Trauma molestowanego dziecka kontra urzędnicza opieszałość. "Nie uruchomiono najważniejszej procedury"

12-letnia Kamila skarży się, że padła ofiarą molestowania, a organy ścigania od miesięcy nie robią nic, by sprawę zbadać i zabezpieczyć interes dziecka. - Nie uruchomiono najważniejszej procedury. A mogły o to wystąpić trzy instytucje - ubolewał na antenie TOK FM dr Grzegorz Wrona.
Zobacz wideo

Dwunastolatka twierdzi, że padła ofiarą molestowania a organy ścigania i sąd – od trzech miesięcy – nie robią ze sprawą nic. Choć jej ciocia – która jako pierwsza wiedziała o sprawie – podjęła wszelkie możliwe działania, to Kamila musiała wrócić do domu, pod jeden dach z osobą, którą oskarża. Do tego samego domu, gdzie gościem bywa mężczyzna, którego dziewczynka także wskazuje jako sprawcę. Historia dziecka ujrzała światło dzienne dzięki Michałowi Janczurze, reporterowi TOK FM.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Dr Grzegorz Wrona, adwokat oraz certyfikowany specjalista i superwizor z zakresu przeciwdziałania przemocy w rodzinie, zwracał uwagę, że służby w kompletnie błędny sposób podeszły do całej sprawy. - Nie uruchomiono najważniejszej procedury. Mianowicie, nie usunięto sprawcy przemocy z miejsca zamieszkania potencjalnej ofiary - mówił dr Wrona. Podkreślał, że szukanie bezpiecznego otoczenia dla dziewczynki to "stary model postępowania". - Teraz zgodnie z przepisami w pierwszej kolejności osoba sprawiająca zagrożenie powinna być usunięta z domu. To się nie dzieje z urzędu. Nie ma co liczyć, że zrobi to matka. Powinien o to zawnioskować w trybie cywilnym prokurator. Przepisy od 30 listopada 2020 roku pozwalają sądowi usunąć sprawcę z miejsca zamieszkania i to w ciągu trzech dni od złożenia wniosku - wyjaśniał.

Jak dodawał, z reportażu wynika wprost, że prokuratura dobrze zna sprawę. - Więc to tylko kwestia uruchomienia wewnętrznych procedur. Wiadomo, nie odbywa się to w trybie karnym, bo nie wiadomo, czy będą zarzuty etc. Ale po to jest ścieżka cywilna. Jeśli się okaże, że wniosek był niesłuszny, to osoba może powrócić do miejsca zamieszkania - przekonywał dr Wrona. 

- Instytucje postąpiły rutynowo, czyli zajęły się tylko swoją tradycyjną działką. Powinno się na takie sprawy patrzeć szerzej. O usunięcie sprawy mogły wnioskować i centrum pomocy rodziny, i prokuratura, a nawet Rzecznik Praw Dziecka, który ma takie kompetencje - apelował ekspert i dodawał, że najlepszym systemowym rozwiązaniem byłoby, żeby sąd rodzinny nie potrzebował wniosku, tylko mógł to robić z urzędu.

"Zabrakło współpracy"

Z kolei Hanna Barcz, kurator rodzinny z 20-letnim stażem, mówiła w audycji Mikołaja Lizuta "A Teraz Na Poważnie", że urzędnicy uwierzyli dziecku i jego cioci, ale instytucje zadziałały zbyt wolno. – Tu jest problem. Zabrakło czynnika ludzkiego. Gdybym ja osobiście rozmawiała z ciocią dziecka, to zasugerowałabym, żeby nie odwoziła jej do domu. Widać małą współpracę między instytucjami, które miały tutaj zadziałać. Niby każdy coś zrobił, ale nie wiem, czy koordynowali działania. Bo poza samym wysłaniem dokumentów do sądu, powinny nastąpić też namolne telefony, czy w sprawie coś się dzieje – przekonywała Barcz i podkreślała, że może to być też wynik niedoborowych kadrowych w sądach czy pomocy społecznej.

Kuratorka wskazywała, że w tej sytuacji dziecko jak najszybciej powinno "zostać zabezpieczone", czyli albo pozostać u cioci, albo trafić do placówki opiekuńczej. -  Tylko wtedy możemy je zdiagnozować. W domu często jest to niemożliwe. Jednak pogląd jest taki, że placówka to najgorsze możliwe miejsce. Rodzice manipulują dziećmi, że jeśli coś powiedzą, to przyjdzie pan kurator i zabierze ich do domu dziecka. A tam jest źle – mówiła Barcz.

Edyta Odyjas, przewodnicząca Komisji Międzyzakładowej Organizacji Związkowej NSZZ "Solidarność" Pracowników Sądownictwa i Prokuratury, również wskazywała, że w tej sytuacji zabrakło komunikacji między instytucjami. – Chodzi o aspekt ludzki. Przy tak poważnych sprawach czynności wykonuje się zazwyczaj szybko. Często jest tak, że jeśli urzędnik w sądzie słyszy taką historię, to rzuca wszystkie inne czynności i reaguje. Bywa tak, że dziecko zostaje zabezpieczone w ciągu jednego dnia. Kurator wraca z wywiadu i od razu czując sytuację, pisze odpowiednią opinię dla sędziego. Urzędnicy nie są bez serca. W mojej ocenie w tej sprawie zabrakło właśnie tej komunikacji. Może potrzebna jest jakaś bardziej nowoczesna platforma, niż telefon, żeby ten kontakt był jeszcze szybszy – oceniła Odyjas.

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM