"Naszemu szpitalowi brakuje 10 mln zł, to 4 dni płacenia kar za Turów". Związkowiec z kopalni o niezaradności rządu

Pytam, gdzie był polski rząd w czasie, gdy zaczął rysować się problem z nastawieniem Czechów do funkcjonowania kopalni Turów. To był czas, gdy można było prowadzić rozmowy, żeby całemu problemowi zaradzić. Tego zabrakło - mówił w TOK FM Artur Oliasz, związkowiec z kopalni Turów.
Zobacz wideo

W poniedziałek Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zdecydował, że Polska ma płacić 500 tys. euro dziennie za to, że nie zaprzestała wydobycia węgla w kopalni Turów. Nasz kraj został do tego zobowiązany decyzją unijnego trybunału, po skardze wniesionej przez rząd Czech.

- Baliśmy się tego od dawna. Ta sytuacja nawarstwiała się i wiedzieliśmy, że coś wisi w powietrzu, ale że tak się skończy, to nikt z nas nie miał pojęcia - komentował w TOK FM Artur Oliasz, radny miasta Bogatynia i członek zarządu Niezależnego Związku Zawodowego Górników Kopalni Węgla Brunatnego Turów.

Jak dodał, groźba zamknięcia kopalni może oznaczać likwidację wielu miejsc pracy i de facto śmierć życia społecznego w regionie. - Cały przemysł i miejsca pracy regionu są skupione od lat 60. wyłącznie wokół kopalni i elektrowni. Nie ma ich, to nie ma życia - mówił.

Na pytanie, kogo obwinia za zaistniałą sytuację, odpowiedział, że polski rząd. - Pytam, gdzie był w czasie, gdy zaczął rysować się problem z nastawieniem Czechów do funkcjonowania kopalni Turów. To był czas, gdy można było prowadzić rozmowy, żeby całemu problemowi zaradzić. Tego zabrakło. I dzisiaj zrzucanie winy na Komisję Europejską i na TSUE… No przecież Czesi są naszymi przyjaciółmi i jeżeli nie możemy sobie poradzić w takiej sprawie, to aż mnie bierze cholerna złość - stwierdził.

Prowadząca audycję Karolina Lewicka przypomniała słowa premiera Mateusza Morawieckiego, który zapewnił, że polski rząd próbował dogadać się z czeskim, ale ten "zachował się bez dobrej woli". Szef rządu zasugerował, że stało się tak z powodu zbliżających się w Czechach wyborów. - Mamy wersję jednego i drugiego premiera, a skutek jest taki, że od wczoraj mamy nałożone kary i będziemy płacić ok. 2,3 mln zł dziennie. A dla porównania: naszemu szpitalowi gminnemu brakuje na zbilansowanie budżetu ok. 9-10 mln zł. To są 4 dni płacenia tych kar i byłoby po problemie - wyjaśniał.

"Na dole byśmy się dogadali"

Jak dodał, polsko-czeski konflikt tylko "na górze" wydaje się nie do rozwiązania. - Na dole byśmy się dogadali z Czechami. Tworzymy razem różne projekty kulturalne i sportowe. Więc ta integracja na poziomie lokalnym przebiega dobrze. U nas nie ma złości wobec Czech, dlatego że staramy się tu współżyć i tu będziemy razem mieszkać. Nie pozwolimy na to, żeby jakieś gry polityczne nastawione na wybory jedne czy drugie sprawiły, że nie będziemy umieli ze sobą rozmawiać - przekonywał.

Zwrócił uwagę, że ofiarą "dużej polityki" pada społeczność skupiona wokół kopalni i elektrowni Turów. - My nie czujemy się winni. Przychodzimy do pracy, żeby dostarczać węgiel i prąd dla kraju, a dzisiaj mamy kolejny konflikt, w którym jednych przeciwstawia się drugim. Jak czytam wpisy w mediach społecznościowych na temat górników, kopalni, to myślę, że za chwilę nam tu będzie trudno mieszkać - zauważył.

Stwierdził także, że społeczność Bogatyni oczekuje od polskiego rządu "mapy drogowej" transformacji gospodarczej regionu. - Mamy świadomość, że świat się zmienia (odchodzi od węgla-red.). Mamy złoża do 2044 roku i nawet gdybyśmy mieli wykorzystać koncesję do tego czasu, to już teraz musimy myśleć o transformacji społecznej i gospodarczej dla naszego regionu. Powinniśmy mieć już jej mapę, dlatego że to pozwoli nam tu żyć i się rozwijać. Najgroźniejsza dla nas jest niepewność - zakończył gość TOK FM.

We wtorek premier Morawiecki zapewnił, że polski rząd "nie zamierza wyłączyć Turowa".

DOSTĘP PREMIUM