Dzieci wyszły zza "czarnego ekranu" i wróciły do szkół. "Duży skok interwencji związanych z próbami samobójczymi"

Po powrocie uczniów do szkół konsultanci Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży notują duży skok interwencji związanych z próbami samobójczymi. - W dzieciach nasiliły się lęki, niepewność i rezygnacja, bo nie umieją określić, co je czeka za miesiąc czy choćby za tydzień. Boją się planować kolejne dni, skoro w każdej chwili ich codzienność - jak w ubiegłym roku - może zostać gwałtownie przerwana - mówi Paula Włodarczyk, koordynatorka Telefonu Zaufania.
Zobacz wideo

- Po powrocie do szkoły dzieci i nastolatkowie wyglądają, jakby znalazły się w szczelnie zamkniętym pomieszczeniu, w którym zaczyna brakować tlenu. Oddechy przyspieszają i robią coraz płytsze, a w myśli wdziera się panika. Ostatni wrzesień kojarzy mi się właśnie z bezdechem – porównuje Katarzyna Wójcik, psycholożka szkolna z Krakowa.

Ten "bezdech" widać także w liczbie interwencji, które podejmują konsultantki i konsultanci Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży, gdy uczniowie dzwonią do nich po pomoc. Tylko w pierwszych dwóch tygodniach września było ich 41, podczas gdy w całym lipcu 54. Większość z nich dotyczyła prób samobójczych. W takich sytuacjach pracownicy Telefonu Zaufania podtrzymują rozmowę i czekają na linii, aż przyjedzie do dziecka pomoc.

- We wrześniu widać bardzo duży skok naszych interwencji, co wygląda już nie tyle niepokojąco, ale alarmująco. Bo proszę sobie wyobrazić, co te dzieci muszą przeżywać, skoro dzwonią do nas z myślami samobójczymi – mówi Paula Włodarczyk, psycholożka i koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111.

W 2019 roku takich interwencji było 519, w pandemicznym 2020 roku - już 747 (przyrost o ponad 40 proc.), a od stycznia do 13 września tego roku – aż 561. Najwięcej uczniów w takich sytuacjach kryzysowych ma zaledwie 15-17 lat.

Gdy z pola widzenia młodych znika brzeg

Paula Włodarczyk tłumaczy, że po powrocie do szkół w dzieciach nasiliły się lęki, niepewność i rezygnacja, bo nie umieją określić, co je czeka za miesiąc czy choćby za tydzień. Nie wiedzą, czego mogą się spodziewać. Boją się planować kolejne dni, skoro w każdej chwili ich codzienność – jak w ubiegłym roku – może zostać gwałtownie przerwana.

- Mają wątpliwości, czy jest sens w podejmowaniu jakichkolwiek działań. Bo po co się starać, angażować, skoro cała ich rzeczywistość wisi na włosku. Dużo jest też niepokoju, czy uda się nadrobić zaległości w szkole, i zwątpienia, czy w ogóle warto to robić. Słychać w ich opowieściach objawy obniżonego nastroju i depresji. Mówią, że nie mają siły rano się ubrać ani pójść do szkoły. Że nie mogą się na niczym skupić. Niektórzy wspominają o objawach somatycznych jak bóle głowy czy brzucha. Czują duże napięcie, ale nie wiedzą, z czego wynika – wyjaśnia Paula Włodarczyk.

Katarzyna Wójcik przyrównuje to do sytuacji, w której ktoś płynąc łódką, nagle traci z oczu brzeg, a wraz z nim orientację. - Najpierw próbuje sobie racjonalizować, że wystarczy trzymać się raz obranego kursu, ale z biegiem czasu jego umysł zaczyna wyolbrzymiać zagrożenia, wpada w panikę, w końcu w rezygnację. Wielu uczniów po miesiącach izolacji też już nie widzi brzegu i są na takim etapie, że tracą motywację, by płynąć dalej – mówi.

- Główną trudnością podczas pandemii jest to, że wszystko stało się nieprzewidywalne. Wcześniej dzieci wiedziały, że jak nie będą chodziły do szkoły, to dostaną obniżoną ocenę z zachowania, a jeśli będą miały słabe stopnie, to nie dostaną się do wymarzonych liceów. Natomiast teraz tych jasnych reguł jest mniej. W każdej chwili może wydarzyć się coś, co zerwie związek między skutkiem i przyczyną. Na razie chodzą do szkoły, ale nie wiedzą, czy za dwa tygodnie ktoś im nie powie: "Wszyscy do domu" i czy znów nie przejdą w stan zawieszenia – zauważa Paula Włodarczyk.

"Ma tylko ten płacz"

Jedna z uczennic, o której opowiada Katarzyna Wójcik, płacze po nocach, bo ma wrażenie, że po powrocie do szkoły straciła siebie. - Dotąd była bardzo pilna, poniżej czwórek nie spadała, konsekwentnie dążyła do celu, jakim było dostanie się do renomowanego ogólniaka. Poza szkołą rozwijała swoją pasję, robiła zdjęcia z artystycznym zacięciem. Teraz coś w niej się zacięło, nie może przymusić się do nauki, przychodzi na lekcje nieprzygotowana i czuje się przez to zła – mówi psycholożka.

Dziewczyna izoluje się od znajomych i od matki, bo nie chce jej obciążać swoimi problemami. - Zapada się w sobie, jest jej z tym źle, ale nie potrafi przestać. Ma tylko ten nocny płacz, tę swoją rozpacz i wyłącznie w niej jeszcze jako tako czuje się sobą - twierdzi.

Na szczęście uczennica trafiła do gabinetu psycholożki i ruszył proces udzielania pomocy. - Ale ta historia pokazuje potrzask, w jakim znaleźli się niektórzy nastolatkowie po powrocie do szkół. To przejmujące, gdy sobie uświadomimy, że często młodzi nie mają jeszcze żadnych narzędzi, by się z tego potrzasku wydostać – podsumowuje Katarzyna Wójcik.

Po wyjściu zza "czarnego ekranu"

Podczas nauki zdalnej wielu nastolatków wyłączało kamerki na lekcjach, żeby jeszcze bardziej wyizolować się od świata, schować swoje twarze przed niespodziewanymi printscreenami robionymi przez kolegów i uciec nawet przed zdalnymi relacjami z rówieśnikami. Teraz musieli wyjść zza "czarnego ekranu" i wystawić się na spojrzenia kolegów oraz nauczycieli.

- Są w takim wieku, że wielu z nich nie akceptuje własnego wyglądu, bo w okresie dojrzewania zachodzi w nim wiele zmian, a nie wszystkie są dla nich korzystne. W dodatku podczas pandemii mnóstwo z nich przybrało na wadze przez siedzący tryb życia. Teraz boją się, jak zostaną odebrani. Czasem to dla nich bardzo trudne i bolesne, bo chcą się podobać rówieśnikom. Wcześniej "czarny ekran" był dla nich zasłoną, dawał poczucie bezpieczeństwa, a teraz muszą wystawiać się na spojrzenia innych. Myślę, że się tym bardzo stresują – tłumaczy Paula Włodarczyk.

W konsekwencji na przerwach przypominają "samotne atomy". Po dzwonku wychodzą na korytarz, wyciągają telefony i zamykają się we własnych światach. - Potrzebują kontaktu z rówieśnikami, ale się go boją i często z niego rezygnują. To kończy się poczuciem wyobcowania i osamotnienia – mówi Katarzyna Wójcik.

Niektórych do kontaktu z rówieśnikami zniechęca także strach o własne zdrowie. Podczas pandemii dotyk czy choćby rozmowa z kimś twarzą w twarz przestały być bezproblemowe, są podszyte niepokojem. Musi minąć trochę czasu, zanim dzieci oswoją bliskość na nowo. - Póki co jest niepewność, czy można się zbliżyć do kogoś bez maseczki. Jest w tym dużo zagubienia – ocenia Paula Włodarczyk.

- Do tego dochodzą przemocowe zachowania uczniów, którzy "nie wierzą" w pandemię i którzy szukają ofiar wśród tych na nią uwrażliwionych. Pierwsi przynoszą z domów jakiś niezrozumiały bunt i go rozładowują, celowo kichając i kaszląc, co w drugich jeszcze bardziej pogłębia lęki i poczucie wyobcowania – dodaje Katarzyna Wójcik.

Problemy narosłe w pandemii

Poza niepewnością, co będzie dalej, dzieci wróciły do szkoły też z innymi problemami, które nasiliły się w czasie pandemii i o których pisaliśmy już w czerwcu. Chodzi o uzależnienia rodziców od alkoholu i przemoc. - Przed pandemią więcej było tej rówieśniczej, teraz wyprzedziła ją domowa. Dzieci bardzo często nam mówią, że rodzice na nie krzyczą, wyzywają je i biją. To ma związek między innymi z alkoholem, którego ostatnio w rodzinach jest więcej, bo uchodzi za sposób radzenia sobie z trudnościami, które przyniosła pandemia: utrata pracy, niepewność jutra, długotrwały stres. Dzieciom w ostatnim roku trudniej było uniknąć przemocy, bo nie mogły opuścić domów, gdzie do niej dochodziło – wyjaśniała Paula Włodarczyk z Telefonu Zaufania.

To wszystko sprawia, że każdego miesiąca konsultanci tej linii odbierają średnio 5 tys. połączeń, a to zaledwie 13-15 proc. wszystkich, które młodzi wykonują pod numer 116 111, chcąc opowiedzieć o swoich problemach. Całej reszty nie jest w stanie odebrać zespół liczący 80 osób. A więc 85 proc. młodych, którzy potrzebują pomocy, nie może się po nią dodzwonić.

Jak uśmierzać w dzieciach lęki?

- Przede wszystkim rozmawiać, okazywać zainteresowanie i troskę. Jeśli dziecko czuje niepokój, to warto mu powiedzieć, że ma do niego prawo. Można zapytać, z czego wynika, od kiedy trwa, czy mu przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu. Zaproponować wsparcie, bo dziecko powinno wiedzieć, że zawsze może przyjść do rodzica. Ważne, by słyszało, że nam na nim zależy i dlatego pytamy, co się dzieje. Bo rodzice często rezygnują z rozmowy z nastolatkami, gdy słyszą: "Daj mi spokój, wszystko jest dobrze!". A to często dlatego, że nastolatek nie wie, dlaczego my o coś pytamy. Kiedy ujawnimy ten powód, czyli troskę, to napięcie opada. Nawet jeśli nie od razu dziecko wejdzie w nami kontakt, to zapamięta, że otworzyliśmy mu przestrzeń do rozmowy – przekonuje Paula Włodarczyk.

Dodaje, że jeśli dorosły nie wie, jak pomóc, to może zaoferować umówienie wizyty u psychologa. - Ważne, żeby nie przedstawiać tej propozycji jako kary, tylko jako formę wsparcia. Czas jest trudny dla nas wszystkich, więc dorośli też powinni dawać sobie przyzwolenie na to, że mogą nie wiedzieć, co zrobić w kryzysowej sytuacji. Mają prawo korzystać z pomocy kogoś z zewnątrz. Nie stają się od tego gorszymi rodzicami - tłumaczy.

DOSTĘP PREMIUM