Dzieci jako "samorządowy zasób ruchomy". Wyrywane z rodzin zastępczych, by zrobić miejsce innym

Dwóch nastolatków z Niska po latach w rodzinie zastępczej ma trafić do domu dziecka. Tak urzędnicy "robią miejsce" dla młodszych dzieci, a sąd się na to zgadza. Podobne praktyki zdarzają się też w innych miejscach - informują dziennikarze TOK FM i "Tygodnika Powszechnego": Michał Janczura i Przemysław Wilczyński.
Zobacz wideo

Piotr i Paweł (imiona zmienione), lat 12 i 14, podopieczni rodziny zastępczej, którą w 2013 r. założyła mieszkanka podkarpackiego Niska - Katarzyna. Rodzina funkcjonuje w jej domu, równolegle z drugą, założoną przez jej siostrę Elżbietę.

Półtora miesiąca temu niżańskie Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie wysłało do tutejszego sądu rejonowego wniosek: Piotr i Paweł powinni trafić do zlokalizowanego w Rudniku, a więc na terenie powiatu niżańskiego, domu dziecka prowadzonego przez zakonnice - siostry Pallotynki. Gdy niecałe dwa tygodnie temu sąd wydał wyrok zgodny z wnioskiem PCPR, Katarzyna i Elżbieta zaalarmowały działaczki Koalicji na Rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej. To one poinformowały o sprawie dziennikarzy "Tygodnika Powszechnego" i Radia TOK FM.

Jeśli sąd drugiej instancji potwierdzi wydaną decyzję - chłopcy pójdą do domu dziecka, choć od dawna przebywają w rodzinie i sami mieli deklarować w rozmowie z kuratorem, że chcą w niej zostać. I mimo tego, że państwo polskie od lat deklaruje odwrót od domów dziecka właśnie na rzecz rodzin zastępczych.

Jak moje własne

Początek tej historii to maj roku 2017. Słoneczny dzień, pod dachem Katarzyny i Elżbiety zjawia się trójka dzieci: chłopcy w wieku 8 i 10 lat, a także ich 3-letnia przyrodnia siostra. - Mieli w plecakach zabawki, żadnych ubrań. Dziewczynka nie potrafiła posługiwać się łyżeczką, wszystkie dzieci były zaniedbane - opowiadają Katarzyna i Elżbieta.

Odsłona druga, rok 2019: biologiczna matka traci prawa rodzicielskie do Piotra i Pawła. W tle jest przemoc, której dopuszczał się jej partner. I alkohol. Chłopcy trafiają na listę adopcyjną. Ale ich wiek sprawia, że na przysposobienie nie mają szans. W praktyce oznacza to, że czas do uzyskania pełnoletniości spędzą w pieczy zastępczej.

- Próbowałyśmy im dać stabilność - mówi Elżbieta. - Najpierw żyli na walizkach, marząc o powrocie do mamy. Gdy to okazało się niemożliwe, myśleli o adopcji. A kiedy i to nie wypaliło, zostałyśmy my. Tu mają swój dom, ale też życie rodzinne. Babcię, dziadka, ciocię, wujka - wylicza.

Przełom, jak wspominają siostry, nastąpił w ostatnie wakacje. - Łatwiej go dostrzec na przykładzie starszego chłopca - Pawła. Zmienił się, otworzył, uspokoił. "Rozpakował walizkę", poczuł się u siebie - opowiadają w rozmowie z Michałem Janczurą i Przemysławem Wilczyńskim.

14 września tego roku, dzień rozprawy. Katarzyna: - Od początku widziałam sceptycyzm sędzi, w którymś momencie ze złości nawet się popłakałam... Widziałam, że dołączone opinie znających chłopców psychologa i wychowawców nic nie dają. Ten mój nieszczęsny płacz chyba sędzię skrępował, nie wiedziała jak zareagować. Powiedziała, że wyrok wyda za trzy dni - opowiada kobieta.

17 września. Dzień ogłoszenia wyroku: chłopcy trafią do placówki. - Nie mam biologicznych dzieci, ale poczułam się tak, jakby moje własne zabierano. Przecież panie urzędniczki też są matkami, nie wyobrażam sobie, dlaczego podjęły taką decyzję - przyznaje Elżbieta.

"Mnie nie było w pracy"

O sprawę chłopców pytamy dyrektorkę Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Nisku Martę Ciosmak. Mówi o problemach we współpracy na linii rodzina-instytucje (PCPR, szkoła jednego z chłopców). Sugeruje niekompetencję opiekunek w relacji z nastolatkami.

- Tyle że we wniosku, który wysłaliście do sądu, nie ma o tym mowy. Jest za to napisane, że chodzi o zrobienie miejsca dla młodszych dzieci - zwracamy uwagę.

- Nie o to nam chodziło. Chodziło o funkcjonowanie tej rodziny - odpowiada dyrektorka PCPR, odcinając się tym samym od stworzonego i podpisanego przez swoich urzędników dokumentu.

- Nie tak dawno chcieliście umieścić w tej rodzinie dwójkę małych dzieci. Skoro są według was takie problemy, dlaczego ryzykujecie posyłaniem tam kolejnych podopiecznych? - dopytujemy.

- Mnie w chwili składania tej propozycji nie było w pracy - ucina dyrektorka. A na pytanie, skąd pomysł, by Piotra i Pawła wysyłać właśnie do placówki, tłumaczy się... brakiem miejsc w rodzinach.

Pod koniec 20-minutowej rozmowy urzędniczka oświadcza, że jest zaskoczona rozgłosem wokół sprawy. A telefonem od dziennikarzy zdenerwowana. Dlatego proponujemy sformułowanie wypowiedzi na piśmie. Ta jednak nie nadeszła...

Wysłaliśmy pytania do resortu rodziny i polityki społecznej. To oni odpowiadają za nadzór nad pieczą. Kategorycznie zaprzeczają, by zalecali powiatom przenoszenie dzieci z rodzin do domów dziecka. I zapewniają, że jeśli zajdzie potrzeba, resort będzie interweniować.

"Aż któregoś razu rozpłakała się i spytała, czy ją oddamy"

Ale podobnych spraw, jak ta z Podkarpacia, jest więcej.

- Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie wystąpiło o przeniesienie piątki naszych dzieci do domów dziecka - opowiada nam kobieta, która pełni w województwie świętokrzyskim funkcję placówki opiekuńczej typu rodzinnego, czyli de facto komórki podobnej do rodziny zastępczej. Nasza rozmówczyni nie chce podawać danych: boi się odwetu urzędników. - We wniosku skierowanym do sądu napisano, że potrzebne jest miejsce dla dzieci poniżej 10. roku życia... Gdy się o tym dowiedziałam, nogi się pode mną ugięły. Byłam pewna, że to pomyłka, że nikt nie mógł wpaść na taki głupi, nieludzki pomysł - mówi.

Dzieci, które urzędnicy chcieli przenieść, są u niej od niemowlaka. Jedno z nich w tej rodzinie zastępczej żyje od 14 lat. Są wśród nich także dzieci niepełnosprawne.

Sprawa w świętokrzyskim potoczyła się jednak zupełnie inaczej niż ta w Nisku: sąd odrzucił wniosek PCPR-u w trakcie jednej rozprawy.

Mimo tego za historię zapłaciły dzieci: jedna z córek usłyszała fragment rozmowy dorosłych. - Przeżywała męki. Dusiła to w sobie, aż któregoś razu rozpłakała się i spytała, czy ją oddamy. Zapewnialiśmy, że nie, ale to był etap, na którym nie mieliśmy jeszcze pewności, jak zakończy się cała sprawa. Zresztą sam wniosek z PCPR-u zachwiał poczuciem bezpieczeństwa dzieci - podkreśla kobieta.

Nie mamy wyjścia

W tle zdarzeń z Podkarpacia czy województwa świętokrzyskiego jest odbywający się - z różnym skutkiem w różnych częściach Polski - proces tzw. deinstytucjonalizacji. To odchodzenie od placówek/domów dziecka do systemu opartego na rodzinach zastępczych. Kontekstem dla historii z Niska i podobnych jest też - nie wszędzie przestrzegany - zakaz umieszczania w placówkach dzieci poniżej 10. roku życia.

- Powiaty, które nie radzą sobie z pozyskiwaniem rodzin, zaczęły badać grunt, traktując dzieci jak samorządowe zasoby ruchome: "Zabierzemy z rodzin starsze, zrobimy miejsce dla młodszych, zobaczymy, co się będzie działo" - mówi Anna Krawczak, badaczka Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem UW, a prywatnie była matka zastępcza, obecnie adopcyjna. - W przypadku Niska zadziałała na szczęście reakcja środowiskowa. Powiat mówi: "Nie mamy wyjścia", ale nasze organizacje odpowiadają: "Nie pozwolimy wam na to, będziemy krzyczeć". Bo, jeśli byśmy nie krzyknęli, to nie tylko stałaby się konkretnym dzieciom krzywda, ale też epizody przekształciłyby się w zjawisko, którego byśmy nie powstrzymali - uważa nasza rozmówczyni.

Dlaczego te epizody dzieją się właśnie teraz? Jedną z hipotez dzieli się z nami sędzia rodzinna Anna Sitarska-Duda. Chodzi o opóźniony efekt pandemicznego lockdownu, który sprzyjał kryzysom wewnątrz biologicznych rodzin i nie sprzyjał działaniom interwencyjnym. - W Warszawie mamy bardzo duży wzrost liczby dzieci wymagających natychmiastowego zabezpieczenia w pieczy - relacjonuje. - Nawet w placówkach brakuje miejsc dla rodzeństw, co grozi koniecznością umieszczenia ich w różnych instytucjach, albo ryzykowne oczekiwanie na zwolnienie się odpowiedniej liczby miejsc w jednej. Na pieczę rodzinną liczne rodzeństwa nie mają szans - mówi.

- Przenoszenie z rodzin do placówek wyłącznie w celu "zwolnienia miejsca" uważam za rażące naruszenie dobra dziecka. W ogóle pogarszanie sytuacji jednego dziecka w pieczy, dla tymczasowego załatwienia sprawy innego, nie jest realizacją ustawy, ale oczywistym mijaniem się z jej celem - podkreśla Sitarska-Duda.

Apelacja

- Czym grozi przenoszenie dzieci z miejsca na miejsce? - pytamy Annę Krawczak. Ekspertka przytacza wyniki badań, w ramach których prześwietlono losy dużej grupy dzieci przebywających od niemowlęctwa w rodzinnej pieczy zastępczej. - Te, które nie pozostały w tym środowisku na dłużej, lecz przenoszono je przynajmniej dwa razy, np. do placówki albo do rodziny biologicznej i z powrotem, miały o 63 proc. większe ryzyko wystąpienia tzw. eksternalizacyjnych zaburzeń zachowania - mówi ekspertka. - Mówimy o dzieciach już straumatyzowanych, na które urzędnicy mają taki pomysł, by ich życie zdestabilizować jeszcze bardziej - podkreśla.

Elżbieta i Katarzyna czekają na uzasadnienie wyroku pierwszej instancji. Po jego otrzymaniu zamierzają wnosić apelację.

Publikacja ukazuje się równolegle na portalach tokfm.pl i tygodnikpowszechny.pl. Więcej w papierowym wydaniu "TP" - w kioskach od środy 29 września.

Posłuchaj:

DOSTĘP PREMIUM