"Było tego tak dużo, że zmieniałem wygląd, gdy wychodziłem ze szpitala". Lekarz dostał ochronę po groźbach antyszczepionkowców

Antyszczepionkowcy porównywali go do doktora Mengele, z którym trzeba "rozliczyć się jak w Norymberdze", grozili spaleniem domu i ostrzegali, że wiedzą, gdzie mieszka jego rodzina. Teraz dr Tomasz Karauda ma policyjną ochronę. - Wiem, że 99 proc. tych gróźb to są sprawy niespełnialne, ale niech się znajdzie 1 proc., który zechce zostać bohaterem tej grupy - mówił w TOK FM lekarz.
Zobacz wideo

Pierwsze dawki szczepionek przeciwko COVID-19 podano polskim medykom pod koniec grudnia, a w styczniu rozpoczęły się szczepienia seniorów. Od tamtej pory dr Tomasz Karauda, lekarz z oddziału chorób płuc Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego im. Barlickiego w Łodzi, zachęcał do szczepień. Przez to zmagał się nie tylko z hejtem, bo z czasem pojawiły się niebezpieczne groźby. - Jeszcze przed okresem letnim, zanim sprawa trafiła do prokuratury, to rzeczywiście było groźne. Liczba gróźb była tak duża, że wychodząc ze szpitala zmieniałem wygląd na tyle, żeby nie można było mnie poznać zbyt szybko - mówił w TOK FM lekarz. 

Przez to dr Karauda otrzymał policyjną ochronę, którą ma do dzisiaj. - Oczywiście nie chcę mówić o formie tej ochrony, to też nie jest tak, że idę i jestem otoczony kordonem ochroniarzy. Jest pewien system reagowania, który sprawia, że ja się czuję bezpieczny. Wystarczająco odstrasza osoby, które chciałyby mi zrobić krzywdę - stwierdził. - Wiem, że 99 proc. tych gróźb to są sprawy niespełnialne, ludzie, którzy wylewają swoją nienawiść w internecie, ale niech się znajdzie 1 proc., który zechce zostać bohaterem tej grupy i zrobi mnie czy innemu medykowi krzywdę - dodał. 

Prowadząca audycję Karolina Lewicka przypominała, że szef OIL w Warszawie mówił o "kapitulacji państwa" wobec antyszczepionkowców, że nie ściga się sprawców, nie próbuje chronić ofiar hejtu, a rządzący wręcz "mrugali okiem" do nich. - Zbieramy to, co sialiśmy - ocenił dr Karuada. - Wiedząc o tym, że wśród antyszczepionkowców jest spory elektorat o zabarwieniu prawicowym, jest jasnym, że tam też poszukiwano głosów. Nie dość stanowczo reagowano na popularyzację myśli antysczepionkowych - mówił. Jak dodał, dzisiaj poważny problem jest w Polsce nie tylko ze szczepieniami przeciw COVID-19, ale też ze wszystkimi innymi, które od lat są obowiązkowe. 

Mimo wszystko dr Karauda mówił o swojej wierze w to, że nauka "w końcu wygra" i "czas to pokaże". - Trochę podobnie jak było z katastrofą smoleńską. Był przecież moment, gdzie przeszło 1/3 naszych obywateli uwierzyła, że to był zamach. Dopiero czas pokazuje, że nie ma dowodów, że nauka wygrywa - zauważał. - Po tamtej stronie też byli profesorowie, doktorzy, strzelające puszki. I wystarczały te argumenty, żeby przekonać 30 proc. społeczeństwa - podkreślił. 

"Zabrakło zdecydowanych działań" 

Pozostaje jednak kwestia reakcji służb i rządu na to, co robią i mówią antyszczepionkowcy. Bo choć po ataku na punkt szczepień w Zamościu premier mówił o "bandyckim akcie", a Komendant Główny Policji powołał specjalną grupę dochodzeniowo-śledzczą do zbadania tej sprawy, to i tak kilka dni później antyszczepionkowcy odważyli się wywołać alarm bombowy w Termach Maltańskich, a Katowicach zorganizowali swój marsz. Jeszcze w lipcu Naczelna Rada Lekarska apelowała do resortu sprawiedliwości, Prokuratury Krajowej i MSWiA o stanowcze działania wobec osób, które prześladują zachęcajacych do szczepień medyków. 

 - Ze strony rządu też płynęły sygnały, że szczepienia niekoniecznie są dobre, może nie każdy powinien, nie każdy musi - zauważał dr Karauda. - Człowiek, który słuchał tego typu przekazów, myślał sobie w ten sposób: skoro najlepiej poinformowane w państwie osób maja wątpliwości, to co dopiero mu, obywatele. Wobec tych wszystkich ataków był stanowcze, retoryczne zapewnienia, że państwo broni swoich obywateli. Tylko zabrakło zdecydowanych działań - podsumował. 

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM