Dziennikarz TOK FM o próbie wjechania do Usnarza. "Zgarnęły mnie służby"

Dziennikarze nie są wpuszczani na teren objęty stanem wyjątkowym. - Spróbowałem się dostać do Usnarza, ale przy wyjeździe z Babik zgarnęły mnie służby - informuje Thomas Orchowski z TOK FM.
Zobacz wideo

W 183 miejscowościach w pobliżu polsko-białoruskiej granicy wprowadzono stan wyjątkowy. - Dzięki temu będziemy mogli lepiej zapewnić jakość szczelności naszej granicy i po prostu zapobiegać tym agresywnym działaniom, prowokacjom, które są cały czas prowadzone i nasilane ze strony reżimu Łukaszenki - zapewniał we wtorek premier. 

Oznacza to m.in. zakaz przebywania na tym terenie osób, które nie zostały wymienione w rozporządzeniu - również dziennikarzy. Poza tym zakazano nagrywania i fotografowania obiektów granicznych, ograniczony został też dostęp do informacji publicznej. Przeczytaj, co dokładnie oznacza wprowadzenie stanu wyjątkowego >>

- Już nie wpuszczają. Spróbowałem się dostać do Usnarza, ale przy wyjeździe z Babik zgarnęły mnie służby - poinformował Thomas Orchowski z TOK FM. Dodał, że zapytał jednego z mundurowych, co dzieje się z Afgańczykami, którzy od ponad trzech tygodni przebywają na polsko-białoruskiej granicy w Usnarzu Górnym. Usłyszał odpowiedź: "Nie wiemy".

- Nikt nic nie wie, nikt nie może wiedzieć. Władze robią, co chcą. Podobnie jak w ponad 180 innych miejscowościach w województwie podlaskim i lubelskim. Bardzo niebezpieczny precedens - skomentował Orchowski w swoim wpisie na Facebooku. 

- Byłem w Litwie, śledziłem tam sytuację przy granicy z Białorusią. Wilno, owszem, wprowadziło stan nadzwyczajny. Ale nikomu nie przyszło do głowy, by utrudniać pracę dziennikarzom. Żaden wojskowy, żaden pogranicznik, żaden policjant nie kazał mi opuścić jakiegoś terenu - dodał w swoim wpisie. 

Dziennikarze musieli opuścić Usnarz Górny w czwartek do północy. Odjechali również aktywiści, którzy kilkanaście dni temu rozstawili w pobliżu swoje namioty i kuchnię polową. Przez ten czas próbowali dotrzeć do koczujących na granicy osób z jedzeniem i lekami, interweniowali również w innych miejscach, do których docierali uchodźcy. Do Afgańczyków nie dopuszczano też lekarzy, mimo że dwie osoby mają być w ciężkim stanie. 

- Aktywiści wciąż nie wiedzą, co zrobią dalej - czy wyjadą, czy będą obserwować sytuację spoza terenu, na którym obowiązuje stan wyjątkowy - informował Thomas Orchowski.

DOSTĘP PREMIUM