"W tej szkole niebinarnych bijemy". O strachu przed dziećmi

- Dyrektorzy nawet chcieliby robić szkoły bezpieczne dla osób niebinarnych, ale się boją. Reakcji nauczycieli, rodziców i samych dzieci. Boją się, że ktoś się poskarży w mediach społecznościowych, a minister edukacji Przemysław Czarnek lub małopolska kurator oświaty Barbara Nowak zrobi z tego aferę - mówi polonistka z Krakowa. I dodaje, że dlatego w szkołach "kwitnie przemoc" wobec osób niebinarnych.
Zobacz wideo

- Na początku trudno było mi zwracać się do dziecka jego nowym imieniem – opowiada Agnieszka. - Mówiłam "naokoło", byle nie używać męskich form językowych. Ta ekwilibrystyka połączona z obawami, że rozsypię się i nie zdołam dać mu wsparcia, spowodowały, że przez kilka dni go unikałam. Nie chciałam tego, bo przecież to moje ukochane dziecko! Nie przestało nagle nim być w wieku 15 lat, gdy przyszło do mnie i powiedziało, że coraz częściej czuje się chłopakiem i nie wie, co z tym dalej będzie.

Gdy to usłyszałam, skupiłam się na tym, by odebrało moją reakcję pozytywnie. Odpowiedziałam: "To ciekawe, będziemy się temu przyglądać". Nie zastanawiałam się jeszcze, co we mnie się dzieje.

Później zaczęłam się bać. Nie tego, że moje dziecko jest niebinarne, tylko że będzie potrzebowało tranzycji medycznej i społecznej (uzgodnienie sposobu wyrażania swojej płci z wewnętrznym poczuciem tożsamości płciowej), a to mogło okazać się dla niego trudne. Ale jeśli miałoby potrzebować jakichś zabiegów czy terapii hormonalnej, to byłam gotowa mu pomóc.

Bałam się też o siebie. Że nie udźwignę kolejnego zmartwienia. Nie chciałam następnego wyzwania i obciążenia dla rodziny. Nie chciałam kolejnej "szczególności", tęskniłam za "normalnością". Dzisiaj już daję sobie przyzwolenie na to, co przeżywałam, dlatego o tym mówię.

Potrzeba sadyzmu

Podniesione ze zdziwienia brwi, zmarszczone czoła i tlące się w kącikach ust uśmiechy – to reakcje, które Karolina zaobserwowała u swoich kolegów w pokoju nauczycielskim, gdy dyrektorka liceum w Krakowie ogłaszała "rewolucję kulturową". Tak historyczka określiła prośbę przełożonej, by do jednej osoby uczącej się w ich szkole zwracać się Alex, bo jest niebinarna.

- Dziecko wybrało sobie to imię, bo nie czuło się ani Aleksandrą, ani Aleksandrem. Miało opinię psychologiczną mówiącą o niebinarności. Już wcześniej o tym czytałam i pomyślałam sobie, że wystarczy trochę poćwiczyć unikania form rodzajowych, czyli zamiast "podaj jej ołówek", powiem "podaj ołówek Alex". Albo zamiast "przeczytałaś ‘Pana Tadeusza’?", użyję formy neutralnej "przeczytałoś ‘Pana Tadeusza’?". Pomylę się raz czy drugi, to przeproszę. Ważne, żeby to dziecko czuło się w szkole bezpiecznie – mówi Karolina, nauczycielka polskiego.

Jak dodaje, gdy usłyszała o "rewolucji kulturowej" i o tym, że teraz "każdy uczeń będzie mógł sobie zmieniać płeć według własnego widzimisię", wstała i powiedziała, co zdążyła na temat niebinarności przeczytać.

- Mówiłam np. o dysforii, przeciwieństwie euforii, czyli obniżonym nastroju związanym z brakiem akceptacji zewnętrznych cech płciowych. Mówiłam, że osoby niebinarne często na początku przechodzą gehennę związaną z brakiem akceptacji społecznej. Mówiłam, że w świecie zewnętrznym mają pewnie milion sytuacji, w których czują się zagrożone, więc niechże chociaż w domu i w szkole Alex czuje się sobą i komfortowo. Co nas to kosztuje? Mamy tylko poćwiczyć używanie odpowiednich końcówek. W dodatku bez napinania się, że nie możemy się pomylić – wspomina.

Po tej przemowie niektóre brwi, wcześniej uniesione ze zdziwienia, opadły. Ale nie u nauczycieli, których Karolina nazywa "dziadersami". - Oni męczyli Alex starym imieniem, dopóki nie skończyło szkoły. Nie wiem, jak mogli żyć z taką potrzebą sadyzmu w sobie – dodaje polonistka.

"Trenowałam na piśmie"

- Gdy po paru tygodniach dziecko znów mi powiedziało, że bardziej czuje się chłopakiem, poszliśmy na konsultację psychologiczną do Fundacji Trans-Fuzja – kontynuuje opowieść Agnieszka. - Dostałam zalecenie, bym mówiła do niego w formie męskiej i używała imienia, które sobie wybrał: Marcin. Już wcześniej usiłowałam się z nim oswoić, ale to mnie przerastało. Zapytałam go, czy mogę używać jego przydomka, tylko lekko przerobionego, by brzmiał bardziej męsko. Zgodził się. Później stwierdziłam, że muszę potrenować. Pisałam o Marcinie w formach męskich do nieheteronormatywnych przyjaciół, bo wiedzieli, o co chodzi w niebinarności. Robiłam to na piśmie, bo tak mi było łatwiej. Pomogło.

Psycholożka z Fundacji Trans-Fuzja zaleciła również, żeby Marcin poszedł na grupę wsparcia dla młodzieży transpłciowej, posłuchał, co ona mówi o sobie, i sprawdził, czy to jest podobne do tego, co sam czuje. Miał też terapię indywidualną u psycholożki przyjaznej osobom LGBT+ i proces diagnostyczny. To taki cykl spotkań u specjalisty, podczas którego Marcin układał sobie myśli związane z własną płciowością. Więc to nie było kolejne obciążenie tylko po to, by dostać papier, ale również budowa jego samoświadomości. Spotkania skończyły się wydaniem diagnozy, że dziecko jest osobą niebinarną o silnej potrzebie bycia odbieraną społecznie jako mężczyzna.

Na literę K

Joanna, nauczycielka z Warszawy, przypomina sobie reakcję jednej ze swoich koleżanek, gdy na radzie pedagogicznej któraś z wychowawczyń poprosiła, by do jej ucznia zwracać się nowym imieniem: Kuba. - Jeszcze do końca nie wiedział, czy jest niebinarny lub transpłciowy, bo granice pomiędzy tymi pojęciami bywają płynne. W każdym razie wybrał sobie imię Kuba, więc jego wychowawczyni prosiła, byśmy się starali go używać. A jedna z nauczycielek chyba miała z tym problem, bo zaproponowała, by nazywać go K. Bo niby to K. jest lepsze i to nasz nauczycielski kompromis. Niektórzy, w tym ja, się zirytowali, bo jaki to kompromis. On już wybrał, powinniśmy się przestawić i nazywać go tak, jak on woli, a nie tak, jak nam będzie łatwiej – mówi Joanna.

Jak dodaje, wspomniana nauczycielka z góry też założyła, że Kuba jest homoseksualistą. - Pomyliła orientację seksualną z tożsamością płciową. Od czapy mi się to wydawało. Psycholożka szkolna wyjaśniła, że o orientacji seksualnej Kuby nic nie wiemy i to nie nasza sprawa - relacjonuje.

- To częsty nietakt. Tożsamość płciowa kształtuje się osobno w stosunku do orientacji seksualnej. Dla dużej części heteronormatywnego społeczeństwa spójność w obu kwestiach jest oczekiwana. Bo skoro ktoś skorygował płeć na męską, to powinny go pociągać kobiety. A jeżeli tak się nie dzieje, to niektórzy podważają jego męską tożsamość. Bo ludziom się wydaje, że męskość zawsze oznacza heteroseksualność, a to jest nieporozumienie – dodaje Agnieszka, matka niebinarnego dziecka.

Ewa Rutkowska z Zespołu Szkół "Bednarska" w Warszawie, która uczy cztery osoby niebinarne i transpłciowe, rozmawia m.in. o tych różnicach z uczniami. - Uważam, że powinniśmy się otwierać na język, w którym funkcjonują osoby niebinarne i transpłciowe, by czuły się komfortowo i bezpiecznie. Wystarczająco dużo trudności mają poza szkołą i nie możemy w niej jeszcze tworzyć wrogiej atmosfery. Jeśli czegoś o tych osobach nie wiemy, to zapytajmy. Jeśli jest coś do poprawy w mówieniu o nich, to poprawmy. To nie jest trudne, nie ma się czego bać – przekonuje.

Dyrektorka się wystraszyła

- Minął rok od momentu, gdy zaczęliśmy terapie, więc syn stwierdził, że fajnie byłoby rozpocząć rok szkolny jako Marcin – mówi Agnieszka. - Zanim poszliśmy do pani dyrektor, uprzedziłam ją telefonicznie, z jaką sprawą przyjdziemy, by przygotowała się na to psychicznie. Później się okazało, że Marcin był w tej szkole pierwszą osobą niebinarną, która zrobiła coming out. A ilu takich uczniów, którzy się nie wyoutowali, przewinęło się tam przez lata, nie wiadomo.

Na spotkaniu z panią dyrektor powiedziałam, że mój syn ma silną potrzebę funkcjonowania w szkole jako Marcin. W pierwszej chwili ewidentnie się wystraszyła. Stwierdziła, że będzie potrzebowała jakieś podkładki na piśmie, więc dałam jej opinię psychologa. Po chwili wahania uznała, że powinien spróbować pochodzić do szkoły jako Marcin, by nabrać pewności, czego potrzebuje. Inaczej nie będzie tego wiedział. Przyznała, że dla niej na początku może być bardzo trudne mówienie do niego w męskich formach, ale zapewniła, że się postara.

Marcin poprosił, bym nie rozmawiała z panią dyrektor o jego niebinarności. Wolał, bym jej powiedziała, że jest transchłopakiem. Bo niebinarność jest traktowana jako coś mniej poważnego i mniej zrozumiałego. Lepiej było na razie temat niebinarności zostawić i rozmawiać o potrzebach dziecka. A ono oczekiwało od szkoły, by traktowała je jako chłopaka. Kropka.

Pani dyrektor porozmawiała z nauczycielami i poleciła, by zwracali się do mojego syna w rodzaju męskim. Zaakceptowali to, chociaż czasem, jak Marcin pracował w grupie z koleżankami, to zdarzało mu się usłyszeć: "Dziewczyny, otwórzcie podręcznik...". To pojedyncze potknięcia, ale syn odbierał je tak: "A, czyli dla nauczycielki jestem dziewczyną, do której należy zwracać się jak do chłopaka".

Nauczycielki wtajemniczyły w sprawę uczniów, bo istotne było, by wiedzieli, że osoba, którą wcześniej znały pod innym imieniem, teraz jest Marcinem. Dzieciaki przyjęły to bez problemu. Jeśli któreś z nich się pomyliło, to go przepraszało. Był nawet trochę zdezorientowany, że temat przeszedł bez echa. Spodziewał się większego zainteresowania, a wszyscy zrobili się ostrożni i uważali, by nie zadawać mu niewygodnych pytań ani nie sprawić, by czuł się niekomfortowo.

Pani dyrektor zgodziła się również, by w dzienniku elektronicznym zapisać go jako Marcina. Pewnie jeszcze musiała się zmierzyć z tym, co na jego temat mówią na radzie pedagogicznej. Więc miała sporo pracy. To było piękne, że zaopiekowała się tym całościowo.

Była jeszcze kwestia wuefu, bo Marcin chciał ćwiczyć z chłopakami. Ale i tu nikt nie robił problemu, nauczycielka po prostu się zgodziła. Wcześniej był najlepszy wśród dziewczyn, a później w niektórych konkurencjach stał się najgorszy wśród chłopaków. Jednak to niewielki efekt uboczny tej zmiany, która miała mu dać poczucie komfortu i zmniejszyć dysforię.

"Przemoc w szkołach kwitnie w najlepsze"

Karolina, polonistka z Krakowa, udziela się w internetowych grupach dla nauczycieli i czasem rozmawia z nimi o osobach niebinarnych w szkołach. - Z tych dyskusji wynika, że dyrektorzy nawet by chcieli robić szkoły bezpieczne dla osób niebinarnych, ale się boją. Boją się reakcji nauczycieli, rodziców i samych dzieci. Boją się, że ktoś się poskarży w mediach społecznościowych, a minister edukacji Czarnek lub małopolska kurator oświaty Barbara Nowak zrobi z tego aferę – mówi.

Nawiązuje do awantury, którą w czerwcu rozpętała małopolska kurator oświaty - zbulwersowana tym, że studenci UJ w ankiecie dotyczącej równego traktowana mogą wybrać, z jaką płcią się identyfikują. Napisała wtedy na Twitterze: "Szok! Uniwersytet Jagielloński zamienia się w agencję towarzyską! Przygotowuje ofertę wg płci kulturowych. Pierwsza polska wyższa uczelnia, z historią od 1364 r., stosuje segregację studentów po neomarksistowsku". Minister Przemysław Czarnek działania władz uczelni nazwał prowokacją i domagał się wyjaśnień.

- W takiej atmosferze trudno dyrektorowi wysłać do uczniów przekaz "W tej szkole niebinarnych nie bijemy". W takiej atmosferze przemoc kwitnie w najlepsze. Bo jak nazwać dręczenie w szkole niebinarnej osoby przekazem, że wiemy lepiej, kim jesteś? W polskiej szkole bijemy dzień po dniu - zauważa polonistka.

"Nie mówimy, że Piotr był kiedyś Kasią, bo nigdy nią nie był"

- Rodzinie powiedziałam dość późno, bo bałam się jej reakcji – wspomina Agnieszka. - Ale musiałam to w końcu zrobić, bo uwierało mnie, gdy zwracała się do Marcina jego starym imieniem. Czekaliśmy z mężem tylko na znak od syna, że jest gotowy na coming out. Zaproponowaliśmy mu, że dziadków weźmiemy na siebie, by nie musiał mówić im tego osobiście. Bo pierwsze reakcje – zmieszana mina, nieostrożne pytanie czy oznaki zagubienia - dotykają najbardziej osobę, która przekazuje taką wiadomość. Zgodził się. Wyglądał przy tym, jakbyśmy ściągnęli z niego jakiś ciężarek.

W pewnym momencie stwierdził, że możemy opowiadać o nim wszystkim znajomym i całej rodzinie. Jak zapytają, co słychać, to mamy mówić, że jest Marcinem... Niech ta informacja się rozchodzi.

Na pierwszy ogień poszedł mój tata. Uznałam, że najprościej będzie porozmawiać z nim o Marcinie na Messengerze. Przeprosiłam go za tę formę i wyjaśniłam, że w niej czuję się najbezpieczniej. Od razu "kupił" wiadomość, że jego wnuk jest chłopakiem. A ponieważ zbliżały się mikołajki, to zaproponował, że zamówi w Internecie zestaw ołówków dla Marcina i zaadresuje go nowym imieniem wnuka. Uznałam, że to przepiękny prezent od dziadka - pal licho, co tam będzie w środku. Marcin, gdy go dostał, był przeszczęśliwy.

Poprosiłam tatę, by porozmawiał z mamą. Tak, przekazałam mu gorący kartofel, bo bałam się jej reakcji. Bałam się, że przytłoczą mnie jej emocje. Podobno na początku była w szoku. Potem, gdy do mnie zadzwoniła, była bardzo przejęta. Ale ogólnie chciała mnie i Marcina wesprzeć.

Trochę gorzej było z mamą męża. Mieszkała z nami w tym czasie, więc przy niej zwracaliśmy się do Marcina bez używania form męskich. Gdy syn wyjechał na weekend, powiedzieliśmy babci. Usłyszeliśmy, że powinniśmy wysłać dziecko do kościelnego ośrodka terapeutycznego. Trudno było jej na spokojnie wytłumaczyć, że takie terapie nie dają pozytywnych efektów, w dodatku zdarzają się po nich samobójstwa. Są tak inwazyjne - a przez to w wielu krajach zakazane - że nigdy byśmy się nie zgodzili poddać im dziecka. Babcia pokiwała głową i już nie wracała do tego tematu.

Co ciekawe, zaczęła analizować wczesne dzieciństwo Marcina. Układała sobie w głowie opowieść, że "wnuczka", którą uważała za dziewczynkę, tak naprawdę tą dziewczynką nigdy nie była. Niestety, babcia używała przy tym form żeńskich: "Chciałam zachęcić ją do zabawy lalkami, ale ona tego nie chciała". Po powrocie Marcina z weekendu przyszła do jego pokoju i powiedziała, że przyjmuje go takim, jakim on sobie chce być. Czy teraz traktuje go jak wnuka? Niestety, to się nie udało. Nadal używa jego starego imienia.

A tego robić nie wolno. Stare jest nazywane dead name, czyli martwe imię. Zostało nadane właściwie przez pomyłkę i powinno być zapomniane, a dla obcych musi pozostawać tajemnicą. Tylko osoba, która kiedyś je nosiła, może podawać je innym. Nie używamy martwych imion ludzi, bo sobie tego nie życzą. Nie mówimy, że Piotr był kiedyś Kasią, bo nigdy nią nie był. Cały czas jest tą samą osobą.

"Nikt nie dostaje zawału"

Ewa Rutkowska mówi, że jej uczniowie na ogół nie mają problemu z akceptacją osób niebinarnych, z którymi chodzą do klasy. - Niektórzy czasem powiedzą coś prześmiewczego albo obraźliwego, ale wtedy ja albo ich koledzy dajemy znać, że to nie przejdzie. Że uparte używanie niewłaściwych końcówek w odniesieniu do osób niebinarnych to jest przemoc. To tak, jakby kogoś uderzać, mimo że on prosi, by przestać. A w przypadku osób niebinarnych jest to uderzanie w bardzo czuły punkt. Tym bardziej jest to okrutne – ocenia nauczycielka z "Bednarskiej".

Jak dodaje, szybka reakcja na takie zachowanie i rozmowa o niebinarności powoduje, że uczniowie, którzy czują przed nią lęk, mogą go uśmierzyć. - Jak widzą w szkole, że nikt nie dostaje zawału na widok osoby niebinarnej, to może dochodzą do wniosku, że nie ma powodu do zawału. I nawet jeśli ich rodzice są mniej tolerancyjni, to te dzieci będą bardziej – stwierdza.

"Balast" to niechciane piersi

- Z wyglądu już trochę się zmienił – mówi Agnieszka. - Po rozmowach o tym, kim się czuje, pojechaliśmy na zakupy i wybrał sobie męskie koszule, a także spodnie o takim kroju, żeby za bardzo bioder nie podkreślać, zneutralizować swoją sylwetkę. Nowe ubrania ukrywają te cechy, których już nie akceptuje.

Na "balast" założył binder. "Balast" to niechciane piersi. Na początku sama to określenie wymyśliłam, a później się okazało, że funkcjonuje w języku osób trans i niebinarnych – w języku, w którym czują się bardziej komfortowo. Z kolei binder to rodzaj koszulki ze sztywnym materiałem z przodu, który spłaszcza "balast". Marcin używa go tylko poza domem.

Oczywiście, pojawiło się pytanie, czy Marcin potrzebuje i czy chce zacząć terapię hormonalną, żeby poradzić sobie ze swoją dysforią fizyczną. Ta społeczna została rozbrojona, gdy większość osób z jego otoczenia zaczęła się zwracać do niego w formach męskich.

Dla niego istotne jest, żeby uzgodnić wygląd z tym, jak chce być traktowany. Bo np. w sklepie czy autobusie ciągle jeszcze słyszy formy żeńskie. Wyjściem m.in. z takich niekomfortowych sytuacji jest terapia hormonalna. W przypadku Marcina jeszcze nie ruszyła, choć recepty już dostaliśmy. Nie chodzi o to, że waha się w kwestiach tożsamościowych, tylko po prostu chce domknąć pewne sprawy osobiste. Kiedy powie, że jest gotów, to zaczniemy.

Nie ma się co bać o język, już prędzej o ludzi

Ewa Rutkowska irytuje się, gdy słyszy głosy polityków, że niebinarność czy transpłciowość to moda i można się nią zarazić. - Mówienie, że ludzie tak po prostu sobie "zmieniają płeć" wynika z niezrozumienia tego, jakie koszty psychiczne ponoszą np. osoby transpłciowe. Trzeba być idiotą, by myśleć, że ktoś może się obudzić w poniedziałek i pomyśleć, że zacznie tydzień i nowe życie jako kobieta, mężczyzna czy osoba niebinarna. Te brednie sprawiają, że dzieci są pokrzywdzone - zauważa.

Zniecierpliwieniem reaguje, gdy politycy przekonują, że w kwestii płciowości odbywa się jakaś rewolucja i zaraz będziemy musieli mówić do każdego inaczej. - To się nie zdarzy, nie ma się czego bać. Ale jeśli już wiemy - i nauka to potwierdza - że mamy nie tylko dwie płcie, to nikt nie powinien temu zaprzeczać – przekonuje.

Jej zdaniem, powinniśmy się uczyć, jak zwracać się do osób niebinarnych. Albo je o to pytać. - Niektórym osobom niebinarnym jest obojętne, czy używa się końcówek męskich czy żeńskich. Inne wolą jedne albo drugie. Są jeszcze takie osoby, które piszą "przeczytałom" czy "byłom", co może nie brzmieć najlepiej, ale dobrze byłoby to wytrzymać. Śmieszy mnie taka nagła potrzeba puryzmu językowego u niektórych, gdy słyszą o osobach niebinarnych - mówi. I dodaje, że nie ma się co bać o język, już prędzej o ludzi.

Bezpieczna "bańka", na zewnątrz groza

- Niedawno uczestniczyliśmy z mężem, Marcinem i młodszym synem w tęczowej demonstracji – opowiada Agnieszka. - Szliśmy ulicą Świętokrzyską, gdy w jadącym z naprzeciwka samochodzie uchylił się szyberdach. Najpierw wysunęła się z niego zaciśnięta pięść, następnie kipiąca złością twarz, a w końcu usłyszeliśmy wrzask: "Pedały!". Zabawne, że matka, ojciec i dwoje dzieci mogą stać się "pedałami" tylko dlatego, że niosą tęczową flagę.

A tak na poważnie, chodzimy na manifestacje, bo chcemy sprzeciwić się tej nagonce na osoby LGBT+. Jest bardzo przykra i obciążająca psychicznie. Gdy podczas kampanii prezydenckiej Andrzej Duda podpisał Kartę Rodziny, która mówiła m.in. o ochronie polskich rodzin przed ideologią LGBT+, powiało grozą. Bo to wyglądało, jakby polskie rodziny trzeba było chronić przed innymi polskimi rodzinami, takimi jak nasza. Marcin o tym wiedział. Zdawał sobie sprawę, że w domu ma bezpieczną "bańkę", ale bałam się, że na zewnątrz może czuć się zagrożony przez tę nagonkę.

W tej samej kampanii Krzysztof Bosak chciał zakazać robienia prawnej korekty płci. Rozmawiałam wtedy z mężem, że dobrze byłoby się wyrobić z korektą płci Marcina, zanim pomysł Bosaka podchwycą rządzący. Dalej istnieje w nas lęk, że tak się stanie, ale nie obciążamy nim syna.

Myślę, że docierają do niego takie wypowiedzi, jak ta prezydenta, że LGBT to ideologia, nie ludzie. Odczłowieczające, deprecjonujące, paskudne. Takie słowa niesamowicie mnie bolą i kiedy je słyszę, potrzebuję chronić przed nimi swoje dziecko. Przeżywamy wtedy z mężem złość, ale nie chcemy obciążać nią Marcina. Między innymi dlatego nie mamy radia ani telewizora. Jest Internet, ale Marcin okopał się w social mediach tylko w gronie najbliższych znajomych, więc nie wyświetla mu się ta nagonka, tylko wiadomości od nich. Sam sobie to tak ustawił, widocznie ma potrzebę odizolowania się od zewnętrznego świata.

Homofobiczne i transfobiczne treści stały się dla nas tematem tabu w rozmowach z Marcinem. Nawiązujemy do nich dopiero, gdy dzieje się coś pozytywnego, czyli np. idziemy na protest. Te złe informacje dostaje razem z dobrą: "Popatrz, jest na te okropne treści reakcja społeczna". Dopóki jest, może czuć się bezpieczniej - puentuje Agnieszka.

Imiona Marcina i Agnieszki zostały zmienione.

DOSTĘP PREMIUM