Usnarz Górny. Koczujący migranci są w coraz gorszym stanie. "Kilka dni dzieli nas od tragedii"

Dziewięć osób ma wysoką gorączkę. U niektórych pojawiła się krew w moczu, wymioty, biegunka. Jeżeli tak rzeczywiście jest, a póki co nie mamy powodów, by im nie wierzyć, to sytuacja staje się naprawdę niebezpieczna, zagrażająca życiu i zdrowiu tych osób - mówiła w TOK FM Kalina Czwarnóg z Fundacji Ocalenie. Opowiadała też, kim są i czym zajmowali się wcześniej koczujący w okolicach Usnarza Górnego migranci.
Zobacz wideo

- Coraz bardziej niepokojące są sygnały, które do nas dochodzą ze strony uchodźców - mówiła w poniedziałek rano w TOK FM przedstawicielka Fundacji Ocalenie. Przypomnijmy, grupa Afgańczyków na granicy w Usnarzu Górnym koczuje już trzeci tydzień. Strona polska nie chce ich wpuścić ani dopuścić pomocy medycznej, bo przekonuje, że cudzoziemcy są po stronie białoruskiej.

Czwarnóg przypominała, że w grupie uchodźców od dłuższego czasu jest 52-letnia kobieta, która "już nie wstaje, bo tak źle się czuje". Te informacje były przekazywane już wcześniej. - Ale wczoraj dowiedzieliśmy się, że dziewięć osób ma wysoką gorączkę. U niektórych pojawiła się krew w moczu, wymioty, biegunka. Jeżeli tak rzeczywiście jest, a póki co nie mamy powodów, by im nie wierzyć, to sytuacja staje się naprawdę niebezpieczna i zagrażająca życiu, i zdrowiu tych osób. Jeśli te osoby mają zapalenie nerek, to jest kwestia kilku dni, jakie nas dzielą od tragedii - mówiła rozmówczyni Piotra Maślaka.

Czwarnóg wspomniała, że wolontariusze - na podstawie zdjęć satelitarnych - starają się weryfikować, czy grupa uchodźców znajduje (i znajdowała się) po stronie polskiej, czy białoruskiej. Podkreślała, że kiedy była w Usnarzu pierwszy raz (czyli w środę, dwa tygodnie temu), uchodźcy mieli stać bliżej niż obecnie. - Zapytaliśmy się tej grupy, czy się przesuwali. I okazało się, że tydzień temu polska policja - bo oni wskazali na kolor munduru - kazała im się przesunąć pięć metrów do tyłu, w stronę lasu, czyli w stronę Białorusi - powiedziała gościni TOK FM. - Naszym zdaniem większość tej grupy co najmniej raz była już na terenie Polski - dodała. 

Dopytywana, czy skład tej grupy osób ulega zmianie (jak powtarzają przedstawiciele polskich władz i straży granicznej), Czwarnóg zapewniała, że odkąd Fundacja tam działa - skład jest niezmienny. Mówiła o 32 osobach, wśród których ma znajdować się pięć kobiet, a wśród nich z kolei 15-letnia dziewczynka. - Choć wiem, że na samym początku było tych osób około 50, w tym kobiety i malutkie dzieci, takie dwuletnie - zaznaczyła Czwarnóg. Teraz, jak mówiła, tych kobiet i najmniejszych dzieci już nie ma.

Kim są uchodźcy z Usnarza?

Czwarnóg pytana była też, czy wolontariuszom udało się dowiedzieć czegoś o prywatnym życiu koczujących na granicy osób - kim są, gdzie pracują, ile mają lat. Odparła, że najbardziej aktywny spośród całej ekipy jest Mohammad, który pełni rolę swego rodzaju rzecznika. Organizował grupę, kiedy trzeba było na przykład pozbierać pełnomocnictwa dla prawników, najczęściej to właśnie on rozmawia z wolontariuszami - a w zasadzie odkrzykuje do nich. Prywatnie Mohammad, jak mówiła Czwarnóg, jest krawcem

- To są różne osoby. Elektrycy, tkacze dywanów, właśnie krawcy czy kobiety, które zajmowały się domem. Ale wiemy też, że wśród tych osób są i takie, które pracowały dla organizacji pozarządowych, więc w tej chwili ich życie w Afganistanie byłoby zagrożone - mówiła rozmówczyni Piotra Maślaka.  - Wiemy z jakich prowincji pochodzą. To są głównie prowincje wokół Kabulu lub sam Kabul. Znamy ich daty urodzenia. Jest to raczej grupa dość młoda, choć jest też kilka osób trochę starszych. Codziennie dowiadujemy się o nich czegoś nowego - dodała.

- Mohammad - jak powiedział, że jest krawcem - to obiecał naszej tłumaczce, że uszyje jej płaszcz, kiedy stamtąd wyjdzie. Ona mu odpowiedziała, że my wszyscy tu chcielibyśmy od niego taki płaszcz. A on odparł, że to cudownie i że na pewno wszystkim uszyje - mówiła dalej Kalina Czwarnóg.

Działaczka podała też, że polska strona wciąż nie realizuje zabezpieczenia, jaki kilka dni temu wydał Europejski Trybunał Praw Człowieka. Przypomnijmy, zdecydował on, że Polska musi zapewnić koczującym przy granicy żywność, ubrania, opiekę medyczną i, jeśli to możliwe, tymczasowe schronienie. Czwarnóg przekonywała, że nic takiego się nie dzieje. W niedzielę, jak wyjaśniała, na miejsce wezwano karetkę, ale medycy mieli nie zostać wpuszczeni do uchodźców. 

- Przez chwilę mieliśmy dziwną sytuację, ponieważ jednej lekarce udało się wejść na pole, na którym te osoby są, pomiędzy kordon policji a kordon straży granicznej, więc przeszła przez ten pierwszy rząd. Po tym jednak przytrzymali ją trochę i znów cofnęli za kordon. Nie wiemy, z czego wynikają takie sytuacje - podsumowała. 

DOSTĘP PREMIUM