Medycy chcą pomagać na granicy, a rząd milczy. "To skandal, żeby w środku Europy ludzie umierali z zimna"

Grupa medyków poprosiła ministra Mariusza Kamińskiego o pozowolenie na wjazd do strefy objętej stanem wyjątkowym. - Do tej pory nie doczekaliśmy się oficjalnej odpowiedzi. Przez te kilka dni te osoby, które mogły potrzebować naszej pomocy, jej nie otrzymały. Oni tam umierają - mówił w TOK FM Jakub Sieczko, jeden z sygnatariuszy tego apelu.
Zobacz wideo

W piątek grupa 21 medyków zaapelowała do ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Kamińskiego o umożliwienie jej wjazdu do obszaru objętego stanem wyjątkowym. Chcą udzielić pomocy medycznej obecnym tam migrantom. "Jako medycy czujemy się zobligowani do niesienia pomocy ludziom, których życie i zdrowie jest zagrożone" - napisali w liście do szefa MSWiA.

Jak jednak mówił w TOK FM Jakub Sieczko, jeden z sygnatariuszy tego apelu, Mariusz Kamiński nie odpowiedział medykom. - Do tej pory nie doczekaliśmy się oficjalnej odpowiedzi, a przecież apelowaliśmy w naszym liście o szybką reakcję ze względu na kryzys humanitarny, który rozgrywa się na granicy polsko-białoruskiej. Przez te kilka dni te osoby, które mogły potrzebować naszej pomocy, jej nie otrzymały. A oni tam umierają - stwierdził. 

- To jest skandal, żeby w XXI w. w środku Europy ludzie umierali z zimna i z głodu. Nawet jeśli te osoby potrzebują pomocy medycznej, to jej nie otrzymują i są wywożone na Białoruś - zauważył.

Powiedział również, że do grupy medyków chcących pomóc migrantom dołączają kolejni specjaliści. - Dziś takich osób jest już ok. 30. To są anestezjolodzy, specjaliści medycyny ratunkowej, lekarze innych specjalności i pielęgniarki - wymieniał i dodał, że wszyscy deklarują chęć pełnej współpracy ze służbami państwowymi na pograniczu polsko-białoruskim. - Jeśli jakikolwiek strażnik graniczny napotka imigranta czy uchodźcę, który będzie chciał, żeby zbadał go lekarz, to strażnik może do nas zadzwonić, a my przyjedziemy - wyjaśniał.

Ludzie umierają z zimna

Na co najczęściej cierpią migranci przebywający na pograniczu polsko-białoruskim? - Rozmawiałem z lekarką, która tam była i mówiła, że zasadniczym ich problemem jest hipotermia. Mają także rany na nogach, świerzb, zapalenie płuc i COVID-19 - podkreślił.

Wskazał na paradoks, który polega na tym, że migranci cierpią na hipotermię, a jej "leczenie stoi w Polsce na bardzo wysokim poziomie". - Jesteśmy takim ośrodkiem, który być może nawet na skalę europejską przoduje w leczeniu hipotermii głębokiej. A mamy grupę ludzi z tym problemem i nic nie robimy. A to stan zagrożenia życia. Jeśli mówimy o osobach nieprzytomnych albo z głębokimi zaburzeniami świadomości, to są w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Niestety były tam takie osoby, które doszły do piątego stopnia hipotermii, a to jest już zgon - mówił.

Dodał również, że grupa medyków, której jest członkiem, napisała w tej sprawie nawet do prymasa abp Wojciecha Polaka. - Władza często powołuje się na wartości chrześcijańskie, więc napisaliśmy do prymasa, żeby nas poparł. Bardzo na to liczymy - zakończył gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM