Usnarz w centrum uwagi. "Nigdy tu nie było tylu ludzi. Może to coś pomoże, bo o drogę walczymy od lat"

- Nigdy nie było u nas tylu ludzi. Może to coś na przyszłość pomoże. Bo o asfaltową drogę w naszej wsi walczymy od wielu lat. Ale władza o nas nie pamięta - mówią mieszkańcy Usnarza i okolicznych wiosek, którzy nagle - zupełnie dla nich niespodziewanie - znaleźli się w centrum uwagi.
Zobacz wideo

Usnarz Górny - maleńka wioska na Podlasiu. Kilkanaście starych, drewnianych domów, z czego część kompletnie pusta, pozamykana na cztery spusty. Nie ma sklepu, kościoła czy ośrodka kultury. Jest jedynie remiza strażacka, przy której dziś parkują telewizyjne wozy satelitarne, samochody wolontariuszy czy policji. Do remizy prowadzi wiejska droga - pełna tzw. "kocich łbów". - Nigdy nie było u nas tylu ludzi. Może to coś na przyszłość pomoże. Bo o asfaltową drogę w naszej wsi walczymy od wielu, wielu lat. Ale władza o nas nie pamięta - mówi nam jeden z mieszkańców wioski.

W Usnarzu Górnym od kilkunastu dni rozgrywa się ludzki dramat. Grupa około 30 uchodźców  próbuje dostać się do Polski, ale krajowe władze nie wyrażają na to zgody. Cały czas słychać przekaz, że migranci są po białoruskiej stronie granicy. Tyle, że zdaniem prawników, skutecznie - ustnie i pisemnie, na oczach kamer - złożyli wnioski o nadanie statusu uchodźcy i powinni trafić do polskich ośrodków dla cudzoziemców. Tak się jednak nie dzieje.

Na miejscu od kilkunastu dni są przedstawiciele różnych organizacji pozarządowych z całej Polski. Organizacji, które od lat pomagają uchodźcom. To oni - w czasie, gdy trwa walka o godność ludzi w Usnarzu - rozmawiają z mieszkańcami okolicznych wiosek. Bo wiedzą, że ich nastawienie i wsparcie jest także niezwykle ważne.

"Ja się nie boję, bo czego się bać?"

- Pani, u nas nie było żadnych uchodźców - mówi pan Wiesław*, sołtys jednej z pobliskich wiosek. - Ale nawet gdyby ktoś obcy się pojawił, to ja się tam nie boję. Bo czego mam się bać? To są ludzie, tacy jak my. Jeśli ktoś potrzebowałby pomocy, to dam wodę i coś do jedzenia - dodaje.

Inna mieszkanka nadmienia, że są tacy, którzy się jednak boją. - Słyszałam takie plotki, że uchodźcy to przestępcy, że mogą w nocy zapukać w okno, coś ukraść czy napaść. Ja w to nie wierzę. Przecież oni uciekli ze swojego kraju, to teraz u nas mieliby się narażać? Po co? - dziwi się pani Ewa*.

Mieszkańcy nie chcą otwarcie rozmawiać z nieznajomą dziennikarką. Nie chcą mówić do mikrofonu. Boją się tego, co będzie później. - Pani stąd wyjedzie, a ja tu zostanę. A jest trochę osób przeciwnych uchodźcom. Dlatego mam obawy, jak przyjmą to, że ja jestem otwarta i nie mam nic przeciwko. Nie chcę być "wyklęta" w tym środowisku - mówi inna z kobiet. Jak dodaje, gdyby spotkała kogoś potrzebującego pomocy, pomogłaby. - Wożę w samochodzie jedzenie i wodę. Na wszelki wypadek - dodaje.

Polsko-białoruska granica to teren otoczony lasem. Mieszkańcy mówią wprost: "tu naprawdę nie byłoby trudno się ukryć". Dlatego liczą się z tym, że uciekający z innych krajów cudzoziemcy, wspierani przez białoruski reżim, rzeczywiście gdzieś w tych lasach mogą się ukrywać.

"Jest w nas jeszcze dużo dobrego do odkopania"

- Od wielu dni, wspólnie z organizacjami działającymi na rzecz migrantów i uchodźców, jesteśmy na miejscu, w kontakcie z lokalną społecznością. Rozmawiamy z ludźmi, dostarczając im szerszej wiedzy na temat tego, co się obecnie dzieje na granicy - mówi Anna Dąbrowska ze Stowarzyszenia Homo Faber. - Ta sytuacja jest dla tych ludzi nowa, czasami bywa stresująca i powoduje wiele różnych pytań, więc jesteśmy od tego, by pokazać im ten szerszy kontekst, uspokoić nastroje - dodaje.

- To, co mnie bardzo poruszyło, to fakt, że jest tutaj duża otwartość na to, żeby pomagać i by zachowywać się człowieczo w momentach, w których trzeba to robić. Nie spotkałam się z opinią: "Spotkam cudzoziemca i nie chcę mu pomóc, niech wraca za granicę". Raczej wszyscy tu mówią nam o tym, że to są ludzie, że - jeśli by się pojawili - to trzeba o nich zadbać. Dlatego wracam z tego Podlasia podbudowana. Wydaje mi się, że jest w nas jeszcze dużo dobrego do odkopania - mówi Karolina Czerwińska z Polskiego Forum Migracyjnego z Warszawy.

Aleksandra Kochanowska dodaje, że w trakcie takich rozmów, jak z mieszkańcami przygranicznych wsi, widać zwyczajną, ludzką przyzwoitość. - Spotykamy ludzi o różnych poglądach, z różnych środowisk. Jedni mieszkają tu od zawsze, inni przeprowadzili się tutaj z dużych miast, ale od wszystkich słychać głosy: "głodnego nakarmimy, nie odmówimy nigdy szklanki wody" - mówi przedstawicielka Polskiego Forum Migracyjnego.

Oczywiście, każdy zdaje sobie sprawę, że na pewno są wśród lokalnej społeczności również osoby, które mają negatywny stosunek do "obcych". - Ale z naszych rozmów tu, na miejscu, wynika, że tacy ludzie są jednak w zdecydowanej mniejszości - podsumowują wolontariuszki.

*Imiona mieszkańców zostały zmienione.

DOSTĘP PREMIUM