Usnarz. Do migrantów nie dopuszczono duchownych. "Wszyscy jesteśmy pionkami w grze rządu"

Straż Graniczna nie dopuściła duchownych do migrantów na polsko białoruskiej granicy. Ks. Wojciech Lemański i pastor Michał Jabłoński chcieli przekazać jedzenie dla uchodźców.
Zobacz wideo

Duchowni usłyszeli od strażników, że rozkazy są takie, iż nie można ich dopuścić do migrantów. - Gdy żołnierz otrzyma rozkaz to idzie i musi pewne rzeczy wykonywać. Jest jednak w tym wszystkim jeszcze człowieczeństwo. Ci żołnierze mogą okazać się ludźmi, pewnie nie byłoby problemu, gdyby pozwolono nam przejść - mówił pastor Jabłoński. 

Ksiądz Wojciech Lemański nie ma wątpliwości, że po prostu brakuje dobrej woli. - Rządzący traktują nas, państwa dziennikarzy i i tych ludzi, jako jakieś pionki w swojej grze. 32 osoby dla 38-milionowego narodu to jest żaden problem - ocenił ks. Lemański. 

W środę Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał polskim władzom - w trybie natychmiastowym - przekazanie uchodźcom na granicy jedzenia, wody, ubrań, zapewnienie im schronienia. Premier Mateusz Morawiecki odnosząc się do faktu, że na razie nic się nie dzieje - powtórzył po raz kolejny, że "Polska chroni swojego świętego terytorium".

W Usnarzu coraz gorsza pogoda

Media, wolontariusze organizacji pozarządowych i inne osoby są w odległości kilkuset metrów od granicy; teren wciąż zabezpiecza policja, której funkcjonariusze stoją na granicy działki. Dodatkowo przed samym miejscem, gdzie są koczujący zwykle ustawiona jest też szczelnie kolumna samochodów - wojskowa ciężarówka i auta terenowe SG.

W czwartek do godz. 10 stała tam jedynie ciężarówka i kilka aut policji ale w taki sposób, że nawet z kilkuset metrów było widać kilka namiotów imigrantów. Kilka osób pokazało się, gdy próbę komunikacji z nimi podjęła tłumaczka współpracująca z fundacją Ocalenie. Potem jednak dojechała SG i jej auta znowu zasłoniły obozowisko. Nad samochodami widać było dym z ogniska.

Komunikacja odbywa się w ten sam sposób od czasu, gdy miejsce jest zabezpieczane przez policję w odległości kilkuset metrów od pasa granicznego. Tzn. używany jest megafon, a ktoś z imigrantów albo daje znaki, albo wykrzykuje odpowiedź. W czwartek te odpowiedzi były dość wyraźnie słyszalne; komunikacja odbywała się zanim namioty zostały zasłonięte przez rząd samochodów.

Cudzoziemcy przekazali, że nadal (bo podobnie było w minioną środę) 25 osób jest przeziębionych, a 12 zgłasza poważniejsze dolegliwości zdrowotne. Twierdzą, że ze strony białoruskiej dostali tylko chleb, nie dostają butelkowanej wody, używają tej z płynącego tam strumienia.

Wyraźnie pogorszyła się pogoda. Temperatura w dzień sięga 12-15 stopni, od nocy pada mniejszy lub większy deszcz. Wolontariusze, którzy noc spędzili na miejscu w swoich namiotach przyznali, że po zmroku było zimno.

Straż Graniczna podaje, że cudzoziemcy dostają jedzenie od służb białoruskich. "Widzimy, że jedzą. Zostały dostarczone im m.in. konserwy i chleby" - powiedziała w czwartek PAP rzecznik SG ppor. Anna Michalska. Dodała, że pogranicznicy nie widzą, aby któraś z osób była chora. Straż Graniczna podaje, że w grupie są co najmniej 24 osoby. Według danych fundacji Ocalenie - 32 osoby; w czwartek ponownie tłumaczka dostała od imigrantów zwrotną informację, że wszyscy są Afgańczykami.

Posłuchaj podcastu!

DOSTĘP PREMIUM