"Jak urwać jeszcze jedną setną sekundy, by przeskoczyć siebie". Aleksandra Mirosław o biciu rekordu świata i ciągłej presji na wyniki

Twierdzi, że nie obciąża jej ciągła presja, by przeskoczyć siebie i innych. - Uwielbiam rywalizację i związaną z nią adrenalinę. Lubię presję, by polepszyć wynik. Dobrze mi też ze świadomością, że w mojej konkurencji nie można popełnić błędu, bo on zazwyczaj oznacza przegrany bieg. Im większa cena, większy stres, tym większa satysfakcja - mówi Aleksandra Mirosław, rekordzistka świata we wspinaczce sportowej.

- Widzą państwo na palcu prawej ręki plaster, ślad po kontuzji. Nie mogła trenować przez wiele miesięcy, a proszę zobaczyć, ma formę olimpijską - mówili komentatorzy Eurosportu, gdy Aleksandra Mirosław przed ścianką wspinaczkową przygotowywała się do startu w finale igrzysk olimpijskich w Tokio.

Rozbrzmiał dźwięk sygnalizujący start, a zaledwie 6.84 sekundy później komentatorzy krzyknęli: "Jest! Jest rekord świata! Niewiarygodny wynik. Zrobiła to!".

Emocjonalny rollercoaster

- Pomysł na uprawianie tego sportu wzięłam od Gosi, mojej starszej o trzy lata siostry - wspomina Aleksandra Mirosław. - Przywoziła do domu puchary i medale z krajowych zawodów wspinaczkowych. Była moją idolką, chciałam być jak ona. W pewnym momencie poprosiłam rodziców, by mi pozwolili pójść na ściankę. Zgodzili się i tak się zaczęło. Był rok 2007, miałam 13 lat – dodaje.

Już dwa lata później przywiozła z Walencji tytuł mistrzyni świata juniorów. W 2011 roku - jako 17-latka - zdobyła go ponownie i pobiła rekord Europy seniorów. W kolejnych latach na dużych imprezach sportowych wywalczyła jeszcze wiele medali, w tym pięć złotych.

Zwrot w jej karierze nastąpił w 2016 roku. Chciała przygotować się do mistrzostw świata w Paryżu, ale w jej rodzinnym Lublinie nie było odpowiedniej ścianki wspinaczkowej, na której mogłaby ćwiczyć, dlatego dojeżdżała na treningi do Tarnowa – ok. 3,5 godz. w jedną stronę. Jednak było to mocno uciążliwe, więc na dwa miesiące przed mistrzostwami - razem ze swoim trenerem Mateuszem Mirosławem, a prywatnie partnerem - podjęła decyzję, że przeprowadzą się do Tarnowa.

- Startowi w Paryżu podporządkowałam właściwie wszystko. Całe życie prywatne i dużą część oszczędności, bo wynajmowałam jedno mieszkanie w Tarnowie, a drugie wciąż w Lublinie. Okazało się, że to poświęcone "wszystko" starczyło tylko na 4. miejsce w Paryżu, a w sporcie nieolimpijskim to jest dosłownie nic. Zaczął się emocjonalny rollercoaster – wspomina.

Na ten rollercoaster była nieprzygotowana. Poprzednie lata przyzwyczaiły ją do sukcesów. Jako młoda zawodniczka nie wiedziała jeszcze, że kariera sportowca często wygląda jak sinusoida – kolejne sukcesy poprzedzają porażki.

- Po Paryżu myślałam o rezygnacji ze sportu i pracowaniu z dzieciakami jako trenerka. Ale do akcji wkroczył Mateusz. Wsparł mnie i powiedział, żebym jeszcze spróbowała na mistrzostwach świata w Innsbrucku w 2018, a jeśli tam nie wyjdzie, to zajmę się czymś innym. W 2017 roku w Lublinie powstała 15-metrowa ściana wspinaczkowa do trenowania "czasówek", przez co warunki treningowe bardzo się poprawiły. Postanowiłam więc, że spróbuję. I udało się, w Innsbrucku zajęłam 1. miejsce - mówi.

Gdy w listopadzie 2020 roku – ledwie dziewięc miesięcy przed startem w Tokio – załapała kontuzję dłoni, to mimo że jej plan treningowy wywrócił się do góry nogami, nie wpadła już w kryzys. - Tym razem inaczej do tego podchodziłam. Zastanawiałam się z trenerem, czy wyrobię się przed Tokio z przygotowaniami, ale mimo to nie rezygnowałam, bo cel był aktualny: igrzyska olimpijskie - tłumaczy.

Tokio to jej wielki sukces, bo pobiła rekord świata. - Nie miałam poczucia niedosytu, że nie wróciłam stamtąd z medalem. Zajęłam 4. miejsce w trójboju wspinaczkowym, czyli w konkurencji, w której nigdy się nie specjalizowałam i która debiutowała na igrzyskach. Specjalizuję się we wspinaniu na czas, a jego nie było jako oddzielnej konkurencji. Wróciłam z Tokio w pełni usatysfakcjonowana - wyjaśnia.

I dodaje: - Myślę, że gdyby nie tamten dołek po Paryżu, to bym nie odniosła sukcesu na igrzyskach olimpijskich. Gdyby wtedy nie wsparł mnie Mateusz, to byśmy teraz o rekordzie w Tokio nie rozmawiali.

"Życie prywatne mieszało się z zawodowym"

Poznała go, gdy była studentką. Zajmował się wideo edycją i dostał zlecenie na nakręcenie materiału o sportowcach. Ktoś polecił mu Aleksandrę Rudzińską, utytułowaną już sportswomenkę. - Trafił do mnie i nakręciliśmy razem ten materiał, a potem zaczęliśmy się spotykać. Gdy zmieniałam trenera, Mateusz powiedział, że mi pomoże. Dużo się od siebie uczyliśmy, bo on był trenerem od przygotowania motorycznego, a ja siedziałam we wspinaczce. Nie podejrzewaliśmy, że ja kiedyś pojadę na igrzyska, a on zostanie trenerem kadry narodowej – wspomina Aleksandra.

Współpracuje z Mateuszem Mirosławem od 2014 roku. Jak mówi, na początku - jak w każdej świeżej relacji - było bezproblemowo, bo dużo czasu spędzali razem. Jednak później to, co w pierwszych miesiącach było zaletą, obróciło się w wadę - życie prywatne zbyt intensywnie mieszało się z zawodowym.

- Wszystko trzeba było poukładać, co kosztowało nas sporo wysiłku. To, jak teraz nam się układa, jest wynikiem 7-letniej pracy, uczenia się siebie nawzajem. Mateusz nie ma łatwo, bo musi łączyć wiele ról: partnera, trenera, trochę mojego psychologa, ale świetnie mu to wychodzi. Daje mi ogromne wsparcie w życiu i podczas treningów. Cieszę się, że na zawodach mam przy sobie bliską osobę, dzięki czemu nie muszę przeżywać rozłąki i tęsknoty, jak inni sportowcy - mówi.

Ciągła presja, by przeskoczyć siebie

Dzień zaczyna o godz. 7 lub 8 – w zależności od tego, kiedy jej pies ma ochotę wyjść na spacer. Potem śniadanie, przeglądanie Instagrama i Facebooka, wiadomości od fanów i maili od kontrahentów. - Dzisiaj większość sportowców utrzymuje się w dużej mierze z kontraktów sponsorskich, a rozwinięte media społecznościowe są kartą przetargową dla potencjalnych sponsorów. Nie mam managera, działam sama, czasami pomaga mi Mateusz - twierdzi.

Popularność jej kanałów w mediach społecznościowych wzrosła po igrzyskach w Japonii. Nie tylko ich, ale całej wspinaczki sportowej, która jako dyscyplina olimpijska zadebiutowała dopiero w Tokio. - Widzę ten wzrost popularności, ale bardziej mnie cieszy, że miałam szansę być w samym środku transformacji sportu nieolimpijskiego w olimpijski. Dzięki temu wielu ludzi dowiedziało się, że coś takiego jak wspinaczka sportowa w ogóle istnieje – zauważa.

Nie ujawnia, ile zarabia, ale mówi, że wie, jak to jest utrzymywać się za 1,3 tys. zł miesięcznie. - Miałam taki okres, więc znam rzeczywistość z obu stron. Dzięki temu doceniam moment, w którym się teraz znajduję – podkreśla.

Gdy już odpowie na poranne maile, poumawia spotkania z kontrahentami, przekopie się przez rozliczenia, może pojechać na trening. Zwykle trwa od godz. 10 do 19. Nie ma wtedy odbierania telefonów, zerkania do mediów społecznościowych, dzwonienia do znajomych. Jest tylko robienie "czasówek" na ścianie wspinaczkowej i ćwiczenia na siłowni. Potem regeneracja, ewentualnie masaż u fizjoterapeuty i znów te "jednostki treningowe".

- Wiadomo, że czasami jestem zmęczona i nie chce mi się trenować, bo jest tego dużo. Trudne momenty wynagradza mi jednak świadomość, że robię postęp – wyjaśnia.

Twierdzi, że nie obciąża jej ciągła presja, by przeskoczyć siebie i innych. - Uwielbiam rywalizację i związaną z nią adrenalinę. Lubię presję, by polepszyć wynik. Dobrze mi też ze świadomością, że w mojej konkurencji nie można popełnić błędu, bo on zazwyczaj oznacza przegrany bieg. Im większa cena, większy stres, tym większa satysfakcja - zapewnia.

Szeregowa Aleksandra Mirosław

W Tokio była rekordzistką świata, ale w swojej jednostce wojskowej jest po prostu szeregową Aleksandrą Mirosław.

Zaczęło się w grudniu 2020 roku, gdy szef Wojskowego Zespołu Sportowego we Wrocławiu zadzwonił do niej z propozycją dołączenia do armii. Wojsko wpiera finansowo sportowców, a oni w zamian promują przekaz, że "bycie żołnierzem jest fajne". Aleksandra Mirosław dołączyła do Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego, przeszła szkolenie i została zaprzysiężona.

Razem z nią zrobiło to ok. 100 sportowców z różnych dyscyplin, w tym pływania, lekkoatletyki i biatlonu. - Na co dzień żyjemy w cywilnym świecie, gdzie trenujemy i przygotowujemy się do najważniejszych imprez sportowych, są jednak sytuacje, kiedy musimy stawić się do jednostki, np. przy okazji szkoleń wojskowych, egzaminów czy obchodów Święta Wojska Polskiego. Dla mnie jako żołnierza-sportowca najważniejszymi imprezami są Wojskowe Mistrzostwa Świata oraz Wojskowe Igrzyska Sportowe, które pomimo że startują w nich tylko żołnierze, mają bardzo wysoki poziom sportowy. Podobnie jak Wojsko Polskie, armie z całego świata rekrutują najlepszych sportowców - wyjaśnia.

Show w Tokio 2021

Rano przed występem w Tokio wzięła zeszyt i rozpisała harmonogram dnia. Nie miała jednak wielu zadań, bo przed zawodami już tylko się wycisza i koncentruje. Nie odbiera telefonów, kontakty z rodziną odkłada na później, media społecznościowe też muszą poczekać. W Tokio nie wiedziała nawet, co się dzieje w innych konkurencjach na olimpiadzie, choć była w jej środku.

Czy przygniatał ją stres? - Czułam go, ale już dawno się z nim polubiłam. Wiedziałam, że to dzień mojego show. Przygotowywałam go przez kilka miesięcy, by tego dnia pokazać, co wypracowałam - dodaje.

Określenie "show" pasuje tym bardziej, że Mirosław nie wystąpiła w Tokio na hali sportowej, tylko na scenie, na której rozstawiono reflektory i kamery, a przed nią zasiadła publiczność. Zanim Polka weszła na scenę, zrobiła rozgrzewkę i czekała za ścianką wspinaczkową na swój moment. - Byłam już spokojna. Mimo że miałam przed sobą jeszcze najważniejsze, czyli rywalizację, to wiedziałam, że nic więcej już nie mogę zrobić. Im bliżej było startu, tym ja stawałam się spokojniejsza – wspomina.

Weszła na scenę i asekuranci przypięli jej linę. Była skoncentrowana i odcięta od bodźców. Nie zwracała uwagi na kamery ani publiczność.

A potem rozbrzmiał dźwięk sygnalizujący start i zegar zaczął odliczać czas. Zaledwie 6.84 sekundy później było już po wszystkim. - Dotknęłam wyłącznika czasu na górze ściany i od razu zobaczyłam na monitorze, że mam rekord świata! Byłam mega szczęśliwa. To był moment, na który pracowałam od 2007 roku, kiedy zaczęłam się wspinać jeszcze jako dziecko - opowiada.

Pierwszy raz do rekordu świata zbliżyła się w 2011 roku, kiedy - startując jeszcze jako juniorka - pobiła rekord Europy. Później w 2013, 2018 i 2019 była blisko osiągnięcia swojego celu, ale zawsze brakowało jej tych setnych sekundy. - I w końcu przyszło Tokio, wreszcie się udało. W dodatku trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce i czas do pobicia rekordu świata niż igrzyska olimpijskie - zauważa.

Co było po tym, jak zeszła ze sceny? - Od razu pomyślałam, co dalej. Jak następnym razem urwać jeszcze jedną setną sekundy, by przeskoczyć siebie – puentuje Aleksandra Mirosław.

DOSTĘP PREMIUM