienie, jak dany uraz powstał. Lekarz wystawia ekspertyzę, czy uraz jest przypadkowy, czy nie i opinia lekarza jest później dyskutowana z rodzicem, w czasie oceny rodzicielskiej i informacje uzyskane od rodziców analizowane w czasie oceny. Nieprzypadkowy uraz to ten wynikający z przemocowych działań wobec dziecka. Przypadkowy to taki, który powstał w wyniku zabawy, ruchu dziecka lub być może uszkodzeń organicznych się samo nabawiło. Lekarze mają kompetencje i wiedzę, jak zaklasyfikować dany uraz.

Wspomniała pani o sprawach Baby P, Victorii Climbie i Daniela Pełki. Dlaczego były takie głośne?

Dramat, którego doświadczyły te dzieci, był spektakularnie okrutny. Victoria Climbie była dziewczynką, która przyjechała z ciotką z Wybrzeża Kości Słoniowej do Wielkiej Brytanii. Doświadczała bardzo długo okropnej przemocy. Potwierdziło to badanie przeprowadzone po jej śmierci. Podobnie w przypadku Baby P, który nie miał dwóch lat, gdy zginął. Sprawa Daniela Pełki nas dotknęła, bo dziecko pochodziło z Polski.

A czym był Lord Laming's report?

Dotyczył Victorii Climbe. Był bardzo szczegółową analizą sytuacji. Zawierał dużo wątków, m.in. wskazywał na niewystarczającą współpracę między instytucjami i zaangażowanie pracowników w budowanie relacji i  w rozmowy z dzieckiem. Z dziewczynką rozmawiała pracownica socjalna, która napisała, że Victoria jest nieśmiała i przypisała to normom kulturowym. Dziś wiemy, że dziewczynka doświadczała okrutnej przemocy. Zawiodło wiele elementów systemu. Raport pokazał również, jak ważne jest wsparcie dla osób pracujących na pierwszej linii frontu.

Jak pani wspomniała, sprawa Daniela Pełki była szokiem, zwłaszcza dla nas w Polsce.

Powstała petycja o wprowadzenie prawa Daniela Pełki, ale nie przypominam sobie jakichś wielkich zmian systemowych. Tutaj nie zadziałały wszystkie mechanizmy systemowe. Problem pojawił się również na tle kulturowym. Chłopiec cierpiał głód: był wychudzony. Na zajęciach wyjadał fasolki z sadzonek. Współpraca matki ze szkołą była nierównomierna, niespójna np. matka zaczęła przygotowywać mu pudełko śniadaniowe, ale porcje były małe. Szkoła poczytała za dobrą monetę, że matka współpracuje, a nie zwróciła uwagi na fakt, że jej współpraca i zaangażowanie jest nierówne. To powinno zapalić czerwoną lampkę, że dzieje się coś bardzo niepokojącego. Było wiele sygnałów, że Daniel doświadcza przemocy, żadna ze służb nie zareagowała na to adekwatnie, tak jak regulują to procedury.

W Polsce istnieją podobne regulacje do serious case review?

Słyszałam o takim projekcie. Prężnie w tym obszarze działa Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę. Ale żeby to zadziałało również w Polsce, musi powstać szczegółowa i jasna metodologia. Nie wystarczą rozwiązania prawne. Wyobrażam sobie, że powstanie zarys pracy z konkretnymi przypadkami, potem przeanalizowanych zostanie kilka przypadków z ostatnich lat, potem napisany będzie raport. Moja sugestia jest taka, abyśmy nauczyli się używać ten mechanizm najpierw na poziomie centralnym.  A potem pomyśleć o stosowaniu go lokalnie. Nie szukajmy winnych, uczmy się na brytyjskich doświadczeniach, jak wprowadzać wnioski i rekomendacje do systemu, aby się regulował i lepiej zapewniał bezpieczeństwo dzieciom doświadczającym przemocy.

W tym systemie role urzędników są jasno określone. Brytyjscy urzędnicy są lepiej wyedukowani, mają lepsze narzędzia, warunki?

Są wykształceni inaczej, w spójności z funkcjonowaniem i założeniami systemu. Wynikiem serious case review są również rekomendacje systemu kształcenia pracowników socjalnych. Również procedury ochrony dziecka są bardzo szczegółowe. Tam nie ma miejsca na niepewność i brak jasności. Ścieżka od zgłoszenia przemocy do wyjścia dziecka z systemu jest określona bardzo jasno. Kluczowe jest, żeby wiedzieć, co robić, do kogo się zwrócić i w jakim czasie. Czas ma ogromne znaczenie. Myśląc o polskim systemie, i o tym jak powinien wyglądać system, który chroni potrzeby i zapewnia bezpieczeństwo dziecka, niestety mam poczucie pomieszania i chaosu.

Co pani myśli, patrząc na polski system po doświadczeniach brytyjskich?

W moim doświadczeniu w Polsce spotkałam dużo dobrej praktyki i dobrej woli. Często pracownicy zwracali uwagę w rozmowach: "O, właśnie tego nam potrzeba!". W czasie moich warsztatów czy wystąpień konferencyjnych czułam, że nadawaliśmy na tych samych falach. Ludzie mają mnóstwo energii i determinacji. Z drugiej strony jest smutek i przerażenie oraz wypalenie, bo nie czują się wspierani systemowo i jako praktycy nie mają mocy sprawczej. Jest chaos, niejasność, nie wiadomo, czy wspieramy rodzinę, czy chronimy dziecko. Brakuje wsparcia superwizyjnego, a pracownicy mają za dużo rodzin, które mają wspierać. Ale zmianę trzeba od czegoś zacząć. Nie będziemy mieli od razu modelu systemu brytyjskiego, zacznijmy od refleksji nad naszym.

*Joanna Gorczowska, psychoterapeutka, pedagożka, pracowniczka i ekspertka socjalna dla brytyjskich sądów rodzinnych z 15-letnim doświadczeniem. Zajmowała się diagnozą i oceną rodzin zastępczych, szkoleniem, wspieraniem. Pracowała z rodzinami biologicznymi, których dzieci trafiły do pieczy zastępczej. Tworzy ekspertyzy dla sądów brytyjskich.

DOSTĘP PREMIUM