Uchodźczyni o pobycie w zamkniętym ośrodku: "Widziałam, że moje dziecko gaśnie jak kwiat"

Jak wygląda pobyt w zamkniętym ośrodku dla cudzoziemców? Co można, a czego nie? Jak znoszą to dzieci? - o tym mówiła w TOK FM Roza, Czeczenka, która trafiła do Polski razem z rodziną.
Zobacz wideo

Roza ma 34 lata - jest nauczycielką, w Czeczenii uczyła w szkole języka angielskiego. Sześć lat temu trafiła z rodziną do Polski - z mężem i trzema synkami. Była już wtedy w czwartej ciąży - niedługo potem na świat przyszła jeszcze córeczka.

Roza nie chce opowiadać o przyczynach ucieczki ze swojego kraju. To dla niej zbyt trudne, poruszające wspomnienia. Mówi jedynie, że rodzina wyjechała, by ratować swoje życie. W Czeczenii wiele osób - mimo tego, że formalnie nie ma tam wojny - wciąż jest prześladowanych przez reżim. Nie jest tajemnicą, że zdarza się nachodzenie w domu, tortury, porwania.

Życie w ośrodku za kratami

Po przybyciu do Polski rodzina trafiła do jednego ze strzeżonych ośrodków dla cudzoziemców. Spędziła w nim prawie 10 miesięcy. To ośrodki zamknięte, z których nie można wychodzić, z kratami w oknach - ośrodki, którymi zarządza Straż Graniczna.

- Mój starszy syn miał wtedy dziewięć lat. Bardzo często słyszałam pytanie, dlaczego musimy tu być? Dlaczego nie możemy wyjść na dwór, pograć w piłkę, pobiegać? Dlaczego musimy być w miejscu za kratami, gdzie funkcjonariusze odwiedzają nas niemal non stop i ciągle nas liczą, sprawdzając czy ktoś nie uciekł? - opowiadała Roza. Starała się wytłumaczyć synowi, że to tylko na chwilę, że muszą ten trudny czas przetrwać i wszystko się zmieni.

Początkowo - decyzją sądu - mieli spędzić w ośrodku dwa miesiące. - Ale potem przedłużono nam ten pobyt o trzy miesiące, potem o kolejne. Nadzieja na wyjście z tego miejsca za kratami coraz bardziej się oddalała. Nie rozumieliśmy, dlaczego - opowiada matka czwórki dzieci.

Dzieci przeżywały traumę

Jak mówi, dziewięcioletni syn zaczął popadać w apatię; było coraz gorzej - nie chciał wychodzić z pokoju, nawet do łazienki. Zamknął się w sobie, nie chciał rozmawiać. - Jako mama widziałam, że gaśnie jak kwiat. Byliśmy u psychologa, u psychiatry. Stwierdzono PTSD, czyli zespół stresu pourazowego. Wiedziałam, że jedyny sposób, by coś się zmieniło, to opuszczenie ośrodka. Ale nie mieliśmy na to zgody - tłumaczy.

Inaczej pobyt w ośrodku znosiły młodsze dzieci - trzyletnie bliźniaki. Chłopcy jeszcze niewiele rozumieli i tym bardziej trudno im było cokolwiek wytłumaczyć. - Zdarzało się, że inne dzieci w ośrodku miały lizaki, bo ich rodzice mieli skądś jakieś pieniądze i ktoś im to kupił. Moi synowie przychodzili, płakali, mówili "ja też chcę lizaka", a ja nie mogłam im tego dać. To było dla mnie straszne. Zabierałam ich takich płaczących do pokoju - mówi Roza.

Wspomina też, że dzieciom w ośrodku bardzo trudno jest się przestawić na polskie jedzenie. - Nie mogę powiedzieć, że jedzenia brakuje. Nie, zawsze było śniadanie, obiad, kolacja. Ale moje dzieci nie chciały tego jeść, bo były przyzwyczajone do innych posiłków - mówiła. Dlatego często zabierała obiad czy mleko ze śniadania do pokoju i w kuchni, która byłą wspólna dla migrantów - gotowała "po swojemu". - Czasami dodawałam cebulki, albo jakichś przypraw. Z mleka, które było na śniadanie, robiłam dzieciom kaszę albo ryż na mleku. One nie były przyzwyczajone na przykład do kanapek i w ogóle nie chciały ich jeść - tłumaczyłą Roza.

Roza z rodziną od początku starała się w Polsce o status uchodźcy

Był moment, że dostali decyzję odmowną, groziła im deportacja. Pomogli prawnicy z jednej z organizacji pozarządowych. Ostatecznie wszyscy są w Polsce - dziś mieszkają w wynajmowanym mieszkaniu pod Warszawą. Synowie chodzą do szkoły, świetnie mówią po polsku, córeczka właśnie poszła do przedszkola. Roza też coraz lepiej zna język polski. - Już nie muszę jechać z tłumaczem do urzędu, gdy coś załatwiam. Dzięki temu jest o wiele łatwiej - opisywała.

Ma w Polsce znajomych i przyjaciół.  Kilka miesięcy temu dostała - razem z synami - tzw. pobyt humanitarny. Dzięki niemu czuje się bezpiecznie, wie, że nikt jej już z Polski nie wyrzuci, choć starała się o status uchodźcy (pobyt humanitarny to inna forma ochrony - przyp. red.). Na decyzję o swoim statusie czekają jeszcze mąż Rozy i jej 3-letnia córeczka. - Dla moich synów Polska - tak już mogę powiedzieć - to ich dom. Praktycznie nie znają innego życia. Córeczka tym bardziej - mówiła. Starszy syn chce być programistą, młodsi marzą o zostaniu lekarzami. - A moje marzenie? Chcę, by dzieci były bezpieczne, by nie zaznały, czym jest wojna. I byśmy byli zdrowi - dodała.

Sytuacja w ośrodkach

W ośrodkach dla cudzoziemców - w tym tych zamkniętych - przybywa obcokrajowców. W niektórych placówkach zaczyna brakować miejsc.

Dla przykładu, do strzeżonego ośrodka w Białej Podlaskiej tylko w sierpniu trafiło ponad 150 osób, głównie z Afganistanu i Iraku. Są też migranci z Somalii, Etiopii czy Kuby. Czekają na decyzję o tym, co dalej, czy dostaną ochronę międzynarodową.

Cudzoziemcy są umieszczani w ośrodku strzeżonym na mocy postanowienia sądu wydanego w oparciu o zapisy Ustawy o cudzoziemcach lub Ustawy o udzielaniu cudzoziemcom ochrony na terytorium RP. Pobyt powinien trwać do trzech miesięcy, ale może być przedłużony w związku z toczącymi się procedurami.

Posłuchaj rozmowy

DOSTĘP PREMIUM