"Polska ściga się z Białorusią na okrucieństwo". 32 osoby wciąż koczują na granicy w Usnarzu Górnym

32 osoby, w tym kobiety i dzieci, wciąż koczują na polsko-białoruskiej granicy w Usnarzu Górnym. Z jednej strony otoczeni są przez funkcjonariuszy Straży Granicznej, z drugiej przez białoruskich żołnierzy. Reporter TOK FM informuje, że dzisiaj do koczujących mając dotrzeć leki, nie wiadomo jednak, czy zostanie dopuszczony do nich lekarz.
Zobacz wideo

W czwartek do uchodźców koczujących na polsko-białoruskiej granicy w końcu dopuszczono przedstawicieli organizacji pozarządowych. Fundacja Ocalenie poinformowała, że w grupie 32 osób, które od 11 dni przebywają w pobliżu Usnarza Górnego, są kobiety, 15-letnia dziewczyna i osoby chore. Ludzie wciąż otoczeni są kordonem strażników, a od strony białoruskiej stoją uzbrojeni żołnierze.

Jak poinformował dziś reporter TOK FM Jakub Medek, widać, że dostarczone przez Fundację Ocalenie namioty i śpiwory dotarły do uchodźców. "Jest szansa, że dziś dotrą na granicę lekarstwa i lekarz, nie wiadomo jednak, czy państwo polskie umożliwi mu dostęp do potrzebujących" - napisał na Twitterze.

Od wczoraj w Usnarzu jest poseł Maciej Konieczny. - Jest wojna hybrydowa ze stroną Łukaszenki i co? My związku z tym, co zamierzamy? Podobnie jak Łukaszenka traktować ludzi jako narzędzia w tej wojnie? Nie, cywilizowane państwo nie może się zachowywać jak dyktatura - powiedział polityk partii Razem.

- Jeżeli na naszej granicy są ludzie, którzy potrzebują pomocy, domagają się ochrony międzynarodowej, to zgodnie z prawem mamy ich przyjąć. W tym momencie Polska ściga się z Białorusią na okrucieństwo wobec tych ludzi - dodał w rozmowie z reporterem TOK FM.

Na miejscu są też posłanki KO Urszula Zielińska i Klaudia Jachira. Przywiozły m.in. koce, jedzenie, artykuły higieniczne, maseczki.

"Granica obstawiona wojskiem, dziś już nie ma jak dojść do uchodźców. Dzięki tłumaczce udało się zrobić wywiad medyczny, niektórzy potrzebują pomocy. Na miejscu jest lekarka, ale nie ma jak dojść do obozu. Sytuacja patowa" - relacjonował wczesnym popołudniem Medek. "Przyjechał też poseł Winnicki, z kwiatami dla wojska" - dodał. 

"Możemy powiedzieć, że doszło do naruszenia prawa"

Wczoraj w Usnarzu byli też przedstawiciele Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. - Po całodniowych obserwacjach możemy powiedzieć, że doszło do naruszenia prawa. Straż Graniczna miała obowiązek, i ten obowiązek był kilkukrotnie dla nas bardzo wyraźny, przyjęcia od osób przebywających na granicy wniosków o ochronę międzynarodową - mówił w TOK FM Marcin Sośniak z Biura RPO.

Opowiadał, że rozmów z koczującymi osobami wynikało, że przekroczyli granice, po czym zostali zatrzymani przez umundurowanych funkcjonariuszy i cofnięci. - Nie byliśmy w stanie w tracie tej rozmowy ustalić, co to byli za funkcjonariusze - zaznaczył. Jak dodał, trudno tak naprawdę ustalić, w którą stronę uchodźcy szli, gdzie przebywali wcześniej. - Nie do końca mają świadomość, gdzie są. Nie orientują się w miejscu, do niedawna nie orientowali się nawet, na jakiej granicy są - opowiadał. 

Z kolei szef MON Mariusz Błaszczak opublikował w piątek zdjęcia żołnierzy patrolujących granicę i poinformował, że operacji bierze udział ponad 900 wojskowych. "Silne wsparcie Sił Zbrojnych RP na granicy. Wojsko Polskie wspólnie ze Strażą Graniczną patroluje odcinek graniczny z Białorusią. Dziś w operacji udział bierze ponad 900 żołnierzy. W razie potrzeby jesteśmy w stanie natychmiast zwiększyć zaangażowanie" - napisał na Twitterze. 

"Te osoby nie koczują na granicy" 

Wiceszef MSZ Marcin Przydacz pytany w piątek w TVP Info o sytuację na granicy, odparł, że Polska musi działać w zgodzie z prawem, w tym prawem unijnym i musi chronić zewnętrzną granicę UE. - W tej sytuacji wykorzystywania żywych ludzi przez reżim Alaksandara Łukaszenki nie możemy dać sprowokować sobie kryzysu wewnątrz Polski. Ci wszyscy, którzy próbują grać kartą emocjonalną, humanitarną, niestety bezwiednie - mam nadzieję - grają w koncercie napisanym przez Alaksandara Łukaszenkę - stwierdził. 

Zdaniem wiceszefa polskiej dyplomacji Łukaszenka celowo "ściąga" uchodźców z Azji Południowej i Bliskiego Wschodu i próbuje ich zmusić do przekroczenia granicy. - Te osoby nie koczują na granicy, tylko legalnie przebywają na terytorium Białorusi. To Białoruś wpuściła te osoby legalnie na swoje terytorium przez przejście graniczne, a najpewniej przez port lotniczy w Mińsku. To Białoruś odpowiada za te osoby - powiedział Przydacz.

Podlaski Oddział Straży Granicznej nie komentuje sprawy grupy koczującej w Usnarzu Górnym. Wiceszef MSWiA Maciej Wąsik, pytany w środę o doniesienia w tej sprawie, podkreślał, że nikt nie koczuje po polskiej stronie granicy, a sytuacja po białoruskiej stronie to konsekwencja celowych działań prezydenta Białorusi. Premier Mateusz Morawiecki do problemu odniósł się w czwartek w mediach społecznościowych. "Polska musi chronić swoją granicę i dbać o suwerenność naszego terytorium. I to właśnie robi polski rząd. Bardzo szczerze współczuję uchodźcom, którzy znaleźli się w niezwykle trudnej sytuacji, ale należy wyraźnie zaznaczyć, że są oni politycznym instrumentem i narzędziem w ręku białoruskiego reżimu Łukaszenki" - podkreślił premier.

W czwartek w kilku miejscowościach na Podlasiu pojawił się również Robert Bąkiewicz, prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, który podczas swojej wizyty w Zubrzycy Wielkiej zaoferował tamtejszemu sołtysowi wsparcie. "Obiecaliśmy sołtysowi, że Straż Narodowa będzie wspierać działalność miejscowej ludności, aby zapewnić im bezpieczeństwo i wywierać presję na postawienie muru na granicy" - stwierdził. Wcześniej wiceszef MSZ Maciej Wąsik chwalił się zdjęciami rozciąganego na granicy drutu kolczastego.

Obozowisko znajduje się na skraju podmokłej łąki, kilkaset metrów od wsi Usnarz. Uchodźcy zostali przez białoruskie służby wypchnięci z tego kraju, bo taką taktykę od tygodni stosuje reżim Alaksandra Łukaszenki. W ten sposób chce wywrzeć presję na Unię Europejską z powodu nałożonych na władze Białorusi sankcji. Takie same działa Białoruś Łukaszenki stosuje na granicy z Litwą. 

DOSTĘP PREMIUM