"Zdesperowani ludzie próbują przejść na polską stronę, ale są wypychani na granicę"

Dramat cudzoziemców odbywa się nie tylko w Usnarzu. - Przez ostanie dni obserwowaliśmy, że na kilkudziesięciokilometrowym odcinku granicy cały czas zdesperowani ludzie próbują przechodzić na polską stronę, żeby ubiegać się tu o ochronę międzynarodową i są wielokrotnie przez polskich funkcjonariuszy granicznych wypychani na stronę białoruską - mówiła w TOK FM Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej.
Zobacz wideo

Od kilkunastu już dni grupa uchodźców koczuje na polsko-białoruskiej granicy, w miejscowości Usnarz Górny. Polskie państwo nie chce ich przyjąć, a władze przekonują, że osoby te znajdują się po stronie Białorusi i to Białorusini za nie odpowiadają. Ci z kolei - odwrotnie - twierdzą, że cudzoziemcy są po polskiej stronie. I choć oczy wszystkich są obecnie skierowane właśnie na Usnarz, Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej przekonywała w TOK FM, że podobne dramaty rozgrywają się także w innych miejscach polsko-białoruskiej granicy i dotyczą większej liczby ludzi.

- Przez ostanie dni obserwowaliśmy, że na kilkudziesięciokilometrowym odcinku granicy cały czas zdesperowani ludzie próbują przechodzić na polską stronę, żeby ubiegać się tu o ochronę międzynarodową i są wielokrotnie przez polskich funkcjonariuszy granicznych wypychani na stronę białoruską - mówiła Chrzanowska.

Jako przykład podała sytuację, do której doszło w ostatnią sobotę. W jednej z przygranicznych polskich wsi, w lesie, przedstawiciele stowarzyszenia natknęli się na grupę ośmiu mężczyzn, którzy przekonywali, że już wielokrotnie byli zawracani za granicę - jedni kilka, a inni kilkanaście razy. 

- Byli wygłodzeni, zmarznięci, przestraszeni, bardzo słabi. Mówili, że jak tylko spotkali funkcjonariuszy po polskiej stronie, to prosili ich o ochronę. Mówili, że ich życie jest zagrożone, że chcą zostać. Natomiast polscy funkcjonariusze nie chcieli ich słuchać. Tylko odpychali ich do białoruskiej granicy, czasem stosując przy tym siłę. Popychali ich i niszczyli im telefony komórkowe - relacjonowała rozmówczyni Jakuba Janiszewskiego. 

Dodała, że wraz ze stowarzyszeniem postanowili tej grupie pomóc. Przygotowali dokumenty dotyczące ochrony międzynarodowej, podpisali pełnomocnictwa i zgłosili się do straży granicznej z apelem, by ta przyjechała i wobec cudzoziemców wszczęła normalne postępowania administracyjne. 

- Mimo że straż graniczna obiecała, że dopuści mnie do tych czynności jako ich pełnomocniczkę, to wyprosiła mnie później z placówki. Nie pozwoliła mi uczestniczyć przy żadnych czynnościach, które - jak się później okazało - nie były w ogóle prowadzone. Oni przez kilka godzin byli trzymani w tych samych samochodach, którymi straż ich do placówki przywiozła, po czym w środku nocy zostali wywiezieni znów na granicę - opisywała Chrzanowska.

Dzień później ta sama grupa uchodźców znów przedostała się do Polski. Chrzanowska wskazała, że otrzymali od znajomych zdjęcia pokazujące, jak straż graniczna wyprowadza grupę cudzoziemców z lasu, na których widać było, że są to dokładnie te same osoby. - Oni ponownie zostali wtedy przez straż wypchnięci na białoruską stronę. Kilka godzin później inni znajomi dali nam znać, że natknęli się na wycieńczonych cudzoziemców przy samej granicy, którzy zaczęli prosić o pomoc i zaczęli wołać mnie z imienia i nazwiska - kontynuowała.

W końcu, jak podała Chrzanowska, udało się prawnikom dotrzeć do cudzoziemców jeszcze raz, sprowadzić na miejsce też lekarza (bo stan jednej z osób miał być ciężki), media i doprowadzić do tego, że straż graniczna rozpoczęła formalne postępowanie wobec tych ludzi. 

- To jest jednostkowa sytuacja dotycząca tych ośmiu osób. Z tego co obserwujemy, takich osób przechodzi dużo więcej. Prawdopodobnie wiele z nich chce się ubiegać o ochronę, ale nikt z nimi nie rozmawia, nikt nie rejestruje rozmów. Oni są wypychani na stronę białoruską - powiedziała przedstawicielka Stowarzyszenia Interwencji Prawnej.

Prowadzący audycję red. Janiszewski pytał, jak to "zawracanie" na granicę się odbywa. Chrzanowska podała, że "z krótkich obserwacji" prowadzonych na miejscu wynika, że "ludzi się wsadza do samochodów i wywozi się ich do miejsca, w którym jest granica". - Teraz na dość długim jej odcinku jest rozciągnięty drut kolczasty, ale w niektórych miejscach jest on obniżony - powiedziała, sugerując, że prawdopodobnie w tych miejscach może odbywać się "przerzucanie" ludzi na białoruską stronę. Osoby te, jak mówiła dalej ekspertka, po odjechaniu straży granicznej próbują znów przedostać się na terytorium Polski.

Rozporządzenie MSWiA ws. przekraczania granic

Kilka dni temu szef MSWiA Mariusz Kamiński podpisał rozporządzenie, zgodnie z którym przekroczenie zielonej granicy jest uznawane za przestępstwo i osoby, które to zrobią - należy zawrócić do linii granicy państwowej.

Dokument ten komentował niedawno w TOK FM Witold Klaus, ekspert Stowarzyszenia Interwencji Prawnej. - Państwo nie może zastrzec, że nie będzie przyjmowało od kogoś wniosków, musi je przyjąć i rozpatrzyć. I musi to zrobić właściwy organ, a nie straż graniczna - mówił. - Poza tym nie możemy sobie samodzielnie ograniczać tego, jak będziemy stosować konwencję genewską, decydować które osoby bardziej zasługują na ochronę, a które mniej, tylko dlatego, ze rząd uznał, że jakieś grupy potencjalnie mu zagrażają - dodawał.

Ile osób obecnie przebywa w Usnarzu i jaka jest ich sytuacja? Są pewne rozbieżności w tej sprawie. Straż graniczna podaje bowiem, że to 24 osoby (20 mężczyzn i cztery kobiety), natomiast Fundacja Ocalenie - że 32. 

- Są wycieńczeni, stoją tam już piętnastą dobę. Niestety za każdym razem kiedy próbujemy się komunikować, są puszczane syreny albo jakieś dźwięki, które próbują nas zagłuszyć. Nie rozumiemy tego, to jest niehumanitarne - mówił w TOK FM Piotr Bystrianin, prezes Fundacji Ocalenie. 

Podkreślał, że teren, na którym koczują uchodźcy jest bardzo wąski. Kilka dni temu udało się przekazać im śpiwory i namioty, ale nie ma tam nawet miejsca na ich rozłożenie. - Rozłożyli więc tylko jeden namiot, w którym schroniły się kobiety i ta 15-letnia dziewczynka, która tam jest. Pozostali rozłożyli tylko śpiwory. Ale mówili, że już wszystko jest mokre i że jest im zimno - relacjonował Bystrianin. Od kilku dni nie ma z uchodźcami praktycznie żadnego kontaktu. 

DOSTĘP PREMIUM