"Ten cały stan wyjątkowy to propaganda; tu było i jest bezpiecznie". Mieszkańcy Podlasia o "lękach sianych przez rząd"

- Mówi się, że ten stan wyjątkowy ma na celu zwiększenie bezpieczeństwa. Ale tu naprawdę było i jest bezpiecznie. Owszem, pojawiły się kilkuosobowe grupy migrantów. I pewnie dalej będą się pojawiać. Ale to nie są jakieś tłumy, tylko dosłownie po kilka osób. Najczęściej rodziny, w tym kobiety i dzieci. One są takie groźne? Przecież to absurd - mówi reporterce TOK FM pani Ewa, która mieszka w strefie objętej stanem wyjątkowym.
Zobacz wideo

Przy wjazdach do miejscowości objętych stanem wyjątkowym wiszą tabliczki z informacją o jego wprowadzeniu. Stoją też patrole, które sprawdzają, kto jedzie. Jeśli nie jest to mieszkaniec strefy czy np. dostawca żywności do pobliskiego sklepu, na wjazd raczej nie ma szans. Nie mogą się tam dostać m.in. dziennikarze, nie wjechała też reporterka TOK FM. Ale - jak mówią nam mieszkańcy - z tym zakazem bywa różnie. - Wiem, że kilku turystów bez problemu wjechało do Kruszynian, które są przecież objęte stanem wyjątkowym - słyszymy od ludzi.

Podlasie i rejon granicy to tereny z wielu stron zalesione. Do poszczególnych miejscowości można dojechać nie tylko główną drogą, lecz także leśnymi trasami. To prawdopodobnie tędy niektórzy próbują się przedostać. - Oczywiście, w lasach też zdarzają się patrole, ale to są często funkcjonariusze przyjezdni. Sąsiad spotkał takich z Warszawy, którzy sami nie bardzo wiedzieli, gdzie są - opowiada pan Michał.

Osoby zatrzymywane na granicy strefy stanu wyjątkowego czy w samej strefie są proszone o okazanie dowodu lub prawa jazdy. Problem w tym, że w wielu miejscowościach trudno szukać zasięgu - nie ma więc mowy o sprawdzeniu danych w systemach elektronicznych. - Moje dane osobowe policjanci spisali tradycyjnie, na kartce. Bo system im w tym miejscu, w którym byliśmy, nie działał - opowiada nam jeden z kierowców.

"Ten cały stan wyjątkowy to propaganda"

Jak słyszymy, wprowadzenie obostrzeń, które ograniczają wolności obywatelskie mieszkańców, nie ma sensu. - Mówi się, że ten stan wyjątkowy ma na celu zwiększenie bezpieczeństwa. Ale tu naprawdę było i jest bezpiecznie. Owszem, pojawiły się kilkuosobowe grupy migrantów. I pewnie dalej będą się pojawiać. Ale to nie są jakieś tłumy, tylko dosłownie po kilka osób. Najczęściej rodziny, w tym kobiety, dzieci. One są takie groźne? Przecież to absurd - mówi pani Ewa (mieszka w strefie).

Pojawiają się też głosy, że ludzie pozostaną ludźmi. Dlatego - mimo wprowadzenia stanu wyjątkowego - ci, którzy zostawiali jedzenie dla migrantów w lesie czy wieczorami wieszali reklamówki z żywnością na płocie przy domu, bynajmniej nie zamierzają przestać. - Jeśli ktoś jest głodny albo spragniony, to ja mam mu odmówić pomocy? Nigdy! - mówi stanowczo pani Anna z małej wioski. Spotykamy ją przy sklepie, poza strefą. - Rozumiem, że trzeba chronić granicę, że granica musi być szczelna, ale nie rozumiem, dlaczego nie może tu być dziennikarzy czy aktywistów? Oni naprawdę ani nam nie przeszkadzali ani nic złego tu nie robili - dodaje.

"Uchodźcy? Jacy uchodźcy! To są bogacze"

Wśród mieszkańców stref sporadycznie pojawiają się takie głosy, że cudzoziemcy, którzy są zatrzymywani przy polsko-białoruskiej granicy, to żadni uchodźcy. - To są ludzie, którzy mają kieszenie wypchane dolarami. Jacy to uchodźcy? Mają kasę, chcą jechać dalej, na Zachód. Łamią prawo - mówi nam stanowczo pan Tomasz. To jeden z tych, którzy popierają stan wyjątkowy.

Aktywiści? Wcale nie wrócili do domów. Wciąż są na miejscu

By walczyć z mitami, plotkami, stereotypami na temat migrantów i uchodźców, w okolicach granicy ciągle są aktywiści, którzy od lat zajmują się pomocą migrantom. Zostali na miejscu, choć teraz już poza strefą stanu wyjątkowego. Jak mówią, taki stan w ogóle nie był potrzebny, ale nie zamierzają łamać prawa. Chcą rozmawiać z ludźmi, uspokajać, wyjaśniać - teraz już poza granicą strefy.

- Czujemy, że mamy związane ręce, ale nie chcemy się poddawać. Chcemy w dalszym ciągu być w kontakcie z mieszkańcami i mieszkankami okolicznych wiosek. Chcemy trochę obniżać te społeczne lęki, które są siane przez rządową propagandę - mówi Anna Dąbrowska ze Stowarzyszenia Homo Faber.

Jak dodaje, do organizacji pozarządowych docierają niepokojące sygnały od mieszkańców - opowiadają, że pojawiają się u nich funkcjonariusze, którzy ostrzegają przed migrantami, przed ich rzekomą agresją czy przed dokonywanymi przez nich przestępstwami. - Chcemy dalej rozmawiać z mieszkańcami, by bezpośrednio od nich słyszeć, jakie są nastroje. Chcemy od nich się dowiadywać, co się dzieje z uchodźcami, których my już nie możemy spotykać w strefie objętej stanem wyjątkowym - dodaje Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej.

Chodzi m.in. o tłumaczenie, że uchodźcy wcale nie muszą być biedni, brudni i o podejrzanej przeszłości. Wprost przeciwnie. Bywa, że są to ludzie wykształceni, którzy zostawili w kraju pochodzenia dom, samochód czy świetną pracę. Porzucili wszystko, by uciec przed wojną, prześladowaniami, przemocą.

Spadek dochodów w strefie stanu wyjątkowego

Restauratorzy i właściciele pensjonatów z miejscowości na Podlasiu, w których obowiązuje stan wyjątkowy, czekają na rekompensaty. Premier zapowiada, że będą. - Osoby prowadzące działalność gospodarczą na terenie objętym stanem wyjątkowym otrzymają rekompensatę za straty; tarcza jest już przygotowana, nie będziemy żałowali środków finansowych, żeby zrekompensować realne straty - zadeklarował premier Mateusz Morawiecki w sobotnim wywiadzie dla RMF FM.

Tyle że na razie nie podał szczegółów. A ludzie chcieliby wiedzieć, na czym stoją i czy rzeczywiście dostaną godziwe wsparcie. - Wrzesień to dla nas taki miesiąc, gdy zarabiamy na zimę. A teraz nie możemy zarobić nic, bo nie możemy mieć gości. Nie wiem, ile stracę, ale na pewno niemało - mówi właścicielka jednego z pensjonatów (prosi o niepodawanie danych).

Stan wyjątkowy na Podlasiu i Lubelszczyźnie ma obowiązywać 30 dni. Do strefy mogą wjeżdżać w zasadzie tylko mieszkańcy i przedstawiciele służb. Dodatkowo także osoby, które poproszą o to komendanta Straży Granicznej. - Straż Graniczna otrzymuje niewiele wniosków o pozwolenie na wjazd do strefy objętej stanem wyjątkowym. Wczoraj było ich zaledwie kilka – przekazała rzecznik Straży Granicznej ppor. Anna Michalska.

DOSTĘP PREMIUM