"Mamy parafie, gdzie prawie wszyscy są po konwersji". Dlaczego katolicy wybierają protestantyzm?

Piotr Barejka
Ks. Wojciech Pracki, proboszcz Parafii Ewangelicko-Augbsurskiej w Opolu, powtarza przyszłym konwertytom, że nie wystarczy wkurzyć się na biskupa, żeby przejść konwersję. Jak podkreśla, w przeszłości konwersje "bardziej dotyczyły osób, które chciały wstąpić w związek małżeński mieszany wyznaniowo". - Mam wrażenie, że dzisiaj częściej pojawiają się osoby po lekturze teologicznych pozycji. Zdarzają się też rodzice, którzy nie chcą, by ich dziecko było uczone religii w duchu narodowokatolickim, szukają alternatyw - mówi ksiądz.
Zobacz wideo

Piotr Barejka, TOK FM: Proszę pana, proszę księdza, proszę pastora?

Wojciech Pracki, proboszcz Parafii Ewangelicko-Augbsurskiej w Opolu: Forma proszę księdza albo pastorze jest poprawna. Per pan już raczej nie, chociaż ja nie mam z tym problemu. Z wieloma parafianami jestem też po imieniu.

Ilu ma ksiądz parafian?

240.

A ilu z nich to konwertyci?

U mnie co trzeci, ale są parafie, gdzie prawie wszyscy parafianie są po konwersji.

Domyślam się, że w takim razie w ostatnich latach parafia urosła.

Wcale nie urosła! Statystyka na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat nie uległa zmianie. Oczywiście mamy przypływ parafian przez konwersję, do tego dochodzą chrzty, ale to równoważny nam liczba zgonów. Liczba moich parafian utrzymuje się na stałym poziomie.

Komu ksiądz mówi, że konwersja to jednak nie to?

Zdarzają się sytuacje, kiedy przychodzą osoby, które ostro atakują Kościół rzymskokatolicki, bo nie spodobała im się wypowiedź jakiegoś hierarchy. Mówią, że dla tego Kościoła liczy się tylko blichtr, a w kontekście afer pedofilskich pada oskarżenie, że jest to zjawisko bardzo powszechne.

Nie mogę się zgodzić z takim spojrzeniem. Funkcjonuję też w otoczeniu księży katolickich, mam wielu przyjaciół duchownych. Mówię takiej osobie, że bardzo chętnie podam kontakt do księdza rzymskokatolickiego, który nie sprawi rozczarowania. Jeśli problemem są wypowiedzi hierarchów, to przecież nie chodzi o całość Kościoła rzymskokatolickiego.

Czyli nie wystarczy być wkurzonym na katolickiego biskupa, żeby zostać protestantem.

Obecnie częściej przychodzą ludzie po lekturze Ksiąg Wyznaniowych luteranizmu i innych pozycji, które są dzisiaj powszechnie dostępne. Rzadko przychodzą ludzie z ulicy, nieprzygotowani, choć jeszcze paręnaście lat temu było inaczej.

Motywem dla zmiany wyznania powinny być pobudki nie obyczajowe, ale teologiczne. Kwestia przystąpienia do sakramentu ołtarza, przyjęcie go pod dwoma postaciami, czyli chleba i wina. Taką pobudką jest też dla mnie odrzucenie kultu świętych i Marii, skupienie się, zgodnie ze starokościelnymi wyznaniami wiary, wyłącznie na Trójcy Świętej.

Poza tym są też osoby rozwiedzione, żyjące w związkach nieformalnych, które w Kościele rzymskokatolickim napotykają problemy przy sakramentach. Tego problemu nie będą miały w kościołach protestanckich. To wszystko są dla mnie przesłanki, które dają pole do dalszej rozmowy i wejścia w proces konwersji.

"Bliscy nie akceptowali innej religijności"

Jeżeli jest pole do dalszej rozmowy, to jak wygląda przygotowanie do konwersji?

W mojej parafii odbywają się cotygodniowe spotkania, na których tłumaczę, czym tak naprawdę jest luteranizm. Oczywiście te osoby od samego początku są zaproszone do niemal pełnoprawnego funkcjonowania w parafii, czyli uczestniczą w nabożeństwach i wydarzeniach parafialnych. Chodzi o to, żeby miały kontakt z parafią nie tylko poprzez księdza, ale też innych parafian. Czyli mamy taką dwutorowość, gdzie z jednej strony jest nauczanie, a z drugiej zwykłe, międzyludzkie kontakty.

Takie spotkania trwają mniej więcej tyle, ile rok szkolny, ale nie zakładamy sobie żadnego celu. Nawet nie nazywam ich spotkaniami dla konwertytów, bo jeśli bym to zrobił, to byłoby założenie, że ci uczestnicy na wstępie już deklarują, że chcę zostać luteranami, więc decyzja jest podjęta. Z mojej strony, jako duszpasterza, to byłaby przemoc, bo ja już coś zakładam. To uczestnicy muszą zastanowić się, dlaczego to robią, czy naprawdę tego chcą. Są osoby, których celem okazuje się pogłębienie wiedzy, nie idzie za tym żadna forma religijności. Niektórzy w trakcie spotkań się wycofują.

Dlaczego?

Czasami przeżywają rozczarowanie, bo spodziewali się czegoś innego. Okazało się, że to, co miało być ich nową drogą życiu, nie spełnia oczekiwań. Wtedy oczekuję jasnego komunikatu, dlaczego tak się dzieje. Jedni mówią, że dziękują za spotkania, ale potrzebują czasu, żeby podjąć decyzję. Miałem panią, która przez rok uczestniczyła w spotkaniach, bardzo aktywnie, ale stwierdziła, że nie jest w stanie zrezygnować z pobożności maryjnej. Były osoby, które ze względu na sytuację rodzinną wstrzymywały swoją decyzję, bo ich bliscy nie akceptowali innej religijności, co często wynika ze strachu.

Strachu przed czym?

Warto zauważyć, że w katechezie, w ogóle w programach nauczania szkolnego, bardzo mało mamy informacji na temat różnych wyznań chrześcijańskich.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że w ogóle ich nie mamy.

Chciałem być subtelny. Nie jesteśmy jako Polacy edukowani, nie mamy wystarczającej wiedzy o tym, czym jest prawosławie, czym jest protestantyzm. Człowiek wie, że są jakieś inne formy religijności, ale nie do końca wie, czy one są chrześcijańskie, czy nie. Potem boi się tej inności, nawet w obrębie chrześcijaństwa. Jako luteranie spotykamy się z pytaniami, czy świętujemy Boże Narodzenie, czy obchodzimy Wielkanoc. W rodzinach konwertytów pojawiają się pytania, czy to nie jest jakaś sekta.

Mam jednak wrażenie, że ci, którzy coś o protestantach wiedzą, często widzą w nich swego rodzaju obyczajową alternatywę. Tylko czy tak rzeczywiście jest?

Jeśli weźmiemy pod uwagę naukę społeczną kościoła rzymskokatolickiego, nauczanie moralne kościoła prawosławnego, to kościół luterański czy reformowany jawią się jako kościoły zdecydowanie bardziej liberalne. Natomiast ten liberalizm wynika z pewnej zasady duszpasterskiej, że ja jako luterański ksiądz i katecheta nauczam. Nauczam moich parafian, uczniów, biblijnych zasad. Jako nauczyciel muszę brać przykład z Jezusa Chrystusa, a on nie pokazuje palcem i nie mówi, że trzeba robić tak, bo jak nie, to przechlapane. Jako nauczyciel mam wskazać to, co jest zasadą biblijną, ale nie osądzam.

Dlatego nie mogę potępić moich parafian, jeśli biorą udział w Strajku Kobiet, jeśli popierają obecny rząd albo go krytykują. Mogę ich nauczać, ale wszelkie decyzje, co oni z tym nauczaniem zrobią, należą do nich, bo są przecież samodzielni. Może w tym jawi się ten ewangelicki liberalizm, ale trzeba pamiętać, że kościoły ewangelickie w Polsce nie są monolitem. Znajdziemy osoby, które prezentują bardzo mocny rygoryzm moralny, ale będzie też grupa, która jest dość mocno liberalna. Do tego będzie mnóstwo ludzi pośrodku, a chodzi o to, żeby wszyscy spotkali się na nabożeństwie.

I to się naprawdę udaje?

Nie zawsze (śmiech). To jest bardzo poważne wyzwanie.

Często jednak robi się o polskich protestantach głośno, gdy któryś z księży poprze właśnie protesty dotyczące praw kobiet czy tzw. "Tęczowy Piątek" w szkołach.  Czyli powie coś zupełnie innego niż wielu księży katolickich.

Tutaj warto podkreślić, że cały świat luterański jest bardzo zróżnicowany. Kościoły nie tworzą globalnej organizacji, tylko każdy kościół ma charakter lokalny. Nasz kościół w Polsce zamyka się w granicach państwowych, ale w Czechach są dwa kościoły luterańskie, w Stanach Zjednoczonych jest kilka, które działają w różnych regionach, a w Niemczech jest kilkadziesiąt. Każdy z tych kościół stosuje trochę różne rozwiązania.

Na przykład kościół w Szwecji jest takim przodującym jeżeli chodzi o liberalizm, udziela błogosławieństw parom homoseksualnym, ordynuje homoseksualnych duchowych. Dzisiaj dla Szwedów to nie jest problem, ale u nich dyskusja o tym trwała od niemal pięćdziesięciu lat. Jest to efekt długiej refleksji. My w naszym kraju, jako luteranie, na taką dyskusję jak Szwedzi jeszcze nie jesteśmy gotowi. Istnieje silna polaryzacja stanowisk i opinii.

Czyli polscy protestanci są bardziej konserwatywni niż szwedzcy?

Wychowałem się na takim odludziu luteranizmu, ponieważ pochodzę z małej miejscowości w Wielkopolsce i moja rodzina była jedyną ewangelicką rodziną w okolicy. Wydawało mi się na początku, że skoro jestem luteraninem, to ze wszystkimi współwyznawcami znajdę wspólny język. Jednak kiedy poszedłem na studia teologiczne, gdzie studenci byli z całej Polski, ale przeważali ze Śląska Cieszyńskiego, czyli matecznika polskiego luteranizmu, to było zderzenie z rzeczywistością. Okazało się, że dość głęboko tkwiłem w błędzie, bo wyznanie nie zakłada jednomyślności w kwestiach społecznych, politycznych i wszelkich innych.

Ale myślę, że taka dyskusja jak w Szwecji to w Polsce kwestia czasu. To trochę jak u schyłku XIX wieku nasi przodkowie spotkali się z kwestią emancypacji kobiet, a my dzisiaj żyjemy w rzeczywistości, w której kwestia emancypacji dotyczy osób LGBT. Nie sposób przejść obok tego tematu obojętnie, więc również kościoły nie powinny być obojętne. Moim zdaniem kościoły powinny być zorientowane na Ewangelię i nauczanie Jezusa, który jeżeli kogoś potępia na kartach Biblii, to będą Faryzeusze. Wypomina im nieszczerość intencji, ale każdego innego człowieka Jezus otacza troską. Po prostu ważne jest to, że człowiek pragnie zbawienia, a nie jego seksualność.

Wspomniał ksiądz o tym, że paręnaście lat temu przychodzili ludzie, którzy wiedzieli o luteranizmie dużo mniej. Natomiast dzisiaj osoby często już na starcie są bardziej świadome. Jak w takim razie na przestrzeni lat zmieniały się motywacje konwertytów?

Jeszcze paręnaście lat temu konwersje bardziej dotyczyły osób, które chciały wstąpić w związek małżeński mieszany wyznaniowo. To było bardzo powszechne zjawisko. Chociaż do dzisiaj często przychodzą osoby po rozwodach, które chcą funkcjonować jako pełnoprawni członkowie parafii. Są też takie pary, którym rodzi się dziecko i jest kwestia chrztu.

Ale mam wrażenie, że dzisiaj częściej pojawiają się osoby po lekturze teologicznych pozycji, dużo bardziej świadome. Zdarzają się też rodzice, którzy nie chcą, żeby ich dziecko było uczone religii w szkole w duchu narodowokatolickim, szukają alternatyw i znajdują parafię ewangelicką. Nauczanie ewangelickie bardzo mocno koncentruje się na treściach biblijnych, treści wyznaniowych jest stosunkowo niewiele. W lekcjach religii nie chodzi o to, żeby dziecko znało przykazania i modlitwy na pamięć, tylko żeby je rozumiało.

Jeżeli osoba jest zdecydowana, podjęła decyzję, nic się nie zmieniło po roku przygotowań, to jak formalnie wygląda przyjęcie do parafii?

Dzieje się to podczas niedzielnego nabożeństwa. Jest taki moment w liturgii, gdy te osoby prosi się na środek, aby złożyły wyznanie wiary i ślubowanie. Po tym uroczystym ślubowaniu poprzez nałożenie rąk i uściśnięcie dłoni, w takim geście powitalnym, są przyjmowane do parafii. Stają się wtedy niemal pełnoprawnymi jej członkami, bo jeszcze przez najbliższe lata nie mają biernego prawa wyborczego, nie mogą zostać wybrani do rady parafialnej, która pełni funkcje decyzyjne w parafii. Ale mają czynne prawo wyborcze, czyli mogą wybierać proboszcza, członków rady i głosować wszystkie sprawozdania parafialne na koniec roku.

A ile czasu zwykle trwa konwersja?

U niektórych tyle, ile nasze spotkania, czyli niecałe dziesięć miesięcy. To są osoby, które przychodzą z nastawieniem, że są już gotowe, przez ten rok nic się nie zmienia, tylko ich postanowienie jest jeszcze silniejsze. Czasami trwa to wiele lat, mamy powroty i oddalenia się. Ja zawsze mówię, żeby nie robić na siłę, żeby dać sobie czas. Niech ten proces się po prostu dzieje. Może się to na całe życie rozciągnąć. Mam takich parafian, którzy są po osiemdziesiątce, a do parafii wstąpili dopiero pięć lat temu. Powiedzieli mi po tym bardzo budującą rzecz, którą do dzisiaj pamiętam, że na jesień ich życia podjęli najlepszą decyzję, że zostali luteranami. Mimo że tak późno do tego dojrzeli.

Posłuchaj:

DOSTĘP PREMIUM