Śmierć uchodźców przy granicy Polski z Białorusią. "Brakuje realnego nacisku na białoruską stronę"

- Nie słyszę o tym, żeby białoruscy przedstawiciele byli wzywani w Warszawie do MSZ. Nie słyszę o nowych sankcjach - wyliczał w TOK FM Tomasz Siemoniak. Były szef MON, komentując tragiczne wydarzenia z polsko-białoruskiej granicy wytykał błędy rządzących.
Zobacz wideo

W rejonie przygranicznym między Polską a Białorusią znaleziono ciała trzech osób, o czym w niedzielę informowała Straż Graniczna. Z kolei białoruscy pogranicznicy podali, że znaleziono ciało jeszcze innej kobiety. Reżimowa, białoruska agencja poinformowała również o śladach przeciągania zwłok z Polski i o tym, że na miejsce zostali zaproszeni przedstawiciele Biura Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców na Białorusi oraz Międzynarodowej Organizacji do spraw Migracji.

"Czy państwo polskie czuje dumę? Czy @donaldtusk nadal uważa, że trzeba trzymać kciuki?" - pytał na Twitterze dziennikarz TOK FM Jakub Medek, który przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego relacjonował to, co działo się na granicy polsko-białoruskiej.

O te słowa pytała Tomasza Siemoniaka w Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska. - To są tragiczne informacje. Na pewno trzeba współczuć rodzinom tych osób, które zmarły i na pewno źle, że redaktor Medek i inni dziennikarze nie mogą być przy granicy i rzetelnie, obiektywnie relacjonować tego, co się tam dzieje - mówił były minister obrony.

Siemoniak podkreślił, że jest "bardzo ostrożny w komentowaniu" doniesień z granicy, bo nie znamy szczegółów. - Informacje te pochodzą ze strony białoruskiej. (...) Trzeba poczekać na informacje ze strony polskiej. Dziś za mało wiemy, żeby te sprawy odpowiedzialnie komentować - wyjaśnił.

- Nie wiemy, gdzie te osoby zmarły i jakie były okoliczności. Poczekajmy. Gdy polska strona:  prokuratura i premier powiedzą, co ustalili, to wtedy komentujmy. To są naprawdę bardzo poważne rzeczy: sprawy życia i śmierci, bezpieczeństwa państwa - apelował polityk.

Były szef MON nie ma wątpliwości, że polsko-białoruska granica powinna być "szczelna". Jak mówił,  brakuje mu pewnych działań ze strony rządzących, np. "realnego nacisku na stronę białoruską, żeby praktyka przywożenia ludzi na granicę i obiecywania im, że mogą się przedostać na stronę polską (…) była zaprzestana". - Ja nie słyszę o tym, żeby wzywani byli białoruscy przedstawiciele w Warszawie do MSZ. Nie słyszę też wzywania o spotkania Unii Europejskiej w tej sprawie, nie słyszę o nowych sankcjach - wyliczał.

Stan wyjątkowy bronią w walce z dziennikarzami?

Także senator PSL Filip Libicki zwrócił uwagę na brak pełnych informacji na temat sytuacji przy polsko-białoruskiej granicy. Jak przekonywał, pomóc mogłaby rozmowa polityków opozycji z przedstawicielami straży granicznej np. podczas posiedzenia komisji spraw wewnętrznych. 

- Ale z całą pewnością dziś wiemy jedno: nie jest zgodne z prawdą to, że te osoby się na granicy wymieniają, jak mówi strona rządowa. Tak nie jest. To jest stała grupa osób i myślę, że tu jest też pytanie, czy nie powinna się odbyć - jeszcze raz - debata na ten temat w parlamencie. I jako opozycja powinniśmy "wycisnąć" ze strony rządu, czy tak naprawdę powodem stanu wyjątkowego jest to, by ograniczyć mediom możliwość relacjonowana tego procesu na granicy, czy są tam przesłanki z dziedziny polityki międzynarodowej - mówił Libicki. 

Na godzinę 10.30 zwołana jest konferencja prasowa premiera Mateusza Morawieckiego, szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego oraz szefa służby granicznej Tomasza Pragi w sprawie tego, co wydarzyło się na granicy polsko-białoruskiej.

Stan wyjątkowy

Przypomnijmy, że stan wyjątkowy w 183 gminach województw podlaskiego i lubelskiego obowiązuje od 2 września. Został wprowadzony na 30 dni na mocy rozporządzenia prezydenta Andrzeja Dudy, wydanego na wniosek Rady Ministrów.

Przedstawiciele rządu uzasadniają konieczność wprowadzania stanu wyjątkowego sytuacją na granicy z Białorusią, gdzie reżim Alaksandra Łukaszenki prowadzi "wojnę hybrydową" oraz rosyjskimi ćwiczeniami wojskowymi Zapad.

DOSTĘP PREMIUM