Alicja miała 19 lat, gdy została sołtyską. Siedziała po nocach, by zbudować plac zabaw [GRZECH 4: (NIE)BIERNOŚĆ]

Piotr Barejka
Gdy Alicja wygrała wybory, okrzyknięto ją najmłodszą sołtyską w Polsce. Miała plan, żeby zdać maturę i wybudować w Nowakowie plac zabaw. Jednak szybko przyszło bolesne zderzenie z rzeczywistością. Nad wnioskami siedziała po nocach, a od niektórych mieszkańców słyszała tylko pretensje. Po trzech dniach chciała iść do gminy, rzucić papierami i z sołtysowania zrezygnować.
Zobacz wideo

Nie Sejm i Senat, tylko rada gminy. Nie premier, tylko wójt i sołtys. Polityka to nie tylko przepychanki na szczytach władzy. Ta prawdziwa polityka jest blisko nas. Im mniejsza gmina, tym jest bliższa i bardziej namacalna. I tym wyraźniej widać polityczne grzechy, układy i konflikty. Idziemy śladem polityki widzianej z bliska, mikropolityki. Tropimy samorządowe grzechy i opisujemy tych, którzy z nimi walczą. To jest odcinek cyklu MIKROPOLITYKA. Grzechy

  • Województwo: Warmińsko-Mazurskie
  • Gmina: Elbląg
  • Liczba mieszkańców: 7448

Do liczącego czterysta dusz Nowakowa wjeżdża się po chwiejnym, pontonowym moście. Kawałek dalej stoi ceglany dom, na parterze dwa sklepy spożywcze. Jest nowoczesna remiza, gminna biblioteka, a w środku wsi niewielki skwerek. Tam stoi ozdobiona kwiatami łódka, obok pojemnik na nakrętki w kształcie serca, czyli pierwszy sukces najmłodszej w Polsce sołtyski. Choć nawet blaszane serce nie przyjechało do Nowakowa bez trudu. Pomysł wydawał się prosty, czyli do pojemnika mieszkańcy będą wrzucać nakrętki, które potem będą sprzedane, a zysk przeznaczony zostanie na szczytny cel. Przynajmniej Alicji na początku wydawało się, że to prosta sprawa.

- Serce nie jest lekkie, ale przywieźli je na palecie, postawili na podwórku i koniec. Zadzwoniłam do gminy, że przecież było umówione, że serce jest z montażem. Okazało się, że montaż był we własnym zakresie - opowiada. - Wcześniej musiałam we wniosku napisać, dlaczego chcę postawić serce, zaproponować firmę, która by je wykonała i zadeklarować koszt. Musiałam wyciągnąć mapy terenu, ustalić numer działki, czy jest to teren gminy, czy powiatu. Napisać, kto będzie nakrętki sprzedawał, a kto odbierał. Gmina pomogła o tyle, że załatwiła w powiecie pozwolenie, potem udało się z gminnego budżetu serce sfinansować - wylicza. Cała operacja trwała cztery miesiące.

Gdy serce wylądowało na podwórku Alicji, w montażu pomogła rodzina. Siostrze zostało trochę betonu po remoncie domu, ojciec i kilku mieszkańców zajęli się murowaniem. I w końcu serce postawili tam, gdzie miało stać.

A potem okazało się, że Alicja musi na własny koszt wieźć worki nakrętek do punktu, bo nie ma komu tego robić. Bywało, że ludzie i tak mieli pretensje, bo coś się według nich nie zgadzało. - Gdyby jeszcze to były porządne pieniądze, a kilo nakrętek kosztuje złotówkę. To czasami uzbiera się sto złotych - wzdycha Alicja. - Zawsze pytam ludzi, na co te pieniądze wydać, a na Facebooku potwierdzenia przelewów - dodaje.

Sklep we wsi Nowakowo niedaleko ElblągaSklep we wsi Nowakowo niedaleko Elbląga Piotr Barejka

"Po trzech dniach miałam dosyć"

Alicja chodziła do klasy maturalnej, gdy podjęła decyzję, że chce zostać sołtyską. Było to dwa lata temu. Codziennie dojeżdżała do technikum w nieodległym Elblągu. - Wcześniej sołtysem był mój tata, ale przez większość czasu nie było go w wiosce, zawsze w rozjazdach. Ludzie mieli pretensje, że co to za sołtys, który ciągle za granicą siedzi, dlatego zrezygnował – wspomina Alicja. - A wtedy ja pomyślałam, że bym spróbowała. Decyzję podjęłam z dnia na dzień. Nawet tata mi mówił, że jestem nienormalna. Był przeciwko temu pomysłowi, bo dobrze wiedział, jak to wygląda. Tylko ja uznałam, że co mi szkodzi. On się zrzeknie, ja wezmę i w rodzinie zostanie – śmieje się.

Początkowo nikt nie wiedział, że Alicja będzie miała rywalkę. Jeszcze dzień przed wiejskim zebraniem wydawało się, że głosowanie to formalność. 19-latka miała poparcie mieszkańców nie tylko dlatego, że jej ojciec był wcześniej sołtysem. Również dzięki temu, od małego udzielała się w straży. Miała siedem lat, gdy otwierała strażakom bramę na wyjazdy. Jednak kiedy napisali do jednej z sąsiadek, czy będzie na zebraniu, ona odpowiedziała, że owszem, ale na Alicję nie zagłosuje. Bo sama będzie startować. 

- Potem zaczęła się nerwówka - wspomina Alicja. Udało jej się wygrać wybory zaledwie trzema głosami. - Zaraz po zebraniu wszystko było w porządku, ale po trzech dniach miałam dosyć. Chciałam iść z papierami do gminy i powiedzieć, że rezygnuję - przyznaje.

Po zebraniu niektórzy we wsi mówili, że Alicja kupiła sobie głosy, że poparcie zdobyła, rozdając butelki wódki, że wójt też został przekupiony. Sąsiadka, dawna rywalka, wydzwaniała do gminy. Robiła wszystko, żeby Alicję odwołać. Oskarżała ją o to, że roztrwoniła pieniądze z funduszu sołeckiego, naciskała, żeby w końcu zwołała zebranie. Kobieta w końcu doprowadziła do powtórnego głosowania. Wtedy wieś zmobilizowała się jak nigdy. Na zebranie przyszło ponad sto osób, aż zabrakło kart do głosowania. Nikt nigdy wcześniej nie widział na zebraniu takiego tłumu. Alicja znów wygrała, jednak wieś i tak przez rok była podzielona. Część za Alicją, a część przeciwko młodej sołtysce.

- Myślałam, że ludzie będą wyrozumiali. Pomogą mi bardziej wdrożyć się w wioskę, że będą mówić, czego im potrzeba, co przydałoby się zmienić. Ale było bolesne zderzenie z rzeczywistością - opowiada Alicja. - Nawet znajomi z technikum stwierdzili, że wpakowałam się na minę. Chociaż wielu też gratulowało, mówili, że się do tego nadaję. I zabawnie to wyglądało, że w maturalnej klasie był sołtys. Nauczyciele się śmiali, ale byli dumni, że mnie uczą i dawali kopa do działania - wspomina.

Serce na nakrętki, czyli pierwszy sukces AlicjiSerce na nakrętki, czyli pierwszy sukces Alicji Piotr Barejka

"Tygodnie mijają, a sołtys nic nie robi"

Mimo że Alicja latami obserwowała swojego ojca, który też był sołtysem, to i tak wiele rzeczy ją zaskakiwało. Bo choć czasy się zmieniały, to sołtysi w innych wioskach wciąż byli ci sami. Na spotkaniu u wójta niezmiennie była i jest najmłodsza. - Większość sołtysów w okolicy to starsze osoby. Była jedna młodsza, ale... po tygodniu miała dosyć. Starsi to zwykle machają ręką i niewiele robią. Nie wychodzą nawet z inicjatywą, żeby zebranie zwołać - opowiada. Kolejne zdziwienie przyszło, gdy chciała wprowadzić w życie swój sztandarowy pomysł, czyli zbudować plac zabaw. - Na początku myślałam, że napiszę projekt, co byśmy chcieli, jakie zabawki i będzie w porządku - uśmiecha się.

I wyciąga wypchaną dokumentami teczkę, wyjmuje kolejne dokumenty, protokoły z zebrań, projekty i wyceny. - Za czasów mojego taty nie było jeszcze funduszu sołeckiego. Prośby kierowało się do wójta i rady gminy - to oni podejmowali decyzje. Było więc łatwiej. A jak jest fundusz sołecki, to gmina ze swojego budżetu nie chce realizować wielu inwestycji. Naprawdę ciężko coś zdziałać - podkreśla. - Jeśli fundusz nawet o złotówkę nie będzie się zgadzał, to wniosek może zostać odrzucony. Musi być jak w szwajcarskim zegarku. Półtora miesiąca temu mnie wezwali, bo okazało się, że cena placu zabaw wyszła niższa. Musiałam dopisać do wniosku, że zostały pieniądze, więc jeszcze jedną maszynę dorzucamy - mówi.

Fundusz sołecki to pieniądze z budżetu gminy zagwarantowane dla sołectwa na inwestycje, ale o tym, na co je przeznaczyć, muszą zdecydować mieszkańcy. Dlatego sołtys zwołuje zebrania, radę sołecką, żeby podjąć odpowiednie uchwały. Gdy Alicja starała się o plac zabaw, dodatkową przeszkodą była pandemia i obowiązujące wówczas obostrzenia. - Do końca września musiałam zdać projekt. Jeżeli by mi się nie udało, to pieniądze by przepadły, bo środki z funduszu nie przechodzą na kolejny rok – wyjaśnia. - Trzeba było znaleźć dobrych wykonawców, wysłać zapytanie do kilku firm. Oddzielnie na plac zabaw, oddzielnie na monitoring. Jedna firma dała znać, druga nie. Został mi tydzień do złożenia wniosku, a jeszcze wszystkiego nie miałam - opowiada.

- I jeszcze w międzyczasie ludzie mówią, że to było obiecane, tamto było obiecane, tygodnie mijają, a sołtys nic nie robi. Przecież powinno już wszystko stać - wzdycha. - Jak pisałam projekt o fundusz sołecki, to siedziałam nawet do drugiej w nocy. Wniosek o małe granty pisałam, gdy miałam egzaminy przez internet. Na jednym komputerze egzamin, a na drugim wniosek. Wiedziałam, że jak mam to napisać, to musi być tak, żebym się tego nie wstydziła - mówi. 

Alicja Rogoz jest sołtyską Nowakowa od ponad 2 latAlicja Rogoz jest sołtyską Nowakowa od ponad 2 lat Piotr Barejka

Najlepszy sołtys w powiecie

Mówi się, że sołtys może, ile wieś pomoże. W rzeczywistości zdarzają się tacy, którzy jeśli do mieszkańców w ogóle wychodzą, to zwykle po to, aby zebrać podatki. Raz na jakiś czas zwołują zebranie, przekażą mieszkańcom, co ustalono w gminie. Tłumaczą, że i tak niewiele mogą. Ale są i tacy, którzy się angażują, chcą zmienić swoją okolicę. Alicja stara się należeć do tych drugich.

A w Nowakowie wciąż wiele rzeczy trzeba zmienić. Część mieszkańców nie ma kanalizacji, nie wszędzie jest oświetlenie. Pani sołtys słała do gminy pisma, ale usłyszała, że powinna to zrobić z funduszu sołeckiego. Problemy w tym, że fundusz nie jest bez dna.- Są też u nas piękne tereny, ścieżki rowerowe i przyjeżdża dużo turystów, szczególnie Niemców. Mamy miejsca, które powinny być widoczne. Na wjeździe jest zabytkowa latarnia, to jedna z kilku w Polsce poniemieckich latarni lotniczych - opowiada dalej.

 Ale trudno dojść do zabytku. Trudno też domyślić się, że to taka rzadkość. Ot, zardzewiała stalowa konstrukcja, nieco pokrzywiona i zarośnięta chaszczami. Alicja słała więc pisma, żeby latarnię odsłonić. I dowiedziała się, że takimi sprawami zajmuje się PTTK, a latarnia stoi na terenie prywatnym, więc niewiele da się zrobić. Raz udało się uprzątnąć teren. Żeby przyciągnąć turystów, Alicja chciałaby też postawić tablice informacyjne. Takie, na których byłyby zaznaczone trasy rowerowe i okoliczne atrakcje. Szczególnie, że turystów może być niedługo jeszcze więcej, bo gdy przekop Mierzei Wiślanej dojdzie do skutku, to Nowakowo znajdzie się na trasie drogi wodnej do Elbląga. Ma też powstać nowy most, a obok przystań.

- Wysyłałam wnioski, ale tablic nie udało się zrobić, bo zabrakło czasu na załatwienie wszystkich pozwoleń - wzdycha.- Na rozmowie zawsze jest fajnie, że wszystko przejdzie, a potem jak się wysyła wniosek, to się okazuje, że niestety nie - mówi. I dlatego często pomysły trzeba zrealizować własnymi siłami. Kwiaty na łódkę, która stoi obok serca w środku wsi, kupuje z własnych pieniędzy. Sama musiała się zająć problemem śmieci, które ktoś podrzucał za przystankiem autobusowym. Gmina tłumaczyła, że to teren powiatowy, więc sołtyska swoim sposobem załatwiła odbiór śmieci. - Czasami mnie to wszystko denerwuje, ale z drugiej strony napędza mnie to, że coś się udało - mówi. 

Czasami z innych sołectw mieszkańcy dzwonią do Alicji i pytają, jak to się stało, że w Nowakowie mają serce na nakrętki. Ostatnio ktoś zgłosił ją do konkursu na najlepszego sołtysa w powiecie. I okazało się, że ten konkurs wygrała. - Podejrzewam, że zgłosiła mnie gmina albo ktoś ze straży - domyśla się Alicja. - Dzięki sołtysowaniu nauczyłam się cierpliwości, wiem, na kogo mogę liczyć. Nie mam poczucia, że jak coś jest trudne, to lepiej to olać i będzie, co ma być - wylicza. 

Czy Alicja jeszcze raz zdecydowałby się wystartować? Mówi, że tak. - Tylko zastanowiłabym się pięć razy - dodaje.

Przeczytaj pozostałe odcinki cyklu MIKROPOLITYKA. Grzechy

DOSTĘP PREMIUM